|
Jan Wróbel
NIE WIDZĘ SPRZECZNOŚCI
- Elity polityczne narodów, i to tak
różnych jak Hiszpanie, Polacy czy Rosjanie, pragnęły
nieraz wprowadzić swoje narody do "Europy".
Czemu?
-
- Wtedy, gdy elita czuje się
zagrożona, potrzebuje wsparcia od zewnątrz. Chce być
członkiem "większego klubu".
-
Spotkałem się kilka tygodni temu z
Gorbaczowem, który absolutnie się zapalił na tym
właśnie punkcie: że on sam jest Europejczykiem, że
Rosja jest europejska, że należymy do tego samego
klubu. W jego ustach to był temat nie tylko
polityczny; to się wiązało z jego tożsamością.
Gorbaczow jest przecież politycznie w Rosji izolowany.
Dla takiego człowieka z byłej elity sowieckiej Europa
stanowi ratunek.
- Wielka Brytania jawi się w Polsce
jako kraj eurosceptyków.
-
- W Wielkiej Brytanii elita nie czuje się zwykle
europejska, związana z Unią Europejską. Nasz rząd jest
członkiem Unii, ale traktuje to z dystansem. Wydaje
się, że w tym wypadku to przejaw braku poczucia
rzeczywistości. Jeszcze żyją w tym nieistniejącym już
imperium. Natomiast opozycja, a także coraz więcej
zwykłych ludzi, czuje się związana coraz
mocniej z Unią. Rośnie poczucie, że ta
wyspa nie jest już inną planetą, lecz częścią
kontynentu.
-
Idąc tym tropem
- Szkocja bardzo zyskała na istnieniu imperium
brytyjskiego, jak żaden inny region, ale teraz szkocki
nacjonalizm posługuje się hasłem, że Szkocja należy do
Europy. Jestem przekonany, że wcześniej czy później to
nasze Zjednoczone Królestwo się rozpadnie i Szkocja
będzie suwerennym państwem. I to bardzo
proeuropejskim,
tak jak np. Belgia. Także Irlandia jest bardzo
proeuropejska. Tak Szkoci, jak Irlandczycy są
antyangielscy; Unia Europejska stanowić ma przeciwwagę
dla bogatszych i nie lubianych
Anglików.
- A dla rosyjskich demokratów Europa
będzie obroną przed Rosją .
- Dla demokratów - tak. Dobrze wiedzą,
że jeśli Rosja będzie sama, izolowana, wtedy dojdą do
władzy antydemokratyczne siły, które są potężne.
Demokraci są tam raczej słabi, niestety.
- Odruchowo zawęziliśmy pojęcie Europy
do pojęcia "stabilna, demokrat yczna Europa".
- Ludzie zapomnieli, że Adolf Hitler
był wielkim...
- ... euroentuzjastą...
- Tak... NSDAP wydawało pismo, które
się nazywało "N(.....) Europa". W ich pojęciu ta nowa
Europa powstałaby oczywiście pod patronatem Rzeszy
Niemieckiej, będąc przy tym federacją wybranych
narodów... To jest jedna z koncepcji zjednoczenia
Europy, dziś cokolwiek niepopularna. Nie możemy jednak
zapominać i o takim europejskim wizerunku. Europa nie
jest związana raz na zawsze z ideą
demokratyczną.
- Demokratyczne (jak na swoje czasy) kraje
Europy XVI-, XVII- i XVIII-wiecznej raczej przegrały
starcia z autokratycznymi potęgami. Znikały z mapy jak
Polska albo marginalizowały się, jak Wenecja czy
Holandia.
- Oczywiście. Największy argument na
rzecz Unii Europejskiej to ten, że sojusz państw
demokratycznych może bronić poszczególne kraje
demokratyczne przed dyktaturą. Kiedy walka polityczna
jest dżunglą, wtedy najsilniejszy wygrywa, jeden mocny
połknie po kolei wszystkich mniejszych sąsiadów. Tak robili
i Hitl er, i Stalin. To pierwszy,
najważniejszy powód, dla którego powinna istnieć Unia.
