|
Rozmawiał Włodzimierz Knap
LEPSZA I GORSZA EUROPA
- Cieszy się Pan dużą popularnością w
Polsce, Boże igrzysko jest podręcznikiem do szkół
średnich, każdy Pana przyjazd do naszego kraju zauważa
się i szeroko relacjonuje w środkach masowego przekazu.
Czy w Pana ojczyźnie znany jest szerszym kręgom
społeczeństwa jakiś polski historyk?
- Bardzo wątpię, aby jakikolwiek polski
historyk był znany rzeszom Brytyjczyków. Przede
wszystkim dlatego, że polscy historycy nie piszą w
języku angielskim, również ich prace nie są
tłumaczone.
- Milan Kundera nazywa Europę Środkową
miejscem, które w dwudziestym wieku zostało poddane
ekstremalnie skondensowanej historii. Czy Pan,
Brytyjczyk, obywatel Europy Zachodniej, podziela jego
tezę?
- Myślę, że Kundera ma rację. Ponieważ
totalitaryzmy, zarówno komunistyczny, jak i nazistowski
- to największe zło XX wieku -dotknęły w sposób
szczególny właśnie tę część Europy. Totalitaryzm dotknął
Zachód w mniejszym stopniu. Na przykład w Hiszpanii
istniał pewien rodzaj faszyzmu, ale już komunizmu nie
było. W Europie Środkowej było wszystko.
- Czy mieszkańcy Europy Środkowej
również w poprzedni ch stuleciach
byli poddani "ekstremalnie skondensowanej
historii"?
-
Dwudziesty wiek był o wiele gorszy od poprzednich. Nie
można tego porównywać nawet z utratą niepodległości,
która dotknęła na pewien - wcale nie krótki - czas
prawie wszystkie państwa tworzące dzisiaj Europę
Środkową. Carat nie był z pewnością łagodnym systemem
sprawowania rządów, ale absolutnie nie można go
porównywać z komunizmem. Na przykład za rządów carskich
w okresie od 1825 r. do 1917 zapadło 6321 wyroków
śmierci z przyczyn politycznych. CZeKa (poprzedniczka
NKWD i KGB) utworzona 20 grudnia 1917 r. wykonała 13
tysięcy egzekucji w ciągu zaledwie kilku pierwszych
tygodni swojego istnienia, i to jeszcze zanim wybuch
wojny domowej mógł posłużyć bolszewikom jako pretekst do
zaostrzenia terroru.
Ogólna liczba ofiar systemu komunistycznego w Rosji waha
się - według obliczeń różnych naukowców - od 20 do 60
mln osób. Tak samo nie można porównywać zbrodni
niemieckiego nazizmu w latach rządów Hitlera do polityki
germanizacyjnej i imperialnej Niemiec
Bismarcka.
- Profesor Piotr Wandycz [urodzony w
1923 r. w Krakowie, od czasów II wojny światowej na
Zachodzie, wykładowca uniwersytetów Columbia, Indiana i
Yale - przyp. red.], pisząc o Polsce, Węgrzech, Czechach
i Słowacji, używa terminu Europa Środkowo-Wschodnia. Pan
te kraje konsekwentnie nazywa państwami Europy
Środkowej. Jakie są różnice między obu
terminami?
- Są to jedynie konstrukcje
intelektualne. Moim zdaniem, Polska jest obecnie w
Europie Środkowej. Nazywanie tych państw Europą
Środkowo-Wschodnią miało cel w międzywojniu, ponieważ
powstały one do samodzielnego bytu głównie po rozpadzie
Monarchii Austro-Węgierskiej. Europę Środkową tworzyły
wówczas kraje germańskie. Drugi okres, w którym zasadne
było używanie terminu Europa Środkowo-Wschodnia, to były
lata 1944/45-1989, gdy te państwa znajdowały się pod
dominacją sowiecką.
- Chyba jeszcze do dzisiaj, niestety,
funkcjonuje w świadomości mieszkańców Europy jej podział
na część lepszą i gorszą. Tą gorszą był i jest Wschód,
tą lepszą Zachód. Zdaniem wielu historyków, m.in.
wspomnianego już prof. Wandycza, długo nie funkcjonował
wśród Europejczyków taki sposób dzielenia mieszkańców
starego kontynentu. Dopiero gdzieś od połowy ubiegłego
stulecia - twierdzą oni - zaczął obowiązywać stereotyp
dobrej i gorszej Europy. Pan natomiast przesuwa tę
granicę na czasy Oświecenia, czyli ponad wiek
wcześniej.
