|
Rozmawiali
Radosław Januszewski i Jan Strękowski
POLSKIE MITY - EUROPEJSKIE
STEREOTYPY
- Panie
profesorze, chcielibyśmy panu zadać kościuszkowskie
pytanie: czy Polacy potrafią się sami wybić na
niepodległość? Pan w Bożym igrzyskupisze: "Chęci i czyny mas polskiego
narodu były do ostatniej chwili pozbawione znaczenia".
Pisze pan też, że nastąpiła partenogeneza Polski, że
Polska stworzyła się sama, co koresponduje z
powiedzeniem, że "ni z tego ni z owego będzie Polska na
pierwszego"? Polacy rzeczywiście nie mieli wpływu
politycznego na wielkie wydarzenia historii Europy, ale
chyba w końcu Polska z niczego nie powstała? Musiało być
jakieś zorganizowanie społeczeństwa, żeby mogło z tego
powstać w 1918 roku niepodległe państwo
polskie?
- Ja walczę z opinią, że w listopadzie
1918 roku "Polacy sami wybili się na niepodległość". Jak
mogli się wybić, kiedy jedyne wojska polskie znajdowały
się w obozie internowania? Legionów przecież już wtedy
nie było, nie istniały polskie siły wojskowe. Polacy
byli bezbronni. Niepodległa Polska powstała z woli
wielkich mocarstw, m.in. Niemców. Niemcy uwolnili
Piłsudskiego, żeby on "złapał" tę Polskę, zanim zrobią
to przeciwnicy Niemiec. Przecież to powołana przez
Niemców Rada Regencyjna przekazała władzę Piłsudskiemu, celowo
zwolnionemu wcześniej z więzienia w Magdeburgu. Chodziło
o to, żeby ograniczyć wpływ proalianckich sił Romana
Dmowskiego. Ale jeszcze do czerwca 1918 roku Wielka
Brytania nie zgadzała się na powstanie państwa polskiego;
Francja chciała tego nawet wcześniej, w 1917 roku, jednak dopóki
Rosja była członkiem sojuszu, o niepodległej Polsce nie
mogło być mowy. Przed 1917 rokiem, przed rewolucją
lutową w Rosji, nie było szans na niepodległość.
Największe znaczenie miało, oczywiście, poparcie Stanów Zjednoczonych.
Prezydent USA, Woodrow Wilson, został przekonany przez
Ignacego Paderewskiego, że Polska powinna być
niepodległa, co zawarł w trzynastym ze swoich słynnych
czternastu punktów, dotyczących przyszłego urządzenia świata. Chociaż
trzeba też powiedzieć jasno, że nie miał racji
Wiaczesław Mołotow, kiedy mówił o "potwornym bękarcie
traktatu wersalskiego". Traktat wersalski Polski nie
stworzył, potwierdził jedynie stan faktyczny. Państwo
polskie już wtedy istniało.
- "Czy Polacy potrafią wybić się na
niepodległość" - to cytat z broszury Józefa Pawlikowskiego napisanej pod wpływem Tadeusza
Kościuszki na początku XIX wieku. Jest to stare polskie
pytanie. Natomiast nam chodzi o coś innego. Nie powstały
niepodległe Morawy po I wojnie światowej, nie powstała
niepodległa Walia po I wojnie światowej. Brakowało
czegoś...?
- Brakowało świadomości. A jeśli nie
było świadomości, to nie mogło być niepodległości. Ale
sama świadomość też nie wystarczyła. Mogła być
świadomość. A niepodległość nie nastąpiła. Bo potrzebna
też była okazja.
- Ukraina?
- Tak. Ukraina. Ukraińcy stworzyli
państwo narodowe w 1918 roku, ale utracili je w wyniku
ataku Armii Czerwonej. To mogło spotkać też Polskę i
wtedy Polacy byliby bez państwa. Świadomość jest
bezbronna. Gdyby, na przykład, Niemcy nie zrezygnowali z
części zajmowanych przez nich terenów, a wcześniej nie
poczynili pewnych kroków, o których wspomniałem, Polacy
nie mogliby się wybić na niepodległość albo
byłoby to dużo bardziej utrudnione.
Polskie siły nie były wystarczające, aby wywalczyć
własną państwowość.
- Ale w 1920 roku Polacy już ją
obronili?
- Mając państwowość, którą otrzymali,
powiedzmy, za sprawą cudu, dzięki sprzyjającym
okolicznościom, Polacy bardzo szybko zmobilizowali się.
I umieli się obronić. Wykorzystali ten moment
skutecznie. Ale sam Piłsudski powiedział przecież, że
znalazł władzę na ulicy...
