Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
WYWIADY   

Rozmawiał Stefan Chwin

NIE JEST TAK BARDZO ŹLE

O przyszłości Polski, Rosji i Europy

- Jak z perspektywy ostatnich czterech lat ocenia Pan pozycję międzynarodową Polski? Po roku 1918 II Rzeczpospolitą nazywano "państwem sezonowym". Czy przy swojej sympatii dla Polaków z angielskim chłodem nie myśli Pan podobnie o III Rzeczypospolitej?

- Nie myślę z angielskim chłodem. Jeżeli dobrze pamiętam, nie wszyscy nazywali Polskę Saisonstaat i nie wszyscy podzielali tę opinię. Wyraz to pruski, a gdzie Prusy teraz? Polska miała swoje miejsce w Europie przed rozbiorami i jej powrót do państwowości w 1918 r. był rzeczą naturalną. To samo teraz: powrót do suwerenności w 1989, czy raczej w 1990 roku, jest rzeczą naturalną i stałą. Przyszłość Polski wygląda lepiej niż przyszłość jej niektórych sąsiadów. Wciąż nie wiemy na przykład, czy Ukraina utrzyma się w obecnym kształcie, podobnie Białoruś czy państwa bałtyckie. Wszystko tam, na wschód od Bugu, jest w stanie płynnym. Nie wiemy nawet, co będzie z Rosją, czy będzie - jak przewiduję - rozpadać się na kawałki czy też - odwrotnie - spróbuje odbudować swoją potęgę. Ale Polska, moim zdaniem, potrafi ocalić się przed burzami na Wschodzie.

- Myśli Pan, że będzie to możliwe dzięki naszej pozycji gospodarczej i militarnej czy raczej dzięki sojuszom?

- Polska jest nieco silniejsza militarnie niż Słowacja, Czechy czy Węgry, ale dzisiaj, w erze nuklearnej, wojskowe zabezpieczenie nie rozstrzyga o wszystkim. Myślę, że ważniejsze jest to, że świat zachodni patrzy na Polskę jak na stałego członka wspólnoty. Parę miesięcy temu kanclerz Helmut Kohl powiedział w Oxfordzie, że Kraków ("alte Krakau " - jak się wyraził) jest miastem środkowoeuropejskim i należy do tej samej strefy cywilizacyjnej co Anglia. Zdaniem Kohla, z niemieckiego punktu widzenia nie byłoby najlepiej, gdyby granica Wspólnoty Europejskiej została na zawsze na Odrze. Jeśli Polska stanie się członkiem tej wspólnoty, granica ta przesunie się nieco dalej od Berlina. Oczywiście wtedy będzie ona bliżej Warszawy, ale Polska leży tam, gdzie leży, i tego nie da się zmienić.

- W latach 1918-1939 zachodnie państwa także traktowały Polskę jako trwały element ładu europejskiego, niewiele jednak z tego dla nas wynikło. Sporo Polaków uważa, że zostaliśmy we wrześniu 1939 roku zdradzeni przez sojuszników zachodnich.

- Sytuacja była wówczas zupełnie inna. W Niemczech rządził Adolf Hitler. Poza tym na Polskę niechętnie patrzyli nie tylko władcy III Rzeszy, ale i Józef Stalin, który wyraźnie dążył do zburzenia porządku ustalonego po I wojnie. Hitler i Stalin mieli wspólny interes w tym, by skończyć z Polską, i mocarstwa zachodnie były bezsilne. Stany Zjednoczone, najmocniejsze państwo zachodnie, nie chciały nawet słyszeć o tym, co się dzieje w Europie. Wielka Brytania - tak samo zresztą jak i teraz militarnie słaba - miała wielką flotę, ale z samymi okrętami wojennymi niewiele można było zrobić nad Wisłą. Lotnictwo brytyjskie nie miało ani jednego samolotu, który mógłby dolecieć z Londynu do Warszawy i z powrotem. Dlatego los Polski zależał od III Rzeszy i od stalinowskiej Rosji. Teraz zaś Ameryka, mimo że się stopniowo wycofuje z Europy, wciąż zachowuje swoją pozycję na tym kontynencie i może ją jeszcze zachować przez 20 czy nawet 50 lat. Niemcy w niczym nie przypominają Niemiec z 1939 roku: inne perspektywy, inne dążenia, inne interesy. Związku Radzieckiego nie ma. To monstrum wyparowało.