- W Polsce słowo Zachód, pisane z dużej
litery, oznacza prawie bajeczną strefę dobrobytu o
niejasnych granicach. Czym się dla Pana różni Europa od
Zachodu?
-
- Zachód jest mitem. Kiedyś, w samej
Europie, mówiono "zachodnia" dla oznaczenia części
katolickiej, a "wschodnia" - prawosławnej. W XIX wieku
"Zachód" miał znaczenie imperialne, to zachodnia myśl
dokonała podziału na narody historyczne i
niehistoryczne,
podporządkowane.
-
Dziś Zachód jest związany z
Ameryką, ma bardzo mało wspólnego z Zachodem
klasycznym. Dziś Arabia Saudyjska jest Zachodem, także
Izrael, Turcja, Japonia. Ten Zachód stracił znaczenie
geograficzne, kulturowe i jest jeszcze bardziej mitem
niż kiedyś.
- Jeśli
mówimy o wspólnocie kulturowej, to musimy dojść do
chrześcijaństwa, jako fundamentu i spoiwa Europy.
-
-
"Chrześcijaństwo" i "wspólnota chrześcijańska" to
pojęcia, które precyzyjnie rozróżnia język angielski.
Otóż wspólnota chrześcijańska zupełnie się
skompromitowała wskutek wojen religijnych XVI i XVII
wieku. I to tak, że sami chrześcijanie przestali
używać tego terminu. Nowoczesna Europa bierze swój
początek właśnie w tym okresie, gdy przestano używać
pojęcia christianitas
,
a zaczęto używać pojęcia "Europa", na
oznaczenie wspólnoty świeckiej. Ta laicyzacja ma
ogromne konsekwencje. Króluje materialistyczne
rozumienie idei Europy - jako wielkiego rynku.
-
To jest na dłuższą metę niemożliwe
do utrzymania, płytkie. Rynek jest kontrolowany przez
instytucje, a tymi instytucjami muszą kierować jakieś
ideały, przekonania, ideologie. Jakieś wyższe zamiary.
Ale tak się nieszczęśliwie stało, że powojenny ruch
europejski stracił podstawy kulturowe. Rada Europy,
która miała patronować budowie kulturowej
tożsamości wspólnoty, zeszła na
margines.
-
Myślę, że nadchodzi wielki kryzys
Unii. Wspólny rynek to nie wspólnota europejska. Unii
brakuje strategii. Wybrać - jako pierwszy krok na
drodze zjednoczenia - wspólną walutę, było nonsensem,
skoro nie założono odpowiednich instytucji kierujących
Unią. Było także zagrożeniem dla takich państw jak
Polska, które jeszcze długo nie będą na poziomie
państw najzamożniejszych i którym wspólna waluta
zagradza drogę do zjednoczenia. Kanclerz Kohl prowadzi
politykę dwuznaczną: z jednej strony popiera wspólną
walutę, a równocześnie popiera rozszerzanie się Unii.
Te dwie rzeczy nie pasują do siebie.
-
Do tej pory wszystko rozwijało się
wspaniale i szło łatwo. W rezultacie etosowi wspólnoty
obce jest przekonanie, że trzeba coś dać, że trzeba
coś zapłacić za to, że jest tak fajnie... Bogaci
Niemcy i Francuzi nie bardzo mogą więc dziś pojąć,
nawet jeżeli oficjalnie potakują, że za rozszerzenie
Unii o inne europejskie kraje trzeba zapłacić
uszczupleniem swoich dochodów.
- Co jednak miałoby ich motywować do
poświęceń? Powiedział Pan, że idea Europy jest już
martwa. Zastąpiła ją idea rynku, a on nie musi się
akurat rozszerzać na Polskę i Białoruś. Lepiej będzie
otworzyć się na Koreę, Chile, Nową Zelandię...
