Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
WYWIADY   

Rozmawiali Andrzej Bernat i Paweł Kozłowski

HISTORIA Z WYOBRAŹNIĄ
FRAGMENTY - całość znajdzie się w książce przygotowywanej właśnie przez autorów.

- Dlaczego napisał pan historię Europy? Czym była dla pana ta praca?

- Kiedy spytano zdobywcę Mont Everestu, dlaczego on tam poszedł, miał odpowiedzieć: bo ta góra istnieje. Podobnie jest ze mną. To było wyzwanie, zadanie do wykonania. Porwałem się na napisanie historii Europy, ponieważ ostatnio nikt tego szczytu nie próbował zdobyć. Patrząc wstecz, widzę dwie przyczyny, sięgające jeszcze czasów sprzed 1989 roku, które zadecydowały o podjęciu tej pracy. W świecie anglosaskim, a ogólniej zachodnim, przyjął się zwyczaj myślenia o Europie zawężonej tylko do zachodniej części kontynentu. Znaczyło to, że Polska i pozostałe kraje tego regionu uważane były za nieeuropejskie. Zaszufladkowano je jako państwa z bloku sowieckiego. Dla mnie było to nie do przyjęcia. Musiałem więc pokazać historię Europy w całości, by zwalczyć te straszne skutki zimnej wojny. Drugi powód jest bardziej osobisty. Przylgnęła do mnie opinia specjalisty od Polski. Oczywiście byłem dumny, że pracowałem nad historią Polski, ale w pewnym sensie ograniczało to moje możliwości i jako pisarza, i jako historyka, a także i jako autorytetu naukowego w dziedzinie historii. Zawsze można było powiedzieć, że Davies pisze ciekawie, ale jest tylko historykiem jednego kraju średniej wielkości, i to co mówi, nie ma większego znaczenia. A z historykiem Europy już tak nie można. Chciałem więc potwierdzić swoje kwalifikacje na szerszym polu. Praca nad ta książką to osiem lat mojego życia, wielka przygoda, ogromna ekspedycja w przeszłość, z którą musiałem żyć na co dzień. Jak w każdej podróży, napotkałem wiele przeszkód i problemów. Jednak dotarłem do szczytu i, jak powiedziała moja żona, przypominało to rodzenie dziecka: duży trud i ból, ale na końcu wielka radość.

(...)

- Pana pisarstwo historyczne wyróżnia się nasyceniem literaturą piękną, ciągłym odwoływaniem się do niej, traktowaniem jej jako źródła i jako pola wyobraźni. Czym dla historyka może, a czym nie może być literatura piękna? W jaki sposób, na tle innych źródeł, jest ona ważna?

- Z jednej strony, literatura jest częścią historii kultury, powinna więc również być opisana przez historyka. Z drugiej strony, literatura jest zwierciadłem doświadczeń pisarzy w danym czasie, może więc być traktowana jako źródło z tych czasów. Oczywiście trzeba być bardzo uważnym. Korzystając z literatury jako źródła, historyk łatwo może ulec pewnym fałszom, wprowadzić do swojej opowieści mylne smaki i barwy. Jeśli jednak nie zauważy istnienia literatury, jego wizja przeszłości także będzie zniekształcona. Literatura jest wiarygodnym źródłem, ale trzeba z niego korzystać bardzo ostrożnie i z wielkim krytycyzmem.

(...)

- Czy historycy i intelektualiści mogą przybliżyć narodzenie się wspólnej świadomości europejskiej i powstanie swoistego europejskiego patriotyzmu?

- Owszem. Świadomość zawsze się zmienia, i dzięki nowym okolicznościom, i dzięki propagandzie, rozumianej w najlepszym sensie tego słowa. Historycy i intelektualiści, jeśli mają swoje zdanie, są także propagandzistami. Co do świadomości europejskiej - obecnie obserwujemy dopiero jej początki, i sporo czasu upłynie, zanim znajdzie się ona na takim poziomie, jak świadomość narodowa, która powstawała w trakcie XIX i XX wieku. Prawdopodobnie będziemy świadkami stopniowego cofania się świadomości narodowej na rzecz szerszej, europejskiej. Ale jedna nie wyklucza drugiej. Każdy z nas ma świadomość wielowarstwową, i poczucie bycia Europejczykiem nie znaczy, że nie będzie można czuć się także patriotą swojej ojczyzny. Rzecz dosyć ciekawa: do niedawna sam nie rozumiałem, że moja książka o Europie propaguje wizję o skutkach politycznych. Ale po jej lekturze, po różnych promocjach i spotkaniach z czytelnikami widzę, że często jest przyjmowana jako traktat dla naszych czasów. Ludzie myślą, że pisałem ją celowo, by zbudować właśnie europejską świadomość. Tak jednak nie było. Pracowałem nad książką ściśle historyczną, bez ukrytych intencji politycznych. Ale ponieważ Europa odniosła sukces i jest szeroko rozpowszechniana, a zawiera wizję całego kontynentu, w obrębie którego Wschód ma tyle samo racji co Zachód, jest odbierana przez czytelników jako pewne przesłanie. Ja jednak w trakcie pracy nad nią nie uświadamiałem sobie tego.

