|
Rozmawiali Andrzej Bernat i Paweł
Kozłowski
HISTORIA Z WYOBRAŹNIĄ
FRAGMENTY - całość znajdzie się w książce przygotowywanej właśnie przez autorów.
- Dlaczego napisał pan historię
Europy? Czym była dla pana ta praca?
-
Kiedy spytano zdobywcę Mont Everestu, dlaczego on tam
poszedł, miał odpowiedzieć: bo ta góra istnieje.
Podobnie jest ze mną. To było wyzwanie, zadanie do
wykonania. Porwałem się na napisanie historii Europy,
ponieważ ostatnio nikt tego szczytu nie próbował zdobyć.
Patrząc wstecz, widzę dwie przyczyny, sięgające jeszcze
czasów sprzed 1989 roku, które zadecydowały o podjęciu
tej pracy. W świecie anglosaskim, a ogólniej zachodnim,
przyjął się zwyczaj myślenia o Europie zawężonej
tylko do zachodniej
części kontynentu. Znaczyło to, że Polska i pozostałe
kraje tego regionu uważane były za nieeuropejskie.
Zaszufladkowano je jako państwa z bloku sowieckiego. Dla
mnie było to nie do przyjęcia. Musiałem więc pokazać
historię Europy w całości, by zwalczyć te straszne skutki
zimnej wojny. Drugi powód jest bardziej osobisty.
Przylgnęła do mnie opinia specjalisty od Polski.
Oczywiście byłem dumny, że pracowałem nad historią
Polski, ale w pewnym sensie ograniczało to moje
możliwości i jako pisarza, i jako historyka, a także i jako
autorytetu naukowego w dziedzinie historii. Zawsze można
było powiedzieć, że Davies pisze ciekawie, ale jest
tylko historykiem jednego kraju średniej wielkości, i to
co mówi, nie ma większego znaczenia. A z historykiem
Europy już tak nie
można. Chciałem więc potwierdzić swoje kwalifikacje na
szerszym polu. Praca nad ta książką to osiem lat mojego
życia, wielka przygoda, ogromna ekspedycja w przeszłość,
z którą musiałem żyć na co dzień. Jak w każdej podróży,
napotkałem wiele przeszkód i problemów. Jednak
dotarłem do szczytu i, jak powiedziała moja żona,
przypominało to rodzenie dziecka: duży trud i ból, ale
na końcu wielka radość.
(...)
- Pana
pisarstwo historyczne wyróżnia się nasyceniem literaturą
piękną, ciągłym odwoływaniem się do niej, traktowaniem
jej jako źródła i jako pola wyobraźni. Czym dla
historyka może, a czym nie może być literatura piękna? W
jaki sposób, na tle innych źródeł, jest ona
ważna?
- Z
jednej strony, literatura jest częścią historii kultury,
powinna więc również być opisana przez historyka. Z
drugiej strony, literatura jest zwierciadłem doświadczeń
pisarzy w danym czasie, może więc być traktowana jako
źródło z tych czasów. Oczywiście trzeba być bardzo
uważnym. Korzystając z literatury jako źródła, historyk
łatwo może ulec pewnym fałszom, wprowadzić do swojej
opowieści mylne smaki i barwy. Jeśli jednak nie zauważy
istnienia literatury, jego wizja przeszłości
także będzie zniekształcona. Literatura
jest wiarygodnym źródłem, ale trzeba z niego korzystać
bardzo ostrożnie i z wielkim krytycyzmem.
(...)
- Czy historycy i
intelektualiści mogą przybliżyć narodzenie się wspólnej
świadomości europejskiej i powstanie swoistego
europejskiego patriotyzmu?
- Owszem. Świadomość zawsze się
zmienia, i dzięki nowym okolicznościom, i dzięki
propagandzie, rozumianej w najlepszym sensie tego słowa.
Historycy i intelektualiści, jeśli mają swoje zdanie, są
także propagandzistami. Co do świadomości europejskiej -
obecnie obserwujemy dopiero jej początki, i sporo czasu
upłynie, zanim
znajdzie się ona na takim poziomie, jak świadomość
narodowa, która powstawała w trakcie XIX i XX wieku.
