Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
WYWIADY   

Rozmawiał Ryszard Kozik

HISTORYK NIE PISZE FIKCJI

- Swoje książki adresuje pan nie tylko do studentów i specjalistów...

- To książki absolutnie dla wszystkich. Nigdy nie widziałem sprzeczności między pracą naukową i popularną - tekst może być równocześnie naukowy i dobrze, czytelnie napisany. Historycy często jednak o tym zapominają i tworzą coś w rodzaju kasty kapłańskiej, mówiącej między sobą w swoim języku i trzymającej w ukryciu tajemnice przeszłości.

- Przywiązuje pan też większą wagę do żywiołu historii, całościowej wizji przemian, niż do szczegółów.

- Rzeczywiście, bardziej dbam o szeroką wizję, ale szczegółami nie gardzę. Wielką katedrę buduje się z pojedynczych cegieł i kamieni. Jeśli są one niepewne, całość może runąć. Historyk nie pisze fikcji, musi pracować w oparciu o fakty. Są jednak różne poziomy faktograficzne - są wydarzenia, które tworzą tę wielką panoramę, i mikroskopijne zdarzenia, mieszczące się w strukturze mniejszych zjawisk. Dzieje naszego kontynentu pisane przez Francuzów, Amerykanów czy Anglików często obejmowały wyłącznie Europę Zachodnią. Na wschód od Niemiec nie było nic. Moim zdaniem, fakt istnienia całych narodów jest ważniejszy niż daty królowania pewnych ludzi, czy to, jak się literuje nazwiska monarchów węgierskich. Nie mogę być specjalistą w każdej dziedzinie historii. Mogę napisać to, co wiem i oddać kolegom do konsultacji. Oni sami jednak często nie mogą się między sobą dogadać. Oddałem do sprawdzenia rozdział książki Europe. A History poświęcony starożytnej Grecji. Jeden kolega mówi mi: "bardzo dobrze", drugi: "źle". Syntetyk musi podejmować arbitralne decyzje. Niektórzy wierzą, że istnieje absolutna prawda historyczna, że specjaliści pewnego dnia dojdą do niej, jak do formuły fizycznej czy matematycznej. Ale tak nie jest. Także błędy nie zawsze można jednoznacznie wskazać. Na przykład jedni przyjmują, że pierwszy rozbiór Polski miał miejsce w 1772 r., inni - że było to w roku 1773. Różnica wynika z faktu, iż traktat rozbiorowy podpisano w 1772 r., a stosowna uchwała polskiego sejmu została podjęta w roku następnym. Dla ludzi, którzy znają historię Polski, jest to oczywiste, ale kiedy kilkakrotnie napisałem w swojej książce datę 1773, korekta ją zmieniała. Są tysiące sytuacji, w których oczywista z pozoru faktografia nie jest wcale taka oczywista. Syntetyk nigdy by nie doszedł do całościowej wizji, gdyby zatrzymywał się na każdym szczególe.

- Fakt utożsamiania Europy z jej zachodnią częścią nie pomaga nam w staraniach o przyjęcie do NATO i Unii Europejskiej?

- Oczywiście, mitologia i podłoże kulturalne odgrywają tu sporą rolę. Ciekawy jest przykład Grecji, która dziś ma przecież niewiele wspólnego z tym, co uważamy za kulturę zachodnią. Gdy Grecja starała się o przyjęcie do Unii, nie dyskutowano, jak np. w przypadku Hiszpanii, o ustroju politycznym, dzisiejszej demokracji, stanie gospodarki. Mit Grecji jako źródła cywilizacji zachodniej był tak mocny, że weszła do Unii bez tego egzaminu co inni.

- Nam mit nie pomaga?

- Niestety. Dawny podział na Zachód i Wschód Europy został jeszcze wzmocniony przez 40 lat zimnej wojny i żelazną kurtynę. Ludzie żyjący na Zachodzie utwierdzili się w przekonaniu, że narody po drugiej stronie kurtyny są komunistyczne, zacofane, niezdolne do współżycia w Unii. Ten stereotyp jest bardzo mocny.

- Jak wypadamy na tle innych państw naszego regionu?

- Z mitem Polski nie jest tak źle. Mam nadzieję, że jeśli wejdzie ona do NATO, zacznie być uważana za członka tego klubu i zmienią się też perspektywy patrzenia na waszą historię. Bo historia często jest bardzo koniunkturalna.

- Czy jednak w ostatnich latach obraz Polski na Zachodzie zmienił się na gorsze, czy na lepsze?

- Od wyboru Jana Pawła II i zwycięstwa Solidarności świat patrzy na Polskę inaczej...

- Później jednak Polacy dokonali innych wyborów politycznych...

- Zachód nie jest urażony na Polskę za postkomunizm. Tam nigdy nie patrzono na komunizm jak na coś groźnego. W życiu naukowym do dziś są słynni naukowcy, którzy do końca należeli do partii komunistycznej. Ludzie na Zachodzie nigdy nie mieli komunizmu na karku, nie wiedzą, co to było. Myślą, że to taka postępowa ideologia, która się nie sprawdziła. Dlatego przeważnie w Ameryce ludzie patrzą przychylnie na postkomunistów, a ich zwycięstwo w wyborach potraktowali jak dowód na wprowadzenie w Polsce demokracji. Myślę też, że oni są bardzo zadowoleni z takiego polityka jak Aleksander Kwaśniewski - sprawnego, przewidywalnego. Lech Wałęsa był wielką figurą, ale nie można było przewidzieć, co zrobi. Dla Zachodu nie było to dobre. Oni chcą stabilnego świata, chcą wiedzieć, jakich reakcji mogą się spodziewać. I zapewne dlatego obecny system jest mniej krytykowany od poprzedniej władzy.

- W Sercu Europy napisał pan, że rozpad Solidarności był wręcz wskazany dla rozwoju polskiej sceny politycznej. Dziś obserwujemy zakrojone na mniejszą skalę, ale jednak próby reaktywowania mitu wielkiej Solidarności. Czy w ogóle możliwe jest odrodzenie tego typu ruchu społecznego?

- Solidarność nigdy już nie wróci z taką siłą. Mogła istnieć wyłącznie dzięki reżimowi komunistycznemu. Owszem, jest możliwe zjednoczenie opozycji przeciw czemuś, ale całego narodu już się nie da porwać - naturą demokracji jest podzielenie partii. Na dzisiejszą sytuację w Polsce patrzę jednak bez większego żalu. Proces kształtowania się głównych formacji politycznych nadal trwa. Na stabilizację na scenie politycznej przyjdzie nam zapewne długo jeszcze poczekać.

- Polska przyjęła demokrację w dość niezręczny sposób.

- Gruba kreska i umowy Mazowieckiego z PZPR sprawiły, że nie było całkowicie nowego początku, czystego startu. Przez to wasz kraj jest skazany na dłuższy okres kształtowania się głównych sił politycznych. Ale nie należy robić z tego tragedii, tylko cierpliwie czekać.

"Gazeta w Krakowie", dodatek do "Gazety Wyborczej" 07.07.1997

powrót  
www.milosz.pl