(...)

- Jak pan widzi - w kontekście takich zjawisk, jak presja ponadnarodowych procesów gospodarczych i cywilizacyjnych, presja kultury masowej. dążenie do integracji - przyszłość i żywotność zjawiska narodu i kultury narodowej w Europie?

- Ta presja jest groźna dlatego, że nie można jej łatwo kontrolować. Równocześnie jednak to wielka okazja do ułatwienia życia - aby każdy na przykład mógł uczestniczyć w lepszej i szybszej komunikacji, lepiej wykorzystać swój potencjał. Stąd każde społeczeństwo musi na nią reagować w sposób ambiwalentny. Z jednej strony, żadne państwo dzisiaj nie może się z niej wyizolować. Jak powiedział angielski poeta, żaden człowiek nie jest samotną wyspą. I to jest prawda. Żyjemy w świecie, gdzie procesy ponadnarodowe są bardzo silne, i stary pogląd, mówiący, iż państwo narodowe może być zupełnie suwerenne, jest niestety głupotą. Z drugiej strony, aby się bronić przed tymi ponadnarodowymi siłami, trzeba należeć do jakiegoś ugrupowania. Unia oferuje Europejczykom oczywisty kompromis. Broni swoich członków przed izolacją, równocześnie dając wszelkie szanse, by mogli spokojnie się rozwijać. Prawdopodobnie w następnym stuleciu, tak przewiduję, powstanie w świecie pięć czy sześć różnych większych bloków, które będą ze sobą konkurować - miejmy nadzieję, że pokojowo. A Europa będzie jednym z nich. Natomiast mniejsze narody, próbujące pływać w tym morzu samodzielnie, mogą stać się trochę za bardzo smaczne dla większych rekinów. Warto przypomnieć ideę marszałka Piłsudskiego, który popierał federację narodów kresowych. Pomysł ten - tzw. prometeizm - był strasznie potępiany w czasach komunistycznych, gdyż uważano go za antyrosyjski. Za antyrosyjskie uważano zresztą wszystko, co nie było opanowane przez Rosjan. Tamta wizja, że przeciętne narody mogą i muszą bronić się wspólnie, znalazła się teraz w centrum uwagi Unii Europejskiej. Porównanie nie jest może zbyt dokładne, gdyż strefa federacyjna Piłsudskiego była mała i stosunkowo słaba, natomiast Unia Europejska i NATO są o wiele większe i mocniejsze, ale daje się przeprowadzić. Wniosek z tego taki, że każdy nowy blok, który powstanie, powinien być tak mocny, bogaty i pewny siebie, żeby inny nie mógł nawet myśleć o jakiejś formie agresji.

(...)

- Czego z historii możemy się teraz nauczyć?