Prawdopodobnie będziemy świadkami stopniowego cofania
się świadomości narodowej na rzecz szerszej,
europejskiej. Ale jedna nie wyklucza drugiej.
Każdy z nas ma świadomość
wielowarstwową, i poczucie bycia Europejczykiem nie
znaczy, że nie będzie można czuć się także patriotą
swojej ojczyzny. Rzecz dosyć ciekawa: do niedawna sam
nie rozumiałem, że moja książka o Europie propaguje
wizję o skutkach politycznych. Ale po jej lekturze,
po różnych promocjach i spotkaniach z czytelnikami
widzę, że często jest przyjmowana jako traktat dla
naszych czasów. Ludzie myślą, że pisałem ją celowo, by
zbudować właśnie europejską świadomość. Tak jednak nie
było. Pracowałem nad
książką ściśle historyczną, bez ukrytych intencji
politycznych. Ale ponieważ Europa odniosła sukces i jest szeroko
rozpowszechniana, a zawiera wizję całego kontynentu, w
obrębie którego Wschód ma tyle samo racji co Zachód,
jest odbierana przez czytelników jako pewne przesłanie.
Ja jednak w trakcie pracy nad nią nie uświadamiałem
sobie tego.
(...)
- Jak pan widzi - w kontekście takich
zjawisk, jak presja ponadnarodowych procesów
gospodarczych i cywilizacyjnych, presja kultury masowej.
dążenie do integracji - przyszłość i żywotność zjawiska
narodu i kultury narodowej w Europie?
- Ta
presja jest groźna dlatego, że nie można jej łatwo
kontrolować. Równocześnie jednak to wielka okazja do
ułatwienia życia - aby każdy na przykład mógł
uczestniczyć w lepszej i szybszej komunikacji, lepiej
wykorzystać swój potencjał. Stąd każde
społeczeństwo musi
na nią reagować w sposób ambiwalentny. Z jednej strony,
żadne państwo dzisiaj nie może się z niej wyizolować.
Jak powiedział angielski poeta, żaden człowiek nie jest
samotną wyspą. I to jest prawda. Żyjemy w świecie, gdzie
procesy ponadnarodowe są bardzo silne, i stary pogląd,
mówiący, iż państwo narodowe może być zupełnie
suwerenne, jest niestety głupotą. Z drugiej strony, aby
się bronić przed tymi ponadnarodowymi siłami, trzeba
należeć do jakiegoś ugrupowania. Unia oferuje
Europejczykom oczywisty kompromis. Broni swoich
członków przed izolacją, równocześnie dając wszelkie
szanse, by mogli spokojnie się rozwijać. Prawdopodobnie
w następnym stuleciu, tak przewiduję, powstanie w
świecie pięć czy sześć różnych większych bloków, które
będą ze sobą konkurować - miejmy nadzieję, że
pokojowo. A Europa będzie jednym z nich. Natomiast
mniejsze narody, próbujące pływać w tym morzu
samodzielnie, mogą stać się trochę za bardzo smaczne dla
większych rekinów. Warto przypomnieć ideę marszałka
Piłsudskiego, który
popierał federację narodów kresowych. Pomysł ten - tzw.
prometeizm - był strasznie potępiany w czasach
komunistycznych, gdyż uważano go za antyrosyjski. Za
antyrosyjskie uważano zresztą wszystko, co nie było
opanowane przez Rosjan. Tamta wizja, że przeciętne
narody mogą i muszą bronić się wspólnie, znalazła się
teraz w centrum uwagi Unii Europejskiej. Porównanie nie
jest może zbyt dokładne, gdyż strefa federacyjna
Piłsudskiego była mała i stosunkowo słaba, natomiast
Unia Europejska i NATO są o wiele większe i mocniejsze, ale daje się
przeprowadzić. Wniosek z tego taki, że każdy nowy blok,
który powstanie, powinien być tak mocny, bogaty i pewny
siebie, żeby inny nie mógł nawet myśleć o jakiejś formie
agresji.
(...)
- Czego z historii możemy się teraz
nauczyć?
- Alan Taylor, jeden
z moich mistrzów, napisał kiedyś, że z historii nie
nauczymy się nic poza tym, że nie można się z niej
niczego nauczyć. Ale niezupełnie mogę się z nim zgodzić. Jest
oczywiste, że historia się nie powtarza. To tylko
historycy, niestety, ciągle powtarzają sobie własne słowa.