- Pozostaję przy mojej tezie.
Oświecenie było bardzo zachodniocentryczne. Filozofowie
tamtego okresu traktowali Wschód, w tym Polskę,
pogardliwie, chociaż zazwyczaj nigdy nie byli na
Wschodzie. Wolter na przykład bawił się w swoich pismach
stereotypem Polski jako kraju fanatycznie religijnego i
zacofanego gospodarczo. Oświeceniowi myśliciele łatwo
zjednywali do swoich po glądów czytelników. Z czasem krąg
podzielających opinię o podziale Europy na część lepszą
i gorszą powiększał się, by stać się praktycznie
dogmatem w społeczeństwie zachodnim w XIX
wieku.
- Czy dzisiaj, po zmianach 1989 r., ten stereotyp Polski,
kraju fanatycznie religijnego, zacofanego, nadal
jest obecny na Zachodzie?
- Jest obecny, ale sporadycznie.
- Rosyjski historyk, profesor
Uniwersytetu w Yale, George Yernadsky (zmarły w 1973 r.)
pisał: "Jeżeli Rosja jest Europą, to jest ona Europą
jedynie częś ciowo". Jak Pan
postrzega miejsce Rosji?
- Korzenie Rosji sięgają
chrześcijaństwa, tym samym i Europy, gdyż wokół
chrześcijaństwa tworzyła się w średniowieczu jej idea. W
ciągu następnych wieków Rosja rozrastała się we
wszystkich kierunkach, rozszerzając swoje terytorium
zarówno w Europie, jak i Azji, a nawet w Ameryce,
przejmując jednocześnie kulturę zajętych ziem. Sami
Rosjanie zastanawiają się nad swoją tożsamością.
Niektórzy, jak np. Gorbaczow, są świadomie europejscy,
natomiast wielu Rosjan ni e poczuwa się do bycia
Europejczykami. Rosja z całą pewnością nigdy nie stanie
się podobna do Francji czy Niemiec. Nie ulegnie również
wpływom Chin czy Ameryki, bo niewątpliwie ma swoją
specyfikę. Myślę jednak, że z biegiem czasu coraz
bardziej będzie zbliżać się do Europy. Dzisiaj Rosjanie
muszą spróbować oddzielić to, co jest spadkiem po
komunizmie, od tego, co jest dziedzictwem rosyjskiej
kultury, historii. Dodam, że dwuznaczny stosunek do
Europy mają nie tylko Rosjanie, ale też Turcy i
Brytyjczycy.
- Czy dlatego, że każdy z tych trzech
krajów miał w przeszłości duże, wielonarodowe imperium,
wykraczające zasięgiem daleko poza
Europę?
- Właśnie ten fakt sprawia, że ich
widzenie świata i miejsca w nim Europy jest bardziej -
niż choćby w przypadku Pol ski
-skomplikowane.
- Określił Pan Polskę w czasach triumfu
Solidarności (1980-1981) mianem "trwałego symbolu
wyższych celów życia w Europie". Czy nadal Pan tak nasz
kraj postrzega?
- W okresie PRL większość społeczeństwa
miała wyraźnego przeciwnika ideologicznego, którym była
władza komunistyczna. Powodowało to wytworzenie w
powszechnej świadomości Polaków określonej hierarchii
wartości. Zło kojarzone było wówczas z panującym
systemem i dla pokonania go ludzie jednoczyli się. Nie
mając wyboru mię dzy
dobrobytem - którego nie było i być przy tamtej
gospodarce nie mogło, z czego ludzie doskonale sobie
zdawali sprawę - a wartościami duchowymi, do których
można było dojść, szukali wartości. Ludzie na Zachodzie
nie mieli przeciwnika, żyli w dostatku, tak że w pewnym sensie zapomnieli o
tym, co jest naprawdę ważne w życiu.
- Czy teraz nam, Polakom, również taka
sytuacja grozi?
- Na pewno. To jest cena zwycięstwa nad
komunizmem.
- Czym różni się polski antysemityzm od
antysemityzmu, jaki jest udziałem społeczeństw
zachodnich?
- Dlaczego pan pyta o antysemityzm, a
nie na przykład o antyrosyjskość, antyniemieckość itd.
Wszystkie te paskudne uczucia nienawiści jednych narodów
do drugich są jednakowo obrzydliwe. Nie wyróżniałbym
więc antysemityzmu.
- Pytam o
antysemityzm dlatego, że właśnie dla części Zachodu
Polacy kojarzą z antysemitami.