- Czy jednak nie zrośnie się znów w jakąś nową, trudną w sensie politycznym do przewidzenia, formę imperium?

- Skłonny jestem raczej wierzyć, że nawet sama Rosja, dzisiejsza republika rosyjska, rozpadnie się na kawałki, bo każda próba odbudowania potęgi imperialnej może ją tylko zburzyć. Przecież to nie jest jednolity kraj. To są siłą sklejone kawałki. Jelcyn siedzi w Moskwie, tam są wszystkie ministerstwa, które nadal wydają dekrety, jaka na przykład ma być cena masła na Kamczatce. Ale dziś już nie ma to żadnego znaczenia, bo mieszkańcy Kamczatki robią to, co muszą, a nie to, co się im nakazuje. Ludzie na dalekiej Syberii wiedzieli dawniej, że jeśli będą nieposłuszni, zajmie się nimi KGB. Teraz już tego nie czują, żyją w próżni, ale muszą jeść, więc sami sobie radzą.

Daleki Wschód jest tak daleko od Moskwy jak zachodnia Kanada od Londynu i myślę, że tak jak imperium brytyjskie - mimo wszystko dużo lepiej zorganizowane - musiało się rozpaść, bo Wielka Brytania nie miała środków, żeby je utrzymać, tak samo imperium rosyjskie rozpadnie się na jakieś bardziej stosowne kawałki. Powstanie na przykład jakaś republika Dalekiego Wschodu, jak po I wojnie światowej, związana handlowo i finansowo z Japonią. Japonia czeka tylko na to, by ktoś oddał jej te Wyspy Kurylskie i wtedy mogą popłynąć bilionowe inwestycje. Tymczasem Syberia, większa niż Stany Zjednoczone, w ogóle nie korzysta z eksploatacji swoich ogromnych bogactw. Cała syberyjska nafta jest sprzedawana przez Moskwę, a nafciarz, który haruje w kopalni, prawie nic z tego nie ma. Wcześniej czy później burmistrz Tiumenia czy Irkucka uzna, że lepiej iść własną drogą niż z Moskwą.

- Czy to nie spowoduje eksplozji?

- Z pewnością taki kolos nie rozpadnie się bez huku.

- Jak się wtedy zachowa armia?

- Armia jest w stanie głębokiej demoralizacji. Wszyscy wiedzą, że nie można użyć broni nuklearnej, by na przykład utrzymać związki Władywostoku z Moskwą. Prawdopodobnie, jeśli potrwa paraliż polityczny na Kremlu, kolejne rejony dawnego imperium pożegnają się z Moskwą. Oczywiście w takiej sytuacji jakiś marszałek może sięgnąć po broń.

- Nie tak dawno czołgi szły na Moskwę. Pucz Janajewa...

- Ale ten pucz dla ludzi Gorbaczowa był bardzo dobrą lekcją! KGB okazało się kompletnie niezdolne do działania. Dlaczego? Dlatego, że połowa poszła do Jelcyna, połowa do puczystów i w rezultacie efekt był zerowy. Nie byli nawet w stanie bronić się. Posłali na ulice Moskwy nieuzbrojone czołgi! Bez wyraźnych rozkazów. To był po prostu szczyt niekompetencji - dinozaur bez mózgu. A teraz musiałoby to wyjść jeszcze gorzej.

- Zatem nie należy się już spodziewać żadnej zorganizowanej akcji?