Jednak naucza ona - można powiedzieć -
ostrożności i stanowczości. W tym świecie
jedziemy zawsze na łyżwach. Łatwo się wykoleić. Błędy
kosztują, i ten kto jedzie nieostrożnie, może źle
skończyć. Ale równocześnie brak decyzji też może być fatalny. W tym
wszystkim jest chyba jedna prawda: przyczyny katastrof
nie zawsze są tak ogromne jak skutki. Bardzo dobrze
pamiętam esej Taylora o przyczynach pierwszej wojny
światowej. Po jej zakończeniu historycy napisali ogromne
tomy, w których
udowadniali, że prawie całe dzieje prowadziły do tej
katastrofy. Jeśli dobrze pamiętam, włoski historyk
Tomassini napisał dzieło dwudziesto- czy
trzydziestotomowe. Katastrofa była przecież tak wielka,
że należało szukać równie wielkich przyczyn.
Taylor jednak argumentował
inaczej. Odpowiedzialnością za tamtą wojnę obarczył
trzech ludzi, którzy podejmowali fatalne decyzje:
austriackiego generała oraz kanclerza i cesarza Niemiec.
Porównałbym jego wnioski do takiej oto sytuacji. W
czasach, kiedy samoloty były małe i mieściły pilota
i jednego pasażera, jeśli pilot był pijany i spowodował
katastrofę, jej rozmiary były niewielkie. Obecnie, kiedy
na pokładzie mieści się pięciuset pasażerów, katastrofa
wywołana przez pijanego pilota będzie olbrzymia.
Ale przyczyna w obu
wypadkach jest dokładnie ta sama. Musimy zdać sobie
sprawę, że żyjemy w świecie, w którym konsekwencje
naszego zachowania są o wiele większe niż kiedyś.
Jesteśmy zaś tymi samymi małymi grzesznikami jak zawsze.
Jednak w cywilizacji broni nuklearnej każda mała głupota może
prowadzić dosłownie do końca świata. Nasza
odpowiedzialność dzisiaj jest o wiele większa, gdyż
skutki są większe.
- Od
dawna interesuje się pan historią Polski. Czy można
mówić o jakiejś specyfice, odrębności rozwoju i roli
naszego kraju o wartościach, które wnosimy - bez
popadania w samochwalcze złudzenia?
-
Zachowuję dużą ostrożność przy formułowaniu tego typu
opinii. Historia Polski jest oczywiście ciekawa. Nie
dlatego, że w ramach dziejów Europy wyjątkowa, ale
raczej z tego powodu, że Polska wielokrotnie znajdowała
się na skrzyżowaniu dróg, że wszystkie prądy, czy to
cywilizacyjne, czy też polityczne lub wojskowe, przez
jej tereny przebiegały i zostawiały po sobie bogate
ślady. Renesans i Oświecenie, romantyzm, prądy
kulturalne XX wieku,
chrześcijaństwo łacińskie i prawosławne, judaizm i nawet
islam, konflikty narodowościowe, dwudziestowieczne
totalitaryzmy, niestety wojny i zagłada - wszystko się
tutaj zdarzyło. Powiedziałbym nawet, że Polska była
mikrokosmosem prądów
ogólnoeuropejskich. Naturalnie, jest jeszcze w jej
historii coś więcej, i to daje prawo mówienia o polskiej
specyfice. Każdy kraj jest trochę inny i różna bywa
intensywność jego doświadczeń. W Polsce cechą wyraźnie
zauważalną jest świadomość wartości własnej kultury. Kultury religijnej,
ale i niereligijnej, kultury językowej itd. Towarzyszy
temu przekonanie, że w okresach dramatycznych zagrożeń
właśnie kultura jest najskuteczniejszą bronią, a także
nadzieja, że te najgorsze czasy kiedyś przeminą. Bardzo
dobrze pamiętam lata
sześćdziesiąte, kiedy przebywałem w Krakowie jako
doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przesiadywałem
wówczas często w Instytucie Historii, wśród kolegów, i
byłem świadkiem różnych mądrych, czasami nawet ostrych
dyskusji. Jako przybysz z zagranicy,
outsider, zadawałem
najprostsze pytania - co z tą Polską będzie? Popatrzył
na mnie kiedyś ówczesny docent Wacław Felczak,
wyprowadził z budynku na Planty, gdyż w Krakowie tam
można było spokojnie rozmawiać, i powiedział: proszę
pana, przetrwamy. Polacy umieją przetrwać. Trzeba
pamiętać, że Wacław Felczak, wspaniały człowiek, bardzo
zasłużony, kiedyś kurier akowski, specjalista od Węgier
i znany na Węgrzech jako polski patriota i żołnierz
dobrej sprawy, po wojnie spędził kilka lat w
więzieniu. Pomimo to
miał przekonanie, że Polska potrafi przetrwać dzięki
swojej kulturze, mocniejszej od całego komunistycznego
systemu. Doktor Felczak niestety nie żyje, ale to, co mi
wtedy opowiadał o Polsce, jest świętą prawdą. Dzisiaj
mamy potwierdzenie owej wiary wspaniałych Polaków. Polska
przetrwała i jest wolna.