- Alan Taylor, jeden z moich mistrzów, napisał kiedyś, że z historii nie nauczymy się nic poza tym, że nie można się z niej niczego nauczyć. Ale niezupełnie mogę się z nim zgodzić. Jest oczywiste, że historia się nie powtarza. To tylko historycy, niestety, ciągle powtarzają sobie własne słowa. Jednak naucza ona - można powiedzieć - ostrożności i stanowczości. W tym świecie jedziemy zawsze na łyżwach. Łatwo się wykoleić. Błędy kosztują, i ten kto jedzie nieostrożnie, może źle skończyć. Ale równocześnie brak decyzji też może być fatalny. W tym wszystkim jest chyba jedna prawda: przyczyny katastrof nie zawsze są tak ogromne jak skutki. Bardzo dobrze pamiętam esej Taylora o przyczynach pierwszej wojny światowej. Po jej zakończeniu historycy napisali ogromne tomy, w których udowadniali, że prawie całe dzieje prowadziły do tej katastrofy. Jeśli dobrze pamiętam, włoski historyk Tomassini napisał dzieło dwudziesto- czy trzydziestotomowe. Katastrofa była przecież tak wielka, że należało szukać równie wielkich przyczyn. Taylor jednak argumentował inaczej. Odpowiedzialnością za tamtą wojnę obarczył trzech ludzi, którzy podejmowali fatalne decyzje: austriackiego generała oraz kanclerza i cesarza Niemiec. Porównałbym jego wnioski do takiej oto sytuacji. W czasach, kiedy samoloty były małe i mieściły pilota i jednego pasażera, jeśli pilot był pijany i spowodował katastrofę, jej rozmiary były niewielkie. Obecnie, kiedy na pokładzie mieści się pięciuset pasażerów, katastrofa wywołana przez pijanego pilota będzie olbrzymia. Ale przyczyna w obu wypadkach jest dokładnie ta sama. Musimy zdać sobie sprawę, że żyjemy w świecie, w którym konsekwencje naszego zachowania są o wiele większe niż kiedyś. Jesteśmy zaś tymi samymi małymi grzesznikami jak zawsze. Jednak w cywilizacji broni nuklearnej każda mała głupota może prowadzić dosłownie do końca świata. Nasza odpowiedzialność dzisiaj jest o wiele większa, gdyż skutki są większe.

- Od dawna interesuje się pan historią Polski. Czy można mówić o jakiejś specyfice, odrębności rozwoju i roli naszego kraju o wartościach, które wnosimy - bez popadania w samochwalcze złudzenia?

- Zachowuję dużą ostrożność przy formułowaniu tego typu opinii. Historia Polski jest oczywiście ciekawa. Nie dlatego, że w ramach dziejów Europy wyjątkowa, ale raczej z tego powodu, że Polska wielokrotnie znajdowała się na skrzyżowaniu dróg, że wszystkie prądy, czy to cywilizacyjne, czy też polityczne lub wojskowe, przez jej tereny przebiegały i zostawiały po sobie bogate ślady. Renesans i Oświecenie, romantyzm, prądy kulturalne XX wieku, chrześcijaństwo łacińskie i prawosławne, judaizm i nawet islam, konflikty narodowościowe, dwudziestowieczne totalitaryzmy, niestety wojny i zagłada - wszystko się tutaj zdarzyło. Powiedziałbym nawet, że Polska była mikrokosmosem prądów ogólnoeuropejskich. Naturalnie, jest jeszcze w jej historii coś więcej, i to daje prawo mówienia o polskiej specyfice. Każdy kraj jest trochę inny i różna bywa intensywność jego doświadczeń. W Polsce cechą wyraźnie zauważalną jest świadomość wartości własnej kultury. Kultury religijnej, ale i niereligijnej, kultury językowej itd. Towarzyszy temu przekonanie, że w okresach dramatycznych zagrożeń właśnie kultura jest najskuteczniejszą bronią, a także nadzieja, że te najgorsze czasy kiedyś przeminą. Bardzo dobrze pamiętam lata sześćdziesiąte, kiedy przebywałem w Krakowie jako doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przesiadywałem wówczas często w Instytucie Historii, wśród kolegów, i byłem świadkiem różnych mądrych, czasami nawet ostrych dyskusji. Jako przybysz z zagranicy, outsider, zadawałem najprostsze pytania - co z tą Polską będzie? Popatrzył na mnie kiedyś ówczesny docent Wacław Felczak, wyprowadził z budynku na Planty, gdyż w Krakowie tam można było spokojnie rozmawiać, i powiedział: proszę pana, przetrwamy. Polacy umieją przetrwać. Trzeba pamiętać, że Wacław Felczak, wspaniały człowiek, bardzo zasłużony, kiedyś kurier akowski, specjalista od Węgier i znany na Węgrzech jako polski patriota i żołnierz dobrej sprawy, po wojnie spędził kilka lat w więzieniu. Pomimo to miał przekonanie, że Polska potrafi przetrwać dzięki swojej kulturze, mocniejszej od całego komunistycznego systemu. Doktor Felczak niestety nie żyje, ale to, co mi wtedy opowiadał o Polsce, jest świętą prawdą. Dzisiaj mamy potwierdzenie owej wiary wspaniałych Polaków. Polska przetrwała i jest wolna.

- Czy uprawianie historii jako nauki ma związek ze zbiorową świadomością historyczną danego społeczeństwa? l czy historyk nie pozostaje po części zawsze uczestnikiem i wyrazicielem pewnej konkretnej pamięci zbiorowej?