- Nie widzę zasadniczej różnicy między
antysemityzmem Polaków a antysemityzmem państw Zachodu;
to nie znaczy, że żadnych różnic nie ma. Należy
pamiętać, że w Polsce do drugiej wojny światowej
mieszkało więcej Żydów niż w jakimkolwiek innym kraju
europejskim [3,5 miliona, tj. 9,5 proc. całej ludności
Polski przedwojennej - przyp. red.]. Siłą rzeczy, przy
tak dużej ich liczbie, musiało dochodzić do
konfliktów, a nawet
nienawiści między pewnymi grupami społeczności polskiej
i żydowskiej. Z drugiej strony, Żydzi w Polsce mieli -
jak w mało którym kraju -już od średniowiecza dobre
warunki egzystencji. Nie może więc dziwić, że kwestia
żydowska będzie w Polsce bardziej żywa niż np. w
Portugalii czy Irlandii, gdzie Żydzi stanowili margines.
Ale np. antysemityzm we Francji nie był łagodniejszy.
Znacznie brutalniejszy niż w Polsce był antysemityzm w
Rosji i na Ukrainie. Natomiast ludobójczy powstałw Niemczech, gdzie w latach 20. i 30. XX wieku
Żydów było mało, nieliczne były również konflikty między
nimi a Niemcami, można powiedzieć, że Żydom do czasów
rządów Hitlera w Niemczech stosunkowo dobrze się
mieszkało. Antysemityzm jest rzeczą irracjonalną i nie
można go wytłumaczyć w sposób
racjonalny.
- Ponad 130 lat temu Pana rodak,
brytyjski dziennikarz "Timesa", pisał: "Polacy są
Irlandczykami kontynentu. Jedni i drudzy są ludźmi o
gorących głowach, pozbawieni rozsądku". Mylił
się?
- Nie wierzę w
stereotypy. To konkretne sytuacje zmuszają pojedynczych
ludzi i całe narody do takich, a nie innych zachowań. W XIX
wieku Polacy i Irlandczycy wielokrotnie powstawali
przeciwko swoim zaborcom. Ale nie znaczy to jeszcze, że
Polak jest podobny, prawie identyczny z
Irlandc zykiem.
- Rozróżnia Pan dwa rodzaje świadomości
narodowej: państwową i prywatną. Ta pierwsza występuje
m.in. w Pana ojczyźnie, Francji i USA. Polega ona na
wpływie elit na poglądy szerokich rzesz społeczeństwa w
kierunku takiej wersji wartości obywatelskich, kultury
politycznej i tożsamości narodowej, które są aprobowane
prze ową elitę. W opozycji do niej funkcjonuje
świadomość prywatna: spora część społeczeństwa dąży do
tworzenia i narzucenia własnego obrazu kultury wbrew
polityce czy życzeniom wł adzy. Przykładem tej
tendencji są, Pana zdaniem, Irlandczycy i Ukraińcy. Jaki
typ świadomości narodowej cechuje
Polaków?
- Polska jest w tym względzie ciekawym,
bo skomplikowanym przypadkiem. W grę wchodzi i pierwszy,
i drugi rodzaj świadomości narodowej. Uszczegółowię
jeszcze podaną przez pana charakterystykę obu rodzajów
świadomości narodowej. Państwowa polega na staraniach
władz państwa o wzbudzenie i funkcjonowanie wspólnej
świadomości narodowej dla wszystkich zamieszkujących je
obywateli. W
nowoczesnej historii każde państwo starało się tak
czynić: Niemcy germanizowali, Rosjanie rusyfikowali.
również Polacy w dwudziestoleciu międzywojennym
polonizowali mniejszości narodowe. Inaczej mówiąc, każde
państwo dąży do standaryzacji kultury swoich mieszkańców. Żadnemu nie udało się tego celu
osiągnąć, ale to jest inna kwestia. Prywatną świadomość
posiadają przede wszystkim te narody, które długo nie
miały lub nadal nie mają własnego państwa. Polacy mają
doświadczenie i w jednym, i w drugim przypadku. Mając
przez setki lat swoją Rzeczpospolitą, nawet gdy w końcu
XVIII wieku stracili ją, byli w innym położeniu niż np.
Irlandczycy czy Szkoci, którzy w ogóle nie mieli pamięci
państwowości. Muszę jednak zaznaczyć, że odróżniam
świadomość narodową od nacjonalizmu. Świadomość
narodowa ma swoje pozytywne strony, nacjonalizm
natomiast jedynie ujemnie.