- Myślę, że będzie próba, ale próba nieudana. Jeśli ten system nie potrafił się obronić dwa lata temu, teraz jest już za późno. Istotniejsze jest jednak to, że całe imperium się rozpada. To oczywiście może wyzwolić niekontrolowane procesy. W Tadżykistanie zginęło już 50 tysięcy ludzi, więcej niż w Bośni, nikt o tym nie pisze. Jeśli podobna wojna wybuchnie w Kazachstanie, gdzie Rosjanie stanowią ponad 30 proc. ludności, może być straszna rzeź. Co jednak zrobi Władywostok, gdy Rosjanie będą się bić w Kazachstanie, a z Moskwy nie nadejdzie żaden sensowny rozkaz? Otóż Władywostok będzie się starał zabezpieczyć własne interesy i dlatego, bez względu na to, czy ktoś będzie chciał obalić Jelcyna czy nie, Rosja się rozpadnie.

- Czy pozycję Jelcyna uważa Pan za mocną?

- Jestem przekonany, że on reaguje za późno. Nie wiadomo, po co toleruje ten niby-parlament. Polska miała przez półtora roku podobną sytuację, potrafiła ją jednak rozwiązać drogą wyborów. Zdaje się, że obecnie ani Jelcyn, ani parlament nie są w stanie działać stanowczo. Gdy Borys Jelcyn był u szczytu popularności, mógł powiedzieć: ta konstytucja to nonsens. Skoro zawiera klauzulę zapewniającą partii komunistycznej przodującą rolę, a partii już nie ma, cała konstytucja jest nieważna i musimy wprowadzić nowe reguły. Ale tego, niestety, nie zrobił. Powinien od razu rozwiązać parlament. Dwa lata temu Jelcyn mógł powiedzieć: przepraszam, to są ludzie z przeszłości - do widzenia. Podobnie mógł postąpić w sprawach decentralizacji Rosji, autonomii regionów, demokracji lokalnej.

- Czy widzi Pan kogoś, kto mógłby zająć jego miejsce?

- Nie widzę nikogo takiego.

- Powrót Gorbaczowa jest wykluczony?

- Wykluczony. To tylko marzenie Zachodu...

- ...które ciągle powraca.

- Ale to zupełnie niewykonalne. Kiedy byłem w Moskwie, myślałem, że powrót Gorbaczowa mógłby mieć swoje zalety, ale żaden Rosjanin, z którym rozmawiałem, nie chciał nawet o tym słyszeć. Gorbaczow jest całkowicie przegrany, tak u dawnych towarzyszy, jak u prostych ludzi.

- Czy nie sądzi Pan jednak, że na fali narastającego kryzysu gospodarczego, społecznego i politycznego komuniści mogą odzyskać swoje wpływy w Rosji?

- Nie wydaje mi się to możliwe. Jeśli przyjdzie jakaś dyktatura, co nie jest wykluczone, będzie to dyktatura wojskowo-narodowa, a nie komunistyczna. Oczywiście dawny mafijny aparat będzie dążył do swego miejsca w takiej strukturze, bo oni demokracji nie mogą strawić.

- Gdyby doszło do konfliktu wewnętrznego w Rosji, jak zachowa się Zachód?

- Mam nadzieję, że będzie się trzymał z daleka. Największym atutem Rosjan dążących do odbudowy imperium byłaby interwencja zachodnia. Przecież po rewolucji bolszewicy, którzy mieli wtedy ideologię internacjonalistyczną, absolutnie niepatriotyczną, uzyskali poparcie Rosjan właśnie dlatego, że narodowi rosyjskiemu - jak głosiła propaganda - zagroził nikczemny Zachód.

- I sądzi Pan, że na Zachodzie nie ma sił, które by chciały wykorzystać kryzys wewnętrzny w Rosji?

- Prawdopodobnie nie ma, chociaż trudno o absolutną pewność. Wydaje mi się, że Ameryka, jedyne państwo liczące się militarnie, nie ma w Rosji żadnych interesów, których by chciała bronić siłą. Amerykanie robią wszystko, żeby ten kryzys jak najbardziej złagodzić, i nie wygląda na to, by zamierzali wysyłać tam swoich żołnierzy tak jak w 1920. Pamiętajmy, że wojska amerykańskie w 1920 roku były we Władywostoku, tak jak Japończycy, a Niemcy na Ukrainie, Brytyjczycy w Murmańsku, Francuzi w Odessie. Taki rozwój wydarzeń byłby dzisiaj fatalny. Nie sądzę jednak, żeby to się miało powtórzyć.

