Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
WYWIADY   

Rozmawiał Paweł Spodenkiewicz

POLSKA STRZAŁA

- Zacznijmy od pańskiej najnowszej książki, Myśli wyszukane, wydanej niedawno przez wydawnictwo Znak...

- Ja niestety tej książki nie znam, autorką wyboru jest pani Elżbieta Tabakowska. A mówiąc poważnie: bardzo się cieszę, że wydawnictwo Znak zauważyło, że z moich książek można wyłuskać aforyzmy. Pani Tabakowska tłumaczyła Europę i dobrze zna mój warsztat pisarski. Otóż aforyzmy wychodzą mi nieprzypadkowo. Jeśli mam do przekazania masę informacji, tekst dzielę na akapity, które staram się zaczynać dobrze dobranym zdaniem, jakąś perełką, i kończyć krótką, zwięzłą myślą zamykającą.

- Kto był pańskim mistrzem, jeśli chodzi o sposób pisania o historii?

- Jest cała tradycja angielska, która uważa historię za dział literatury. Wielcy historycy są na tym samym poziomie co wielcy pisarze. Oczywiście, zaczynałem od Edwarda Gibbona, jego Zmierzchu cesarstwa rzymskiego . Gdy kończyłem szkołę średnią, nasz nauczyciel historii powiedział: "Te wakacje przed studiami to wasza ostatnia szansa, żeby przeczytać Gibbona". I przeczytałem go. Nie tylko go przeczytałem, ale pojechałem do Turcji, żeby zobaczyć to Bizancjum. To było przeżycie: siedzieć pod murami Konstantynopola i czytać o ostatnich dniach cesarstwa...

- A z mistrzów współczesnych?

- Na studiach zetknąłem się z historykiem, który wspaniale pisał. Nazywał się A.J.P. Taylor. Mistrz słowa, powszechnie znienawidzony przez kolegów, gdyż był pierwszą intelektualną gwiazdą telewizyjną. To były lata 50. i 60., nie było nagrań, każdy program telewizyjny szedł "na żywo". Taylor potrafił mówić bez wahania, prosto, ciekawie, celnymi zdaniami. No, i był jednym z niewielu wybitnych historyków w Oxfordzie, który pisał dla gazet, nawet tych brukowych. Zazwyczaj uważano, że Szacowny profesor nie powinien mieć do czynienia z prasą, bo dziennikarze to kanalie. Taylor był dla mnie wspaniałym przewodnikiem na drogach historycznych.

- W swoich książkach obala pan wiele rozpowszechnionych opinii. Pisał pan na przykład o "nikczemnym koncepcie cywilizacji zachodniej", krytykował liberałów admirujących Rosję. Jak pańskie książki były odbierane w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych?

- W zasadzie miałem dużo szczęścia. Po każdej książce było wiele głosów krytycznych, czasem bardzo ostrych, ale każda miała też bardzo entuzjastyczne oceny. Nie zostałem więc śmiertelnie zraniony, wyszedłem cało z tych opresji. Były bardzo niesmaczne ataki na Boże igrzysko ze strony osób o poglądach antypolskich. Nie stawiano konkretnych zarzutów, z wyjątkiem tego, że ogólny obraz Polski był pozytywny, a jej historia ciekawa. Ale potem ukazała się recenzja Leszka Kołakowskiego w "New York Times", że to jest najlepsza książka o Polsce i te głosy ucichły.

- Na łamach amerykańskiego pisma "Commentary" został pan zaatakowany przez znanego historyka Holocaustu Lucy Dawidowicz...

- To był rok 1987 czy 88. Napisałem naiwnie ciepłą recenzję książki Hanny Krall o Marku Edelmanie. Stwierdziłem między innymi, że jest on bardzo ciekawym człowiekiem, bohaterem getta, działaczem Solidarności. Nie wiedziałem, że ten artykuł podziała jak płachta na byka, a Edelman jest w pewnych środowiskach uważany za wariata. Pisano, że skoro został w Polsce, choć mógł wyjechać do pięknej Ameryki, to musi być psychicznie chory. I taki człowiek jak Davies, który ośmiela się pochwalić Edelmana, też musi być psychicznie chory. To była dyskusja na tym poziomie.

- Jakie były źródła tej wrogości do Marka Edelmana?

- Edelman był bundystą [należał do żydowskiej partii socjalistycznej "Bund" - red.]. Nie podzielał zatem poglądu syjonistycznego, który jest podstawą ideologii państwa Izrael. Dla pewnych ludzi chwalenie Edelmana oznaczało atak na Izrael. Przy okazji dyskusji w "Commentary" dowiedziałem się, że moje podejście do historii Polski jest dla niektórych nie do przyjęcia. Bardzo dobrze, że ta sprawa zaowocowała dyskusją, choć dostałem trochę po plecach za te zasługi.

- Polakom też mógł pan się narazić. W książce Orzeł biały, czerwona gwiazda wyraża się pan na przykład bardzo krytycznie o Józefie Piłsudskim jako mężu stanu...