-
- Jestem przekonany, że każda wspólnota najlepiej
mobilizuje się przed zagrożeniem zewnętrznym. To samo
z Unią. Ma za sobą okres nieporównywalnego dobrobytu i
bezpieczeństwa, prawie za darmo, dzięki Ameryce. To
się kończy.
-
Zagrożenie płynące z możliwego
kryzysu potęgi Ameryki jest mniej prawdopodobne,
bardziej prawdopodobne jest zagrożenie ze strony
Rosji. To jest niedźwiedź, który się obudzi i może
być, zwłaszcza gdy górę wezmą siły militarystyczne,
zagrożeniem. To mogłoby być ozdrowieńcze dla
Unii.
-
Idea europejska nie jest martwa, tylko osłabiona. Wciąż
jednak ma wyznawców. Dlaczego tak długo się męczyłem,
pisząc ogromną historię Europy? Trzeba budować pojęcie
Europy, przywrócić pamięć o wspólnych korzeniach,
nieszczęściach, etc. - na tej bazie powstaje
świadomość własnej tożsamości. Wydaje się, że
coraz więcej ludzi uważa, że Unia zabrnęła w ślepy
zaułek i nie poradzi sobie bez odwołania się do sfery
wartości. Nie chodzi tylko o cenę masła i wędlin, lecz
o coś wyższego.
- Tylko o co?
-
- O wszystko to, co niosło słynne
słowo "solidarność". Rynek nie łączy ludzi na dobre i
złe. Dopóki wszystko idzie dobrze, to jest wesoło i
bez napięć. Teraz sytuacja się psuje i wszyscy
członkowie klubu zaczynają myśleć tylko w kategoriach
partykularnych strat i zysków. To naturalne
rynkowe zachowanie.
-
Europa ma źródła w chrześcijaństwie
i religia dalej jest częścią tej tożsamości, która
budzi solidarność między ludźmi. Europejczyk może nie
być wierzący, może pochodzić z rodziny
niechrześcijańskiej, ale ma inne spojrzenie na
rzeczywistość niż Japończyk albo Hindus. Cywilizacja
europejska to jedna z tych wielkich cywilizacji, które
różnią się od pozostałych; nie oznacza to, że jest
koniecznie lepsza, ale że jest sobą.
-
Z drugiej strony, niestety, przez
ostatnie 200 lat tożsamość była skoncentrowana wokół
idei narodu i państwa narodowego. Przyszedł czas
zmniejszenia roli państw narodowych, a rozszerzenia
roli wspólnoty. Wspólnoty idei, nie materialnego
zysku.
- W XVI, XVII wieku Turcja zajmowała
sporą część europejskiego kontynentu, większą niż wiele
europejskich państw. Jednakże Turcy nie zostali
zaakceptowani jako Europejczycy.
- W XX wieku, co ciekawe, sama Turcja
weszła na drogę europeizacji, Atatürk stworzył laicką
Republikę Turecką, choć większość mieszkańców wyznawała
(i wyznaje) religię muzułmańską. Elita turecka czuje się
całkowicie europejska i pragnie ujrzeć Turcję jako
pełnoprawnego członka Unii. Wydaje się, że jest to
jednak bardziej problematyczna kandydatura niż polska.
Właśnie przez wzgląd na czynniki
niegospodarcze .
- A czy nam przeszkadza polski
katolicyzm?
- Nie. Jedna trzecia członków Unii to
katolicy. Dobry klimat dla Polski tworzy także osoba
papieża.
Kanclerz Kohl jest Niemcem, ale i
katolikiem. Sam go słyszałem, jak mówił o Polsce - z
jego punktu widzenia Polska to takie drugie katolickie
Niemcy, to część jego kulturowego świata. Jestem pewien,
że dla kanclerza Kohla Turcja jest czymś
innym.
- Ci jednak, którzy chcą bronić Europy
przed islamem, tureckim i arabskim, są od razu
klasyfikowani jako ekstremiści, pogrobowcy Hitlera itd.
i zazwyczaj są faktycznie ekstremistami.