- Czy można porównać wkład państw
Europy Środkowej, czyli Polski, Węgier, Czech i
Słowacji, w kulturę europejską?
- Nie mogę klasyfikować, czyj wkład
postawiłbym na pierwszym, a którego z tych krajów na
czwartym miejscu. Ale przez sam fakt, że Polska jest
największym państwem spośród nich, to ma też największy
udział w kulturze Europy.
- Ale chyba literatura czeska czy nawet
węgierska jest Europejczykom bardziej znana niż
polska?
- Niewątpliwie. Oczywiście, od czasu do
czasu polscy pisarze są tłumaczeni i ich twórczość jest
nagłaśniana w głównych centrach kulturalnych Europy
Zachodniej, ale dzieje się to sporadycznie. Że Zachód
nie zna polskiej l iteratury, to wielka szkoda.
- Jak Pan ocenia stan wiedzy
mieszkańców Europy Zachodniej dotyczący ich wschodnich
sąsiadów?
- Powiększa się ona z każdym rokiem, i to z
różnych względów. Między innymi dzięki twórczości takich
ludzi, jak wspomniany już Kundera, ale i Czesław Miłosz,
Gyorgi Konrad, kultura Europy Środkowej przeżywa swoisty
renesans na Zachodzie.
- Czy jednak Europa Zachodnia ma
poczucie wyższości swojej kultury nad kulturą Europy
Środkowej?
- Rzadziej takie poczucie występuje u
zachodnich Europejczyków niż u Amerykanów, którzy są
wychowani w tradycji wyższości kulturalnej i
cywilizacyjnej Zachodniej Europy. Sami
zachodnioeuropejczycy lepiej znają kulturę krajów Europy
Środkowej i dlatego myślenie o ich wyższości mniej jest
obecne, a le istnieje. Praktycznie jest ono
nieobecne wśród dobrze wykształconych warstw
społeczeństwa zachodniego. Znają oni bowiem dorobek
naukowców polskich, czeskich czy węgierskich.
- Napisał Pan: "Dwom pokoleniom
mieszkańców Europy Zachodniej wmówiono, że tylko oni są
prawdziwymi Europejczykami". Uwierzyli w
to?
- Ten stereotyp, na
szczęście, nie funkcjonował w stu procentach. Jednak
życie za "żelazną kurtyną" pociągnęło za sobą istotne
skutki. Ludzie w dawnym bloku sowieckim żyli w cieniu
tej kurtyny, nie mieli prawa do własnego głosu.
Oficjalne wystąpienia PRL-owskich władców Polski nie
były w rzeczywistości głosem narodu. Zachód zdawał sobie
z tego sprawę i dlatego większość zachodniego
społeczeństwa wierzyła w to, że to ona właśnie jest
prawdziwy m czy jedynym depozytariuszem
wartości europejskich.
- Czy teraz, po zmianach 1989 roku,
jest inaczej?
- Tak. W świadomości ludzi Zachodu
Polska dzisiaj funkcjonuje jako równorzędny partner.
Największą zasługę w tym, że tak się stało, ma Jan Paweł
II, potem Solidarność. Nie sposób przecenić ich
wpływu.
- Czy zajmuje Pana bieżąca
polityka?
- Prawie przestałem się interesować
współczesnością, co myślę, jest dobrym
znakiem.
- To znaczy, że obojętne jest Panu, kto
u nas rządzi?
- Nie, oczywiście, że ucieszyłem się z
wyborczego zwycięstwa AWS i UW, ale gdy cztery lata temu
wygrał SLD, to "nie płakałem". Widzę, że na polskiej
scenie politycznej panuje pewien bałagan. Pod tym
względem jesteście podobni do Włoch. Prawidłowe jest to,
że polityka jest mniej ważna niż inne sfery życia, ale
najważniejsze, że nie ma już reżimu
komunistycznego.
- Czy Polsce przydałby się obecnie nowy
plan Marshalla?
- Nie tylko Polsce, ale i Wielkiej
Brytanii. Obawiam się jednak, że ani wy, ani my nie
dostaniemy nic. Nie martwiłbym się jednak tym bardzo:
Polska poradzi sobie i bez planu. Irlandia przez
stulecia była w cieniu bogatej Anglii, teraz jest
odwrotnie, to Irlandczycy są bogatsi. Przewiduję, że za
30 lat Polska może być bogatsza od Niemców. Dlaczego
nie?
"Dziennik Polski" nr
299, 24-26.12.1997 |