- Najbardziej nie pasowało do mego światopoglądu stanowisko Romana Dmowskiego, ale krytykowałem też Piłsudskiego. Uważam, że powinno się pokazywać błędy nawet tych osób, które się bardzo ceni. Nie widzę w tym sprzeczności. Gdybym był Polakiem w czasie pierwszej wojny światowej, pewnie bym dołączył do Legionów - tak, jak to zrobił mój świętej pamięci teść, od którego się najwięcej nauczyłem. Przyznaję, że jestem przyjacielem Polski, ale to nie znaczy, że tylko chwalę. Serdecznemu przyjacielowi też możemy powiedzieć: Przepraszam, masz plamę na koszuli!

- Znacznie przybliżył pan polską historię czytelnikowi anglosaskiemu. Czy miał pan jakichś poprzedników na tym polu?

- Jestem trzeci w kolei. Pierwszym był Kanadyjczyk William John Rose. Jako działacz protestancki pojechał do Pragi założyć oddział YMCA. Tam zastała go pierwsza wojna światowa i został internowany. Austriacy grzecznie go spytali, gdzie chce być osadzony. Jako gorący protestant odpowiedział, że w najbliższym mieście protestanckim. I przysłali go do Cieszyna. Tam opanował język polski i czeski. Zrobił doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim i był przez wiele lat ważnym głosem propolskim w Londynie.

- Kim jest ten drugi?

- To Peter Brock. Jest kwakrem, pacyfistą, polonofilem. Skończył studia u Williama Rose'a w Londynie. On też studiował w Krakowie, zaraz pod drugiej wojnie światowej, kiedy to jeszcze było możliwe. Zajął się arianami i innymi dysydentami religijnymi. Był drugim anglojęzycznym historykiem, który doktoryzował się w UJ. Ja byłem trzecim.

- Jak to się stało, że pan zajął się sprawami polskimi?

- Z pozoru to był przypadek. Po studiach nie przygotowywałem się do kariery naukowej, przez pięć lat byłem nauczycielem w szkole. Potem zapisałem się na wyjazd do Moskwy, by napisać krótką dysertację. Za temat wybrałem sobie nauczanie historii w Związku Sowieckim. Ale mojej grupie odmówiono wizy do Moskwy i pojechaliśmy do Polski. Ten kraj okazał się fascynujący. Po pierwsze, zrozumiałem, że nic o nim nie wiem. Po drugie, już czułem, że to nie jest Rosja, że ten naród nie ma nic wspólnego z oficjalną ideologią. Można zadać pytanie, czy moim życiem rządził wyłącznie przypadek. Gdy miałem dwadzieścia kilka lat, uczyłem się języków i opanowałem ich sześć czy siedem. Więc może to, że znalazłem się w Krakowie, to był skutek, a nie przyczyna?

- Jak pana rodzice przyjęli to, że chce pan studiować w Polsce?

- Moja matka pytała: "Dlaczego ty nie siedzisz w Wenecji i nie studiujesz historii Włoch?". Ale ja byłem już emocjonalnie związany z Krakowem. I już trzydzieści pięć lat idę po tej drodze...

- Czy była bardzo wyboista?

- Jako młody człowiek przeżyłem w Polsce różne bolesne momenty. Mieliśmy małe dziecko, a moja żona chorowała. Było nam niełatwo. Wtedy moi krakowscy przyjaciele bardzo mi pomagali. Zajęli się całym sercem tym młodym Anglikiem, który miał kłopoty. Efekt był taki, że zostałem, choć mogłem uciekać, zostawić Polskę za sobą.

- Dlaczego zaczął pan od tematu wojny polsko-bolszewickiej?

- Znałem rosyjski i polski. Słyszałem opowieści wspaniałego człowieka, mojego teścia, który był uczestnikiem tej wojny. W podręcznikach oficjalnych nic na ten temat nie było, a tu nagle teść opowiadał fantastyczne rzeczy. Uznałem, że to temat dla mnie. Książka miała duże powodzenie... i od tego czasu nawet nie oglądam się wstecz. Młody człowiek nie zastanawia się, dlaczego wybiera pewne rzeczy. Miałem chorą żonę, było dziecko, musiałem coś robić. Co mogłem, to robiłem.

- Czy powstanie książki Europa świadczy o tym, że zmienił pan swoje zainteresowania i odszedł od tematyki polskiej?

- Nie. Polacy znają mnie jako polonofila, ale nie wiedzą, że mam różne strzały w moim kołczanie. Jako siedemnastolatek, spędziłem rok we Francji, potem byłem dłuższy czas we Włoszech. Przez Europę wróciłem do tych zainteresowań.

- Dlaczego wydawnictwo Oxford University Press zamówiło dzieło o Europie właśnie u pana?

- To był koniec lat 80. Chyba dzięki Solidarności, może też trochę dzięki książce Boże igrzysko , wydawnictwo już wiedziało, że nie może ograniczyć się wyłącznie do Europy Zachodniej. Redakcja próbowała rozmawiać z różnymi wybitnymi uczonymi w Oxfordzie. Okazało się, że oni nie mają pojęcia o Europie poza Łabą, choć wiedzą wszystko, co tylko można o Niemczech czy Francji. To świadczy o tym, jaka jest struktura wiedzy historycznej w Anglii. Jeśli chodzi o znajomość tej części kontynentu, jestem w Wielkiej Brytanii ekscentrykiem. Absolutnie jednak tego nie żałuję.

"Dziennik Łódzki" nr 123, 27-28.05.2000

powrót  
www.milosz.pl