- Czy uprawianie historii jako nauki ma
związek ze zbiorową świadomością historyczną danego
społeczeństwa? l czy historyk nie pozostaje po części
zawsze uczestnikiem i wyrazicielem pewnej konkretnej
pamięci zbiorowej?
-
Historia jest czymś więcej niż uprawianiem nauki.
Historia jest nie tylko nauką, ale i sztuką, literaturą,
dyscypliną humanistyki. Najwięksi historycy zawsze byli
wielkimi pisarzami. Historykowi sama wiedza nie
wystarczy, musi też posiadać umiejętność przekazania
jej. Jeśli tego nie potrafi, po prostu tę wiedzę
marnuje. Nie wszyscy historycy należycie doceniają
pisarski aspekt swojej pracy, a to jest połowa naszego
zawodu. Tak się złożyło, że ja byłem wychowany w
tradycji, która jednak uznawała sztukę pisarską za
konieczną do uprawiania historii z powodzeniem. Parę
miesięcy temu, podczas promocji
Europy na UJ,
doszło do ciekawej wymiany zdań między mną a moim
wybitnym kolegą i bardzo dobrym przyjacielem, prof.
Józefem Gierowskim. Powtórzyłem wtedy opinię, którą
umieściłem we wstępie do Bożego igrzyska,
że historyk zawsze kłamie, że jego sztuka nigdy
nie wystarcza, aby zrekonstruować w pełni
przeszłość. Profesor Gierowski zareagował, mówiąc, że inni
historycy stawiają sobie za najważniejszy cel nie sztukę,
lecz prawdę. Nieraz spotkałem się z taką argumentacją,
jakoby sztuka i prawda były przeciwnikami. Jednak ja
myślę inaczej. Tylko poprzez sztukę historyk może
zmierzać ku prawdzie. Jest mało prawdopodobne, że bez
niej będzie on umiał uchwycić, wyjaśnić i wyrazić tę
prawdę, której chyba każdy uczciwy historyk w życiu
szuka. Jeśli powiedziałem, że każdy historyk kłamie, to
miałem na myśli, że prawda jest zawsze o jeden krok
dalej, jak horyzont, który się oddala, gdy tylko się do
niego staramy
zbliżyć. Źródłem pamięci zbiorowej są częściowo same
zdarzenia, o których ludzie pamiętają, częściowo zaś już
dyskusje i interpretacje wychodzące ze środowiska
historyków. Na przykład: mówię to pierwszego sierpnia, w
rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Ta tragedia trwa w
zbiorowej pamięci Polaków w ten dwojaki sposób. Zbiorowa
pamięć nie jest prostą rzeczą, a historyk pozostaje z
nią w rozmaitych relacjach. Historyk pracuje też w
różnych kontekstach. Badania nad przeszłością są
prowadzone albo w
zespole, według planu naukowego, jak często bywało w
PRL, albo indywidualnie przez historyków, którzy pracują
bez pomocy kolegów i czasem poza tradycją oficjalnych
szkół. Myślę, że ten samotny uczony, jeśli jego prace są
publikowane i znane społeczeństwu, może mieć nie mniejszy odbiór niż
badacze pracujący zespołowo. Powiedziałbym nawet, że
siła pisarska jest raczej po stronie samotnego
historyka. Zespoły często piszą prace solidne, lecz mało
atrakcyjne dla czytelników.