- Przede wszystkim ta ekskluzywna wizja
Europy jest bardzo niechrześcijańska. Wypędzić sąsiada,
bo jest muzułmaninem - to nie jest zachowanie godne
wyznawcy Chrystusa.
- Nie jest godne, ale historia
wskazuje...
- Jest to także zupełnie niezgodne z
obecnym pluralizmem i demokratycznymi wartościami. Różne
kraje muzułmańskie mają swoje tradycje demokratyczne, a
chrześcijańskie - tradycje antydemokratyczne. Bośnia, z
której bliżej do Rzymu niż z Anglii czy Polski, ma
ogromny odsetek muzułmanów wyznających całkowicie
europejski zestaw wartości. We Francji, nawet w Anglii,
jest wielu muzułmanów. Pluralizm religijny i kulturowy
współczesnej Europy jest faktem i nie może być
wątpliwości co d o chęci jego
utrzymywania.
- Chce Pan pogodzić pluralizm z
istnieniem chrześcijańskiego fundamentu. Za 20-30 lat co
piąty Europejczyk będzie muzułmaninem, co dziesiąty
chrześcijaninem, a resztę stanowić będą niewierzący i
członkowie rozmaitych wschodnich wyznań. Będzie
pluralizm, tyle że muzułmański.
- Nie widzę sprzeczności. Dlaczego
pluralizm ma zjeść fundament? Powątpiewam też, czy islam
zdobędzie taką popularność; to raczej niepotrzebne
straszenie. Zależy oczywiście, jaki wariant islamu
zwycięży. Zdaje mi się, że to wielki błąd, żeby
traktować świat muzułmański jako świat terrorystów - to
najlepsza droga, by ten nurt w obrębie islamu faktycznie
wzmacniać. Nawiasem mówiąc, imperium ottomańskie
potrafiło o wiele lepiej traktować chrześcijan niż
wie le państw chrześcijańskich. Nawet
Anglia, ten wiodący w XVIII i XIX wieku kraj, do połowy
ubiegłego stulecia nie zezwalała m.in. katolikom i
Żydom na korzystanie z pełnych praw
politycznych.
- Kto stanowił centrum, a kto peryferia
europejskie?
- Koncepcja "centrum-peryferia" jest bardzo
względna. Centrum kulturowe jest ruchome.
-
Bardzo mocno upowszechniła się
koncepcja, iż centrum ma znaczenie gospodarcze. Taki
trójkąt: południowa Anglia, Belgia i Holandia,
zachodnie Niemcy, północne Włochy, część Francji...
Walczę z poglądem, że peryferiami tego trójkąta jest
tylko wschód Europy. Peryferia były i są także na
Zachodzie. Portugalia, Hiszpania, Irlandia, co tu
daleko szukać.
-
Niestety, centrum i peryferia
stanowią model bardzo popularny wśród historyków.
Kwalifikują jakiś region czy kraj raz na zawsze po
stronie gospodarczo "zacofanej", pomijając sprawy
kultury i wątpliwości co do precyzyjnego zakreślenia
granic "centrum".
-
Polska była kiedyś największym
krajem chrześcijańskim Europy. Ale to są rzeczy
zapomniane. Przeciętny specjalista - historyk Europy -
nie wie nic o Polsce, Bułgarii, Czechach. Mocarstwa
współczesne potrafią upowszechnić wiedzę o swoich
sprawach.
-
Ciekawe są
walki o miejsce w encyklopedii amerykańskiej. Pod
hasłem demokracja nie znajdzie się ani słowa o
demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej, choć to
ciekawy aspekt tej myśli; można snuć porównania
pomiędzy amerykańską i polską demokracją w XVIII wieku
(np. i tu, i tu dominowali wielcy posiadacze ziemscy,
a prawa wyborcze były ograniczone dla
elity). Anglosasi myślą, że mieli demokratyczny
monopol.
"Życie" nr 39,
16.02.1997 |