- A jak
to jest z tą przysłowiową polską ofiarnością? Na
przykład w wojnie 1920 roku było 100 tysięcy ochotników,
ale dlaczego nie 300 tysięcy? W takim dużym kraju... W
drugiej wojnie światowej podziemie też nie było wcale
procentowo tak duże. Czy mit ofiarności polskiej ma swą
podstawę w historii? Czy Polacy są takimi patriotami, za
jakich się uważają?
- Procent ludności, która w danym
momencie może wszystko rzucić i iść ochotniczo na wojnę,
na śmierć, jest zawsze i wszędzie bardzo nieznaczny.
Większość ludzi ma rodziny, obowiązki, gospodarstwa. I
tak to cud, że tylu Polaków poszło do podziemia.
Podobnie jest w Irlandii. Istnieje tam mit ofiarności,
jakby cały naród irlandzki walczył bez końca z
Anglikami. W czasie powstania w Dublinie w 1916 roku w
wojsku brytyjskim, które zgniotło to powstanie, było,
nie wiem, ale może ze 100 razy więcej Irlandczyków niż
powstańców. To jest norma.
- Który z
polskich mitów uznałby pan za najbardziej wpływający na
opinię o Polsce w świecie?
- Oczywiście mit Polaka-katolika. Jeśli
ludzie na Zachodzie coś wiedzą o Polakach, to właśnie
to. Mit bardzo, moim zdaniem, nieprawdziwy i szkodliwy.
Przedstawiający Polaków wyłącznie jako nacjonalistów. A
przecież do końca II wojny światowej Polska była
społeczeństwem wielonarodowym, wielowyznaniowym. Polska
jest krajem, w którym przez wieki wielonarodowościowe
społeczeństwo mówiło wieloma językami, wyznawało wiele religii. Kościół
katolicki miał ograniczone wpływy, przed II wojną
światową było w Polsce tylko 65 proc. katolików, przed
rozbiorami jeszcze mniej. Polski katolicyzm, poza
krótkimi okresami, nigdy nie był wojowniczy. Nikogo
przemocą na wiarę katolicką nie nawracano, jak w
Hiszpanii czy Włoszech. Kiedy poszedłem w Nowym Jorku do
Instytutu Piłsudskiego, przyjęła mnie tam sekretarka,
pani Zarema Bau, która przedstawiła mi się jako polska
muzułmanka, córka pułkownika przedwojennego
Wojska Polskiego, który dowodził w nim regimentem jazdy
tatarskiej. Taka była Rzeczpospolita. Także polski
katolicyzm bywał różny, nie zawsze tylko
nacjonalistyczny, jak mówi stereotyp.
- A co z kolejnym mitem: tolerancji
polskiej?
- To prawda, że w pewnych
okresach historii nie było w Polsce wojen religijnych, takichjak
w Niemczech, we Francji czy w Wielkiej Brytanii. Brak
takich wojen świadczy o tym, że w Polsce tolerancja była
szersza. Trudno to wyjaśnić, bo w języku polskim brakuje
takich różnicujących słów jak toleration i
tolerance. To są dwa różne terminy. Tolerancja dotyczy praktyki, to stan
różnorodności. Natomiast tolerance oznacza ducha tolerancji, czyli
otwartość na innych. W dawnej Rzeczypospolitej nie
zawsze odnajdziemy tego ducha tolerancji, tylko że
bardzo trudno było w praktyce wprowadzić jednolitość
religijną. Musieli się tolerować, czy tego chcieli, czy
nie chcieli. Różnorodność kulturowa stanowiła
sprzyjający grunt, jeśli nie dla powszechnej
tolerancji w znaczeniu tolerance,
to dla praktycznego współżycia ludów
i wyznawców różnych religii. Na czym ta różnorodność
polegała? Dam przykład liturgii. Używano w niej w
różnych Kościołach nie tylko łaciny, języka świętego dla
katolików, ale i staro-cerkiewno-słowiańskiego, i
hebrajskiego, i hochdeutsch, i arabskiego. Dokumenty
spisywano w alfabetach łacińskim, cyrylicy, hebrajskim,
arabskim.
- "Tolerare", z łacińskiego
wytrzymywać, znosić. Znoszę, bo muszę. "Polska
tolerancja", ile by w tym zwrocie nie było prawdy, jest
mitem. Pan także tworzy mity, panie
profesorze?
- Mam nadzieję, że tak. Mity są
konieczne po to, żeby człowiek lepiej rozumiał ogólną
sytuację. Dlatego bywam mitotwórcą. Ale raczej walczę z
mitami.