- Historia jest czymś więcej niż uprawianiem nauki. Historia jest nie tylko nauką, ale i sztuką, literaturą, dyscypliną humanistyki. Najwięksi historycy zawsze byli wielkimi pisarzami. Historykowi sama wiedza nie wystarczy, musi też posiadać umiejętność przekazania jej. Jeśli tego nie potrafi, po prostu tę wiedzę marnuje. Nie wszyscy historycy należycie doceniają pisarski aspekt swojej pracy, a to jest połowa naszego zawodu. Tak się złożyło, że ja byłem wychowany w tradycji, która jednak uznawała sztukę pisarską za konieczną do uprawiania historii z powodzeniem. Parę miesięcy temu, podczas promocji Europy na UJ, doszło do ciekawej wymiany zdań między mną a moim wybitnym kolegą i bardzo dobrym przyjacielem, prof. Józefem Gierowskim. Powtórzyłem wtedy opinię, którą umieściłem we wstępie do Bożego igrzyska, że historyk zawsze kłamie, że jego sztuka nigdy nie wystarcza, aby zrekonstruować w pełni przeszłość. Profesor Gierowski zareagował, mówiąc, że inni historycy stawiają sobie za najważniejszy cel nie sztukę, lecz prawdę. Nieraz spotkałem się z taką argumentacją, jakoby sztuka i prawda były przeciwnikami. Jednak ja myślę inaczej. Tylko poprzez sztukę historyk może zmierzać ku prawdzie. Jest mało prawdopodobne, że bez niej będzie on umiał uchwycić, wyjaśnić i wyrazić tę prawdę, której chyba każdy uczciwy historyk w życiu szuka. Jeśli powiedziałem, że każdy historyk kłamie, to miałem na myśli, że prawda jest zawsze o jeden krok dalej, jak horyzont, który się oddala, gdy tylko się do niego staramy zbliżyć. Źródłem pamięci zbiorowej są częściowo same zdarzenia, o których ludzie pamiętają, częściowo zaś już dyskusje i interpretacje wychodzące ze środowiska historyków. Na przykład: mówię to pierwszego sierpnia, w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Ta tragedia trwa w zbiorowej pamięci Polaków w ten dwojaki sposób. Zbiorowa pamięć nie jest prostą rzeczą, a historyk pozostaje z nią w rozmaitych relacjach. Historyk pracuje też w różnych kontekstach. Badania nad przeszłością są prowadzone albo w zespole, według planu naukowego, jak często bywało w PRL, albo indywidualnie przez historyków, którzy pracują bez pomocy kolegów i czasem poza tradycją oficjalnych szkół. Myślę, że ten samotny uczony, jeśli jego prace są publikowane i znane społeczeństwu, może mieć nie mniejszy odbiór niż badacze pracujący zespołowo. Powiedziałbym nawet, że siła pisarska jest raczej po stronie samotnego historyka. Zespoły często piszą prace solidne, lecz mało atrakcyjne dla czytelników.

- Ale im lepszym historyk jest pisarzem, tym większy wpływ ma na świadomość historyczną swojego społeczeństwa...