- A rola Niemiec w tej sytuacji? Czy Niemcy nie dążą do zapewnienia sobie mocnej pozycji w Europie, z możliwością wpływania także na rozwój wypadków w Rosji?

- Raczej odwrotnie. Przykro mi, że Niemcy nie robią właściwie nic. Są oczywiście w trudnej sytuacji, no bo jeśli nic nie robią, świat od razu krzyczy, że są egoistyczni, jeśli zaś próbują interweniować, świat bije na alarm, że zawsze byli niebezpiecznie ekspansywni i tak dalej. Tymczasem obecnie pojawiła się straszna próżnia polityczna w europejskiej wspólnocie. Państwa zachodnie nie potrafią ustalić linii postępowania wobec Bośni i to trwa już drugi rok. Pali się w sąsiednim domu, a nikt nie potrafi zorganizować choćby wiadra wody. Niemcy, gdyby chcieli, mają największe szanse, by wprowadzić w życie jakieś skuteczne rozwiązanie, ale oni nie chcą się w nic mieszać, bo wciąż czują na sobie fatalny ciężar przeszłości.

- Z tego wynika, że dopuszcza Pan interwencję zbrojną jako sposób rozwiązania jugosłowiańskiego kryzysu?

- Im dłużej się ten pożar pali, tym trudniej go ugasić. Myślę, że szybka akcja na samym początku uratowałaby sytuację. Czy dzisiaj byłaby rozwiązaniem, nie wiem. Ale nie można czekać w nieskończoność. Bośnia jest tylko etapem. Słowenia i Chorwacja to był początek, następne będą Kosowo, Albania, potem Macedonia. A dalej już Turcja...

- Czy nie przypomina to kotła bałkańskiego z 1914 roku?

- Sytuacja jest jednak trochę inna. W 1914 roku mocarstwa były gotowe zdecydowanie interweniować na Bałkanach.

- I dziś w Rosji pojawiają się głosy, by w imię wartości wspólnych dla wszystkich wyznawców prawosławia włączyć się...

- To prawda, pojawiają się. Musimy jednak pamiętać, że w roku 1914 praktycznie to Rosjanie wypowiedzieli wojnę Niemcom, to oni poparli Serbię, nawet nie informując o tym Paryża, z którym byli w sojuszu. Dzisiaj nie jest aż tak źle. Podobnie z Niemcami. Wtedy Berlin poparł Austrię w wojnie przeciw Serbom. W tej chwili ani w Moskwie, ani w Niemczech nie widzę nikogo, kto zająłby równie nieodpowiedzialne stanowisko.

- Konflikty na tle narodowościowym i religijnym obserwujemy dziś nie tylko na terenie byłej Jugosławii, lecz i w kilku innych krajach. Sytuacje kryzysowe prowadzą do krwawych starć. Na tym tle Polska ostatnich dziesięciu lat wygląda na trudny do pojęcia wyjątek. Nie doszło u nas do rumuńskiego wariantu końca komunizmu, nie powstało w stanie wojennym zbrojne podziemie, nie rozwinął się też indywidualny terroryzm polityczny, chociaż kilka osób próbowało wkroczyć na tę drogę. Jak Pan to wszystko tłumaczy?

- Dużo nad tym myślałem, ale nie znalazłem odpowiedzi. Rzeczywiście, od samego początku Solidarność, mając za sobą romantyczną tradycję powstań i oporu, wybrała drogę Gandhiego, nie zaś Kościuszki, Traugutta czy Piłsudskiego. Ale dlaczego tak się stało? Rozstrzygające znaczenie miał tu chyba jednak autorytet Papieża. Już podczas swojej pierwszej wizyty Jan Paweł II pokazał Polakom, że można zwyciężyć bez żadnego uderzenia, tylko przez samo bycie sobą. I robotnicy, w większości wierzący, uświadomili sobie, że trzeba przede wszystkim przetrwać, a zwycięstwo przyjdzie naturalną drogą, bo walka zbrojna może doprowadzić tylko do katastrofy.