- Czy zawsze? Pisze pan o polskiej
anarchii troszkę inaczej,
niż to robili historycy polscy. Mit polskiej anarchii
był bardzo chętnie w PRL-u wykorzystywany do
podniesienia prawomocności ludowej władzy. Bo szlachcic
pił i warcholił, nie umiał kierować sprawami państwowymi
i doprowadził do upadku Polski. I z tego upadku
podniosła kraj dopiero władza ludowa...
- Nie przeczę, że demokracja szlachecka
w I Rzeczypospolitej to lubiany przeze mnie temat. Ale
to nie znaczy, że chwalę anarchię. Natomiast zwalczałem
dominujący na Zachodzie stereotyp anarchii polskiej.
Podkreślam: stereotyp. Podam przykład: w pierwszym tomie
encyklopedii francuskiej pod literą "A" największy
artykuł nazywa się "anarchia" i cały dotyczy
osiemnastowiecznej Polski. Jakby anarchia była jedynie
polską przypadłością. To nie wszystko. Na przykład
próbowałem pokazać, że liberum veto wcale nie było tak idiotyczne,
jak uważają wszyscy na Zachodzie. Użytek, jaki robiono z
tego instrumentu prawnego od połowy XVII wieku, a
szczególnie w wieku XVIII, był oczywiście szkodliwy dla
Polski. Ale samo pojęcie liberum veto miało dużo sensu.
- Obrona praw mniejszości
politycznej?
- Tak. Ale nie tylko. Decyzje
przyjmowane jednogłośnie obligowały do ich wykonania.
Szlachcic musiał dotrzymać słowa. Jeśli się pod czymś
podpisywał, było to święte. Chodziło o honor.
- Ale w
drugiej połowie XVII wieku rządzi w Polsce oligarchia
magnacka. Sejm szlachecki przestaje się liczyć,
a liberum veto jest używane jako narzędzie przez
tych, którzy chcą status quo zachować. Czy to anarchia, czy
raczej konserwatyzm?
- Doszło nawet do tego, że sejm stał
się tylko pieczęcią woli magnackiej. Ale chodzi o coś
innego. O to, jaki był obraz tego sejmu, czy szerzej
państwa, za granicą. Na Zachodzie istniał kult mocnego
państwa. Lord, który by się śmiał z króla jak magnat
polski - to było dla Anglików nie do wyobrażenia.
Ośmieszali więc magnatów polskich jako anarchistów. A
polska szlachta stała się na długie lata pośmiewiskiem
Europy.
- Ale
chyba nigdzie nie zwracano się do króla tak jak w
Polsce? Z tak ogromną rewerencją, czcią? Choć króla
nie trzeba było się bać.
- Czy ja wiem? Może do pewnego stopnia
bano się Stefana Batorego? A Anglicy się bali. Choćby
Henryka Tudora. Jak się go bano...! Ale chcę powiedzieć
tutaj jeszcze jedno. W Polsce istniało konstytucyjne
prawo do sprzeciwu, a nawet obowiązek obalenia
niesprawiedliwego władcy. Stąd tak liczne w pewnym
okresie konfederacje. To nie była zwyczajna anarchia. I
jeszcze jedno. Nie ulega wątpliwości, że późniejszy
powstaniec był synem czy wnukiem dawnego konfederaty.
- Czy,
pana zdaniem, o tradycji szlacheckiej w Polsce można
mówić jako o elemencie pozytywnym czy raczej
negatywnym? I czy coś z niej nam dziś
zostało?
- Panowanie szlachty miało swoje złe
skutki, szczególnie dla innych warstw społeczeństwa
polskiego. Ale to już historia. Dużo zostało z tradycji
szlacheckiej, np. w sferze zwyczajów. I bardzo mało
znajdziemy tutaj rzeczy szkodliwych. Język szlachecki:
"pan", "pani", jest bardzo demokratyczny. Tak, jak i
szlachta wewnątrz swej warstwy była bardzo
demokratyczna. Zasada równości stanowiła wewnątrz stanu
szlacheckiego wręcz świętość. I to zostało przyjęte
przez wszystkich Polaków. Panowie bracia! Wspomnieć też
warto przywilej nietykalności - nie można było pociągnąć
szlachcica do odpowiedzialności bez zgody sądu. Wiele
zasad, którymi rządziła się Rzeczpospolita szlachecka,
jest także zasadami współczesnej demokracji.
- Spotkaliśmy się też z opinią, że
Polacy nie dawali się podporządkować zaborcom, bo to
wynikało z tradycji szlacheckiej, gdzie wolność była
sprawą najważniejszą. Rokosz miał przecież uzasadnienie
moralne?