- Bardzo często historycy myślą wyłącznie o tej stronie swego zawodu, która wymaga ustalenia faktów, sprawdzenia źródeł i przygotowania materiału do rekonstrukcji przeszłości. Lecz jest i druga strona: przedstawienie publiczności tego materiału w formie, która ułatwi nawiązanie z czytelnikami kontaktu, przekazanie informacji i pewnych wartości. Na okładce chyba angielskiej wersji Europy umieściłem takie zdanie: "postawiłem sobie niemożliwe do wykonania zadanie napisania totalnej historii całej Europy we wszystkich aspektach i we wszystkich okresach". Celem była całość, to niemało. Wydaje mi się, że kluczowymi określeniami były: "totalna" i "niemożliwe". Słowo "totalna" znaczyło: całościowa w sensie geograficznym, chronologicznym i tematycznym. "Niemożliwe" - bo historykowi nawet z najlepszą wolą nigdy się nie uda zrekonstruować przeszłości w pełni. Otóż sztuka pisarska dlatego właśnie konieczna jest do uprawiania tego zawodu, że historyk próbuje wykonać coś niemożliwego. Przeszłość jest ogromna, dotyczy życia miliardów ludzi w nieskończonych sytuacjach, i jej badacz musi zawsze wybierać, dokonywać selekcji, musi z tej masy faktograficznej wyłuskiwać jeśli nie sensy, to w każdym razie sekwencje zdarzeń. A do tego konieczny jest element opowieści, gdyż z przeszłości nie wolno robić tylko encyklopedii od A do Z, czy też tabeli chronologicznej. Historyk musi stworzyć zrozumiałą relację o wyraźnej od początku do końca strukturze, dać "z własnej głowy" interpretację. Bez tego pozostanie surowy materiał, nie do użytku. Dla historyka fakty są święte i nie spotkałem żadnego, który by twierdził inaczej. Jest to dyscyplina, gdzie nie można faktów wymyślać, zmieniać lub omijać. Ale... Bardzo trudno jest czasem ustalić, co to znaczy fakt wiarygodny dla konkretnego tematu. Jeden uczony uzna jakieś zdarzenie za bardzo ważne, a inny za drugorzędne, l dlatego selekcja faktów, ich interpretacja i sposób przedstawienia czytelnikowi są kwestiami bardzo otwartymi, związanymi z istotą sztuki pisarskiej, tą samą, na której opiera się dobra powieść. Historyk podczas swej pracy musi przemyśleć te same problemy kompozycyjne co pisarz. Różnica jest taka, że powieściopisarzowi wolno traktować fakty jak tylko zechce, a naukowiec jest tutaj dużo bardziej ograniczony. Historyk jest pisarzem i, jak każdy pisarz, musi również być wrażliwy na to, co myślą i czują jego czytelnicy. Każdy czytelnik ma pewną wiedzę, żyje w konkretnym kraju, gdzie jakieś sprawy są znane, inne dyskutowane, jeszcze inne bolesne lub nie do przyjęcia. I ta mapa wiedzy i emocji czytelnika działa jak filtr na to, co przedstawia mu historyk. Dlatego musi on być świadom, z kim się komunikuje. Będąc Brytyjczykiem, inaczej muszę pisać o polskiej historii dla czytelników z Ameryki Północnej, gdzie nawet wybitni intelektualiści z trudem by przytoczyli trzy fakty z przeszłości Polski, inaczej dla czytelników zachodnioeuropejskich, i jeszcze inaczej dla Polaków. Przekonanie, że można funkcjonować poza światem swoich czytelników, ich kultury, popularnej wiedzy, którą dysponują, i że dzięki temu szybciej dojdzie się do jakiegoś obiektywizmu, jest błędne. Każdy historyk dąży do oczyszczenia zdarzeń ze zbędnych interpretacji i zniekształceń, ale nigdy nie dojdzie do pełni prawdy. Nie znaczy to jednak, że może przedstawiać gołe fakty - bez kontekstu emocjonalnego, moralnego czy ludzkiego. Tekst historyczny, który jest pozbawiony tych barw, będzie nie tylko nudny, ale i fałszywy.

- Czy jednak stosowanie reguł pisarskich nie utrudnia historykowi przestrzegania koniecznej metodologii?