Rzadko chwalę komunistów, ale zdaje się, że i sam Jaruzelski - chociaż działał w porozumieniu z Kulikowem - rozumiał, że walki uliczne w Polsce byłyby po prostu zaproszeniem dla towarzyszy z Moskwy. Nie tylko więc Solidarność, lecz i władze czuły instynktownie, że trzeba powstrzymać się od zbrojnego starcia. Tyle mogę powiedzieć. Ale zgadzam się, że jest to nadzwyczajne zjawisko historyczne. Myślę, że istotną rolę odegrał właśnie Kościół. Warto pamiętać, że w wieku XIX i Watykan, i hierarchia przeciwstawiali się powstańcom. Papież popierał prawo carskie do stłumienia "buntu".

- Ale prymas Glemp też odnosił się z wyraźną rezerwą do radykalnie niepodległościowych aspiracji środowisk niezależnych po 13 grudnia 1981 roku.

- Dużo istotniejsze było jednak to, że ludzie w Polsce czuli, że mają za sobą cały świat katolicki. W 1831 i 1863 roku wierzący Polacy mieli poczucie, że Kościół ich zdradził. Stąd tyle rozpaczy w polskich powstaniach. Sytuacja po roku 1980 była zupełnie inna. Polacy czuli się moralnie o wiele silniejsi.

- Związek dążeń wolnościowych z katolicyzmem miał jednak także swoją drugą stronę, z której nie w pełni zdawaliśmy sobie sprawę w latach 80., a która dała o sobie znać po 1989 roku. Czy obserwując obecną sytuację bierze Pan pod uwagę możliwość przekształcenia się Polski w jakąś, mniej lub bardziej radykalną, formę państwa wyznaniowego?

- Polska musi chyba przejść przez taki kryzys, ale elementy, nazwijmy je tak, narodowo-katolickie nie będą w stanie zapanować nad całością sceny politycznej.

- Nie przewiduje Pan zatem, by w najbliższych wyborach zwyciężyła linia narodowo-katolicka?

- Wydaje mi się to mało prawdopodobne. Oczywiście dużo zależy od Kościoła, który nieco wycofuje się dzisiaj ze swojej pierwszoplanowej pozycji. Polacy są niesłychanie czuli na wszystko, co mogłoby zagrozić ich wolności, więc widzi się, że fundamentalizm superkatolickich imamów byłby prawdziwym horrorem nie tylko w dziedzinie doktrynalnej, ale wywierałby też bardzo niedobry wpływ na życie codzienne. Sądzę, że Polacy będą się przed tym bronić. Zresztą to bardzo ciekawe, że Roman Dmowski, który - bez dwóch zdań - miał bardzo silne poparcie społeczne, największą partię w Sejmie itd., nie zdominował polskiego życia w dwudziestoleciu międzywojennym. Wszyscy połączyli się, by zablokować jego przedsięwzięcia. Coś podobnego może się powtórzyć teraz.

- Na razie jednak wprowadzono obowiązek respektowania wartości chrześcijańskich, a Senat i Sejm wyraźnie popierają tę orientację.

- Tak, ale co to znaczy "chrześcijańskie wartości"? Jeśli się nie mylę, prymat według Chrystusa mają tylko dwie wartości: "Miłować Pana Boga..." i "Kochać bliźniego swego jak siebie samego". I trudno je wprowadzić do ustawodawstwa. Myślę, że zawsze najpierw dochodzi do głosu element radykalny, ale reakcja na to przyjdzie wcześniej czy później. Wiem trochę, co mówią dzisiaj młodzi Polacy. Otóż oni tego wszystkiego absolutnie nie chcą. Zresztą i hierarchia kościelna zaczyna zdawać sobie sprawę, że fundamentalizm może tylko zaszkodzić autorytetowi Kościoła.

"Gazeta Wyborcza" nr 106, 09-10.05.1993

powrót  
www.milosz.pl