- Element moralny był u szlachty
bardzo silny. Zbrojne powstania były prowadzone przez
szlachtę, dlatego tożsamość współczesnych Polaków jest w
dużej mierze tożsamością poszlachecką. Co ciekawe,
kultura szlachecka stała się powszechna, jest popyt na
tę tradycję. Także wśród chłopów.
- W Polsce było prawie 10 procent szlachty.
- Nie tylko dlatego. Szlachta mocno
angażowała się w politykę i część była bardzo
wykształcona. Nawet niechętni jej obserwatorzy
zagraniczni podkreślali powszechność znajomości
łaciny.
- Ależ od tamtych czasów zdążyliśmy już przyjąć kulturę miasta;
miasta zachodniego, amerykańskiego!
- Polska się zmieniała, ale powoli.
Przełomowe dla urbanizacji były dopiero lata
siedemdziesiąte XX wieku, kiedy Polska stała się po raz
pierwszy krajem miast, nie wsi. W Anglii to nastąpiło na
początku XIX wieku. W Polsce 170 lat później. Dziś te
zmiany uległy przyspieszeniu. Mam nadzieję, że mimo
przemian, które są nieuchronne, przynajmniej
niektóre z obyczajów szlacheckich pozostaną
żywe.
- Mówiliśmy o
tolerancji, anarchii, chcielibyśmy porozmawiać o czymś
bardziej współczesnym, mianowicie o micie ziem odzyskanych. Pan
nas strasznie wyśmiewa za to, że mamy dziecinny stosunek do tych
ziem odzyskanych. Dlaczego?
- Ziemie odzyskane
to jest typowy nacjonalistyczny schemat, używany przez
endecję przed wojną, a przez komunistów po wojnie. Ale
używany też przez Niemców czy przez Prusaków w XIX
wieku, którzy tak mówili o ziemiach, gdzie ludność była
mieszana, polsko-niemiecka, jak Pomorze, Śląsk czy
Wielkopolska. Historycy polscy mówią, że to są ziemie polskie,
a historycy niemieccy, że niemieckie. I
ani ci, ani ci nie mają racji. To są
ziemie mieszane i nie można zamykać na to oczu. Na
dodatek, Polacy ich nie odzyskali, lecz dostali
w prezencie.
- Czy
Polacy nie mają gdzieś głęboko zakodowanego czegoś
takiego, że Gdańsk, Katowice, Poznań, owszem, są nasze.
Ale Szczecin czy Wrocław to myśmy dziwnym trafem
dostali?
- Dlaczego Gdańsk? Gdańsk przed II
wojną światową był prawie całkowicie niemiecki. Miał
charakter niemiecki i dobrowolnie przyłączył się do III
Rzeszy. Oczywiście, Szczecin nic wspólnego z Polską
nigdy nie miał, Wrocław bardzo mało i bardzo dawno. Ale
tę sprawę trzeba widzieć w całym kontekście. Trzeba brać
pod uwagę los Lwowa i Wilna. Jeśli miałoby się zmieniać
przynależność państwową Wrocławia, jak chcieli kiedyś w
Niemczech niektórzy wypędzeni, trzeba byłoby zmienić
sytuację Lwowa, Wilna i tak dalej. To jest niemożliwe. Ale
wielu Niemców, myśląc o tych ziemiach, nie zdaje sobie z
tego sprawy. Wiedzą o losach Niemców z Wrocławia,
Szczecina, Gdańska, ale nie słyszeli, że Polacy przyszli
do Wrocławia wypędzeni z utraconego Lwowa, do Gdańska
z Wilna itp. Kiedy się mówi, że
Polacy we Wrocławiu mają dużo wspólnego z Niemcami z
Wrocławia, ci Niemcy są tym zdziwieni.
- Panie profesorze, takie mity, jak mit odwiecznego wroga, są
bardzo długotrwałe. Co sprawia największą trudność w
walce z nimi? Czy wstyd i strach? Wstyd przed
przyznaniem, że się wcześniej hołdowało takiemu mitowi,
a strach przed tym, że myśmy wcale tacy piękni nie byli,
jak dziś nam się wydaje?
- Mity są ściśle związane z emocjami.
Chodzi o przekonanie, że moje mity są prawdą, a mity
tamtego są tylko mitami. A przecież żeby zrozumieć
rzeczywistość, trzeba być gotowym stracić własne mity.