- Wiem, że mój pogląd pozostaje w pewnym konflikcie z tą szkołą uprawiania historii, która ma mocną pozycję w Polsce. Dla Brytyjczyka szkoła, powiedzmy, dokumentalna jest bliska niemieckiej, solidnej, trudnej i bardzo nudnej, bez dobrych stosunków z czytelnikami. We wstępie do Europy użyłem gdzieś słowa "impresjonistyczny". Przeszłość jest tak bogata i różnorodna, tak nieskończona, że aby stworzyć iluzję całości, bo przecież nigdy jej nie odtworzymy w pełni, trzeba używać metody impresjonistycznej. Co mnie skłoniło do przyjęcia poglądu, że historyk musi używać metod, które w oczach wielu badaczy przeszłości są trochę wątpliwe? Otóż potrzeba impresjonizmu pisarskiego staje się tym mocniejsza, im rozleglejszy jest temat. Kiedy piszemy o jakimś małym wycinku przeszłości, ograniczonym w czasie i przestrzeni, mamy wrażenie, że może uda się nam przedstawić go w pełni. Kiedy jednak temat się rozszerza na kilka stuleci, na cały kontynent, stajemy przed koniecznością dokonywania wyboru faktów i pokazywania ich w szerszym kontekście. Moja technika zastosowana przy pisaniu Europy polegała na prowadzeniu opowieści na trzech poziomach. Poziom pierwszy to narracja, główne rozdziały książki ogarniające wielki obszar geograficzny i czasowy. Każdy rozdział obejmuje kilka wieków z historii kontynentu. Narracja przesuwa się bardzo szybko, a kąt widzenia jest rozległy. Przypomina to obraz z kamery filmowej umieszczonej na pędzącym samochodzie. Drugi poziom to "zdjęcia". Rozdziały kończą się zatrzymanym obrazem rzeczywistości uchwyconej w jednym momencie. Wybierałem do tego zdarzenia symboliczne. Na przykład na końcu rozdziału o świecie starogreckim opisuję oblężenie Syrakuz i śmierć Archimedesa. W ten sposób uderzenie Rzymian na to greckie miasto, fakt zapewniający rozwój Imperium Rzymskiego w całym rejonie śródziemnomorskim, jest w owym akcie mordu na geniuszu matematycznym podsumowane. Mogłem przy tej okazji bardzo krótko powiedzieć coś o sytuacji w innych częściach kontynentu i przygotować czytelnika do następnego rozdziału o Rzymianach. Weźmy też zakończenie rozdziału o okresie renesansu. Wybrałem moment, kiedy w Rzymie Bernini miał skończyć budowę bazyliki św. Piotra. Ostatecznie do dnia dzisiejszego nie została ukończona. Użyłem tego zdarzenia trochę filozoficznie, żeby pokazać, iż dany okres historyczny nigdy kompletnie się nie kończy, że nie ma czystych granic między jednym a drugim. Dzieło kontrreformacji, którego symbol stanowi bazylika św. Piotra, jest kontynuowane nie tylko w czasach Oświecenia. Różne cele Kościoła katolickiego z czasów kontrreformacji nie zostały jeszcze wyczerpane i nadal są realizowane, choć inne prądy zdominowały obraz następnych epok.

Trzeci poziom konstrukcji mojej książki to "kapsułki". Są to małe szkice rozsiane po całym tekście, umożliwiające mi zaprezentowanie rozmaitych tematów, często bardzo specyficznych czy wręcz egzotycznych, które bez tej formuły nigdy by się nie znalazły w ogólnej syntezie. Są to szczegóły, detale z przeszłości wyciągnięte z tej rozległej panoramy, by można się im było dokładniej przyjrzeć. Mają także, umożliwiając pokazanie różnorodności tematów, właśnie stworzyć iluzję całości, a przynajmniej poczucie bogactwa rzeczywistości w przeszłości. Wiem, że jest nieskończona liczba innych tematów, które także mogłyby być przywołane. Ale miałem nadzieję, że 300, bo tyle jest "kapsułek", wystarczy, by tę iluzję zbudować. Podzieliłem je na sześćdziesiąt kategorii tematycznych i przytoczyłem w każdej po kilka faktów, czerpanych z różnych okresów i krajów. Pokazałem przykłady ze wszystkich nauk pomocniczych historii, od paleografii przez archiwalia do historiografii i źródłoznawstwa. Umieściłem wątki z nauk społecznych, z historii, socjologii, gospodarki, sztuki. Dałem przykłady ze wszystkich nauk ścisłych. Wśród rozmaitych tematów jest architektura, seks, biologia, psychologia, sporo o muzyce i dziejach malarstwa. Przedstawiłem szereg faktów z dziejów technologii, szkice o historii pługa, druku, samochodu itp. Pamiętajmy, że europeizacja dla reszty świata zawsze znaczyła modernizację technologiczną, która przychodziła z Europy. Umieściłem szkic o historii szkła i związku między tym materiałem a ludzkimi możliwościami myślenia o sobie - zwierciadło, okulary, mikroskop, teleskop itd. Choć nie pisałem dziejów technologii, te krótkie szkice umożliwiły mi stworzenie wrażenia, że technologia w historii Europy była i jest ważna. Podobnie z innymi tematami. Mam nadzieję, że moja Europa dzięki swej konstrukcji pokazuje dzieje naszego kontynentu i w bogactwie różnorodności, i jako pewną całość. Kończąc, chciałbym powiedzieć, że świat historyków jest podzielony między tych, którzy uznają prymat wyobraźni, a tych, którzy uznają prymat racjonalizmu. Ja należę wyraźnie do pierwszej grupy. Wierzę, że bez wyobraźni nie można uprawiać historii racjonalnie. Tylko wyobraźnia umożliwia wizję przeszłości pozwalającą uczonemu badać fakty, organizować je i interpretować. Jak w każdej dziedzinie humanistyki, wyobraźnia jest najważniejsza.

"Nowe Książki" nr 9, 09.1998

powrót  
www.milosz.pl