Wrócę jeszcze do tego, o czym mówiłem przed chwilą. Nie
ma racji narodowych czy jakiegoś boskiego prawa do
ziemi. Mówienie, że jest jakaś ziemia zawsze, wiecznie polska, to
podstawowy mit nacjonalistyczny. Nie ma ziemi wiecznie
polskiej. Są ziemie, które czasowo Polacy mają, dzięki
łasce Boga, pod własnym panowaniem. I tyle. To samo
dotyczy Niemców. Oni także nie mogą sobie rościć
jakiegoś absolutnego
prawa do tych ziem. W 1492 roku terytorium Polski i
Litwy, bez ziem lennych, liczyło 1 115 000 km
kwadratowych, czyli najwięcej na kontynencie
europejskim, od 1795 roku Polski nie było w ogóle,
przed II wojną światową jej obszar wynosił prawie
390 000 km kwadratowych, a
po 1945 roku skurczył się do 312 000. Na dodatek
następowały ciągłe przesunięcia. Jak napisałem w
Bożym igrzysku, państwo polskie bywało
wszędzie i nigdzie. Zdaje mi się, że te mity
nacjonalistyczne, Blut und Boden, ziemia i
krew, są u Polaków bardzo
mocno zakorzenione. Nie tylko u Niemców. Przed wojną
popierała je endecja, a po wojnie rządy komunistyczne. W
PRL to "prawo do ziemi", mówimy o tzw. Ziemiach
Odzyskanych, było chyba jedynym elementem ideologii
komunistycznej, który znajdował zwolenników po
stronie społeczeństwa. Nawet wśród przeciwników
komunistycznych władz. Niestety, całe pokolenia Polaków
karmiono tymi mitami. I nadal wielu wierzy, że jest
jakaś wielka, wieczna Polska.
- Czy
to znaczy, że gdyby po 1989 roku sytuacja była inna,
gdyby wtedy Niemcy nie zrzekli się ostatecznie tych
ziem, Polska niepodległa byłaby niemożliwa? Czy Polacy
cały czas trzymaliby się Rosji, bojąc się "niemieckich
odwetowców", jak nazywała ich komunistyczna propaganda?
Bo taka ewentualność, utraty ziem zachodnich i
północnych na rzecz Niemiec, stanowiła straszak, który
przez lata konsolidował polskie
społeczeństwo?
- Panowie chcecie, żebym zaczął bawić
się w przypuszczenia. Mogę jako historyk mówić o stanie
faktycznym, Niemcy zrezygnowali z tego żądania. Nie ma
masowej presji w Niemczech, żeby wrócić na ziemie, które
należały do Rzeszy Niemieckiej przed 1937 rokiem. Dziś
sytuacja jest już inna od tej, z jaką mieliśmy do
czynienia przez lata. Niemcy są członkiem Unii
Europejskiej, a Polska stara się o członkostwo w
Unii. Unia Europejska broni Polaków. Nie Polskę, ale
Polaków, przed próbą tego typu rewindykacji. W 1948 roku
odbył się w Hadze kongres europejski, na którym
rozważano sprawy przyszłej zjednoczonej Europy. Mówiono
tam, że w przyszłości każdy Europejczyk powinien się
czuć wszędzie we własnym domu. Wygnany z Hiszpanii były
minister kultury i pisarz Salvador de Madariaga
powiedział wtedy coś, co jest aktualne do dziś, że
wspólna Europa narodzi się wtedy, gdy Hiszpanie będą
mówić "nasze Chartres", Anglicy - "nasz Kraków", Włosi -
"nasza Kopenhaga", a Niemcy - "nasza Brugia".
- Istniał u nas w Polsce powojennej
jeszcze jeden mit, mit wielkiej i szlachetnej II
Rzeczypospolitej. Wiadomo, z czego to się wzięło:
później było znacznie gorzej, wtedy więc musiało być
lepiej. Pan pisze w Bożym igrzysku: "Gdyby II
Rzeczpospolita nie padła ofiarą haniebnego morderstwa z
rąk obcych agentów, niewątpliwie wkrótce zostałaby
złożona jakąś poważną chorobą wywołaną przyczynami
wewnętrznymi." Jaką to chorobą?
- Przed wybuchem
II wojny światowej Polska była parę kroków od wielkiego
kryzysu narodowościowego. I to jest ta choroba. Ale ja
nie wierzę, że Polska zginęłaby, nie napisałem, że ta
choroba była śmiertelna. Żeby się z niej wyleczyć Polska musiałaby jednak inaczej podejść
do spraw narodowościowych. Było to, niestety, wówczas
niemożliwe. Bo mając Hitlera z jednej strony, a Stalina
z drugiej - Polska nie mogła prowadzić innej
polityki wewnętrznej, niż wtedy prowadziła. Była zmuszona robić wszystko,
co możliwe, aby konsolidować państwo. Nie
było tu miejsca na aspiracje mniejszości.
Gdyby jednak okoliczności były inne...? Niestety, to jest tylko gdybanie...
- Czyli badanie kontrfaktyczne. Załóżmy, że nie doszło do
niemieckiego i sowieckiego ataku na Polskę we wrześniu
1939 roku. Jak rozwinęłaby się sytuacja?
- Nie mam pojęcia. To nie jest
pytanie dla historyków. Choć oczywiście można dalej
gdybać: co by się stało, gdyby Niemcy nie były Niemcami
hitlerowskimi, a Stalin był człowiekiem łagodnym jak
baranek, proszę bardzo...
- Panie
profesorze, czy w Polsce byłby możliwy nazizm, tak jak w
Niemczech?
- W każdym kraju, nie wyłączając Wielkiej Brytanii,
jest możliwe coś takiego, także w Polsce. Możliwe - owszem.
Ale mało prawdopodobne.
- Co sprawia, że taka ideologia może się przyjąć?
Wiązać to z katolicyzmem, modernizacją, industrializacją?
- Nie, na pewno nie z katolicyzmem. Oczywiście
faszyzm posługiwał się wszystkim, co było pod ręką, także religią.
W Polsce, jak wiemy, był mały ruch faszystowski, który używał
do swoich celów katolicyzmu. Używał instrumentalnie. Ale żeby
Polska mogła stać się faszystowska - musiałoby zajść jeszcze
wiele innych okoliczności. U Niemców, które przed I wojną światową
były potęgą, taki czynnik stanowiło rozczarowanie postanowieniami
traktatu wersalskiego oraz tym, co przyniosły lata Republiki
Weimarskiej. W Polsce nie można mówić o takim rozczarowaniu. Odwrotnie.
- Fascynacja niepodległością?
- Właśnie. Cudem dostaliśmy niepodległość.
Polacy się cieszyli, nie frustrowali, jak Niemcy.
- Panie profesorze, nazizmu w Polsce nie było.
Ale był antysemityzm.
- Antysemityzm jest niewłaściwym terminem.
Jest to słowo, które zaciemnia sytuację. Antysemityzm jest przecież słowem
wymyślonym przez Wilhelma Marra, który chciał oddzielić Żydów
od reszty ludzkości. I stworzył właśnie po to Ligę Antysemicką.
To nie znaczy, że w przedwojennej Polsce nie było nienawiści
do Żydów. Była. Ale trzeba nazwać nienawiść nienawiścią, a nie szukać
jakichś innych słów, które mówią, że nienawiść do Żydów to jest
coś szczególnego.
- Czy mamy rozumieć, że w Polsce międzywojennej,
powojennej i podczas II wojny światowej nie było antysemityzmu,
chociaż niektórzy Polacy nienawidzili Żydów?
- A czym jes antysemityzm, jeśli nie nienawiścią
do Żydów?
- No właśnie.
- Ja bym wolał nie używać tego terminu.
- Bo on niesie jakieś dodatkowe znaczenia?
- Tak. To jest termin dialektyczny, a jego
stosowanie prowadzi do absurdu. Wszystko musi być albo prożydowskie,
albo antyżydowskie. A Polacy są albo antysemitami, albo
prosemitami, normalnych Polaków nie ma.
- Użyjmy zatem - skoro pan tak chce
- słowa antysemityzm w rozumieniu nienawiść do Żydów.
Czy jej korzeni szukać powinniśmy w kulturze polskiej? W
chrześcijaństwie? W polskiej historii?
- Na pewno w historii, dlatego że na
polskich ziemiach żyło wyjątkowo dużo Żydów. O wiele
więcej niż w Niemczech. Było wyjątkowo dużo Żydów, i to
Żydów, którzy bronili się przed asymilacją. Mówili
własnym językiem. Kultywowali własne obyczaje. Religię.
I nie czuli się Polakami. Chociaż byli obywatelami
Polski. I ta Pol ska
wcale nie była dla Żydów macochą, jak się często mówi i
pisze. Kwestia żydowska, jak napisałem w Sercu
Europy, wzbudzała w Polsce wiele
namiętności, ale zaskakująco mało aktów
przemocy.
- Czy
istnieje coś takiego, jak "typowy polski
antysemityzm"?
- Ja nie
chcę słyszeć o typowym polskim antysemityzmie. W
dziejach Polski warunki, w jakich żyli Żydzi, były
różne. Raz lepsze, raz gorsze. I są różne rodzaje
antysemityzmu, od wersji łagodnej do bardzo ostrej. Ale
z tego, co wiem, nigdy nie było w Polsce takiego antysemityzmu jak w
Niemczech hitlerowskich. To znaczy dążenia do
zniszczenia Żydów. W Polsce nigdy nie było aż tak źle.
Między innymi dlatego, że Polacy, mając u siebie taką
masę Żydów, znali ich o wiele lepiej niż Niemcy, znali
lepiej kulturę żydowską, żydowskie problemy.
Kampania zagłady Żydów była możliwa w Niemczech,
ponieważ Niemcy nie mieli, jak Polacy, sąsiadów Żydów.
Nie znali ich. Dlatego nazistom powiodła się
propagandowa mistyfikacja. Niemcy uwierzyli, że Żydzi to
"brud, wszy i tyfus
plamisty", że to robactwo, godne wytępienia. Przeciętny
Niemiec nie wiedział przecież, co to Żyd. Tak mało było
Żydów w Rzeszy. Stanowili mniej niż jeden procent (ok.
600 tys.) ludności, byli niewidoczni, bardzo
zasymilowani. Tak naprawdę byli Niemcami i bardzo często wielkimi
patriotami niemieckimi. Wydaje mi się, że w Polsce
antysemityzm porównać można raczej do innych konfliktów
etnicznych. Znam Polaków, którzy żywili bardziej
nienawistne uczucia wobec Ukraińców niż Żydów. Albo
wobec Niemców. Oczywiście, korzeni antysemityzmu
szukać można również w chrześcijaństwie. Ale to nie jest
cała prawda o antysemityzmie. I nie każdy, powiedzmy,
antagonizm między Polakami i Żydami był na tym tle.
Czasem tak, czasem nie. Bywał również czynnik
gospodarczy...
- Nie
chce pan profesor mówić o polskim antysemityzmie,
zapytamy o polski nacjonalizm? Czy polski nacjonalizm
nie zabarwił tego antysemityzmu na specyficznie polski
sposób?
- Oczywiście, nacjonalizm ma pewne
cechy narodowe. Ale nacjonalizm to powszechne zjawisko.
Jest nacjonalizm angielski, nacjonalizm szkocki,
irlandzki, walijski, chiński, amerykański. Nie wiem,
może nie ma nacjonalizmu na Antarktydzie, ale wszędzie
indziej nacjonalizm znajdziemy. Jest nacjonalizm
rosyjski, był nacjonalizm sowiec ki, jest nacjonalizm izraelski,
który się nazywa syjonizmem. Nie ma społeczeństwa bez
nacjonalizmu. Moim zdaniem, nacjonalizm nie ma monopolu w
Polsce, nawet nie odgrywa roli dominującej w
społeczeństwie polskim. Były okresy, na przykład lata
przed II wojną
światową, kiedy nacjonalizmy dominowały w wielu krajach.
Także w Polsce, gdzie żyły różne narody, miały miejsce
konflikty: między nacjonalizmem polskim, nacjonalizmem
ukraińskim, nacjonalizmem niemieckim, nacjonalizmem
żydowskim, nacjonalizmem litewskim itd. Ale takie konflikty
trafiają się w wielu państwach, to nie jest coś
zdarzającego się tylko w Polsce i nigdzie
indziej.
- A czy
jest nacjonalizm wschodni? Czy kraje Wschodu odróżniają
się pod tym względem?
- Ja bardzo niechętnie przyjmuję
schemat, który można spotkać u szeregu politologów
zachodnich, przede wszystkim amerykańskich, według
których nacjonalizm zachodni jest zdrowy, a groźny jest
tylko nacjonalizm wschodni. Nacjonalizm wschodni jest
destruktywny, agresywny, prymitywny itd.
Ską d się wzięło
takie wyobrażenie? Przyjrzałem się kiedyś ich
argumentom. I zbudowałem abstrakcyjny model nacjonalizmu
wschodniego. Zgodnie z tym modelem, nacjonalizm wschodni
spotykamy u narodów chłopskich, które mają silne związki
z ziemią, narodów, które straciły albo nigdy nie miały
własnej państwowości, które z tego powodu czują się
dyskryminowane, narodów, gdzie tożsamość narodowa jest
ściśle powiązana z wyznawaną religią, narodów, które
uważają swą tożsamość za coś świętego, narodów
gospodarczo zacofanych, bez przemysłu, bez
urbanizacji itd. Gdy już doszedłem do końca tej analizy,
okazało się, że najlepszym kandydatem do tego modelu
jest... Irlandia. Jeśli Irlandia należy do wschodniej
Europy, to ja jestem Japończykiem.
- Panie profesorze, przecież w Polsce
śpiewano: "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród", śpiewano
również: "Boże, coś Polskę"?
- Polska ma dużo wspólnego z Irlandią,
bardzo dużo, pisałem i mówiłem o tym wiele razy. O czym
to świadczy? O tym, że to, co przypisuje się wschodnim
Europejczykom czy Polakom, nie jest ani specyficznie
polskie, ani specyficznie wschodnie, że można spotkać
takie rzeczy zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie.
Czasem na zachodzie nawet w silniejszym natężeniu. Weźmy
Basków. Czy ziemie Basków są na zachodzie, czy
na wschodzie Europy? A przykład
Belgii, gdzie Flamandowie też walczą o to, o co posądza
się Polaków. Nie damy ani cala naszej ziemi! Takie
okrzyki słychać z różnych stron. To nie jest nic
specjalnie polskiego.
- Przez
cały XIX wiek nie mieliśmy państwa, naród kształtował
się inaczej niż tam, gdzie to państwo istniało. W Polsce
nie było tradycji obywatelskiej, związanej z
przynależnością do własnego państwa. Państwo było obce.
Ale dziś Polacy żyją we własnym państwie. Czy tradycja
spierania się z władzą jest już
nieaktualna?
- Wszędzie w Europie toczyła się walka
między, określmy to tak, nacjonalizmem państwowym,
związanym z poczuciem obywatelskim narodu, a poczuciem
narodowym każdego pojedynczego człowieka, co można
roboczo nazwać "nacjonalizmem popularnym". Państwo
brytyjskie próbowało wprowadzić w Wielkiej Brytanii
nacjonalizm obywatelski, niszcząc tożsamość innych niż
Anglicy narodów zamieszkujących Wyspy, podobnie było w
Związku Sowieckim. Walijczycy, Irlandczycy, Szkoci nie
mogli się z tym pogod zić. Polacy mają dziś swoje własne
państwo. Sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Dzisiejsza
Polska jest wyjątkowo jednolita etnicznie, językowo itd.
Zupełnie inaczej niż przed wojną, kiedy Polska bardzo
przypominała obecną Jugosławię. Wiele języków,
religii, ogromne mniejszości.
Konflikty narodowościowe. I nikt nie wie, do czego to
mogło prowadzić. Jak już mówiliśmy, jakiś kryzys na
pewno Polskę czekał.
- Czy
nacjonalizm kłóci się z patriotyzmem? W języku polskim
słowo nacjonalizm ma pejoratywne znaczenie. Jerzy Szacki
uważa, że nacjonalizm uległ u nas zdemonizowaniu. Z
kolei Stefan Kieniewicz pisał, że Polacy byli narodem
uciskanym, który uciskał inne narody, np. Ukraińców,
Żydów? Jak to jest? Polacy są nacjonalistami?
- Panowie szukacie schematu. W Polsce znaleźć można wszystko.
Polacy bywają nacjonalistami, i to okropnymi, ale bywają
też głębokimi patriotami, są zaściankowi, ale też
niebywale tolerancyjni. Są uczciwymi ludźmi, ale bywają
kryminalistami, zbrodniarzami. Wśród czterdziestu
milionów ludzi znajdziecie wszystko.
- Oczywiście, znajdzie się nawet
ludożerca, ale chodzi nam o to, co
dominuje?
- Kiedy jest konflikt etniczny wewnątrz
danego społeczeństwa czy państwa, wtedy pewne prądy,
takie jak nacjonalizm, zaczynają odgrywać rolę. Tak było
w latach trzydziestych w II Rzeczypospolitej, kiedy to,
ale miało to miejsce nie tylko w Polsce, wpływy zdobywał
nacjonalizm integracyjny, wykluczający z ojczyzny inne
narodowości. Niemcy dla Niemców, Polska dla Polaków. A
Żydzi, jak proponowa li wtedy niektórzy, na Madagaskar!
Choć nacjonalistami integracyjnymi można też nazwać
część syjonistów, którzy nie zamierzali tolerować w
tworzonym przez siebie państwie innych narodów. Dziś
tego typu nacjonalizmu w Polsce nie ma. To nie
przeszkadza wielu
Polakom widzieć go jako zagrożenia, jako coś nadal
żywego, z czym trzeba ciągle walczyć. Bo krytyczne
mówienie o nacjonalizmie ma swoją drugą stronę. W każdym
społeczeństwie inteligencja walczy z własnym
ciemnogrodem. I często bywa bardzo wrażliwa na punkcie grzechów własnego
narodu, co jest zdrowe i naturalne. Ale przez to nie
widzi grzechów u sąsiadów, u innych. Ja patrzę na
nacjonalizmy, jak panowie, jako na objaw choroby. I taka
choroba, moim zdaniem, w dzisiejszej Polsce nie
dominuje. Solidarność była ruchem patriotycznym.
Ale nie nacjonalistycznym, choć próbowała zmobilizować
cały naród. Dopiero teraz pojawiła się możliwość
zaszczepienia wartości obywatelskich, które nie są
narzucane przez obce państwo czy obcą
ideologię.
"Odra" nr 6,
06.2000 |