- Ale im lepszym historyk jest
pisarzem, tym większy wpływ
ma na świadomość historyczną swojego
społeczeństwa...
-
Bardzo często historycy myślą wyłącznie o tej stronie
swego zawodu, która wymaga ustalenia faktów, sprawdzenia
źródeł i przygotowania materiału do rekonstrukcji
przeszłości. Lecz jest i druga strona: przedstawienie
publiczności tego materiału w formie, która ułatwi
nawiązanie z czytelnikami kontaktu, przekazanie
informacji i pewnych wartości. Na okładce chyba
angielskiej wersji Europy umieściłem takie zdanie:
"postawiłem sobie niemożliwe do wykonania zadanie
napisania totalnej historii całej Europy we wszystkich
aspektach i we wszystkich okresach". Celem była
całość, to niemało. Wydaje mi się, że kluczowymi
określeniami były: "totalna" i "niemożliwe". Słowo
"totalna" znaczyło: całościowa w sensie geograficznym,
chronologicznym i tematycznym. "Niemożliwe" - bo
historykowi nawet z najlepszą wolą nigdy się nie uda
zrekonstruować przeszłości w pełni. Otóż sztuka pisarska
dlatego właśnie konieczna jest do uprawiania tego
zawodu, że historyk
próbuje wykonać coś niemożliwego. Przeszłość jest
ogromna, dotyczy życia miliardów ludzi w nieskończonych
sytuacjach, i jej badacz musi zawsze wybierać, dokonywać
selekcji, musi z tej masy faktograficznej wyłuskiwać
jeśli nie sensy, to w każdym razie sekwencje zdarzeń. A do tego
konieczny jest element opowieści, gdyż z przeszłości nie
wolno robić tylko encyklopedii od A do Z, czy też tabeli
chronologicznej. Historyk musi stworzyć zrozumiałą
relację o wyraźnej od początku do końca strukturze, dać
"z własnej głowy"
interpretację. Bez tego pozostanie surowy materiał, nie
do użytku. Dla historyka fakty są święte i nie spotkałem
żadnego, który by twierdził inaczej. Jest to dyscyplina,
gdzie nie można faktów wymyślać, zmieniać lub omijać.
Ale... Bardzo trudno
jest czasem ustalić, co to znaczy fakt wiarygodny dla
konkretnego tematu. Jeden uczony uzna jakieś zdarzenie
za bardzo ważne, a inny za drugorzędne, l dlatego
selekcja faktów, ich interpretacja i sposób
przedstawienia czytelnikowi są kwestiami bardzo
otwartymi, związanymi z
istotą sztuki pisarskiej, tą samą, na której opiera się
dobra powieść. Historyk podczas swej pracy musi
przemyśleć te same problemy kompozycyjne co pisarz.
Różnica jest taka, że powieściopisarzowi wolno traktować
fakty jak tylko zechce, a naukowiec jest tutaj dużo
bardziej ograniczony. Historyk jest pisarzem i, jak
każdy pisarz, musi również być wrażliwy na to, co myślą
i czują jego czytelnicy. Każdy czytelnik ma pewną
wiedzę, żyje w konkretnym kraju, gdzie jakieś sprawy są
znane, inne
dyskutowane, jeszcze inne bolesne lub nie do przyjęcia.
I ta mapa wiedzy i emocji czytelnika działa jak filtr na
to, co przedstawia mu historyk. Dlatego musi on być
świadom, z kim się komunikuje. Będąc Brytyjczykiem,
inaczej muszę pisać o polskiej historii dla czytelników z Ameryki
Północnej, gdzie nawet wybitni intelektualiści z trudem
by przytoczyli trzy fakty z przeszłości Polski, inaczej
dla czytelników zachodnioeuropejskich, i jeszcze inaczej
dla Polaków. Przekonanie, że można funkcjonować poza
światem swoich
czytelników, ich kultury, popularnej wiedzy, którą
dysponują, i że dzięki temu szybciej dojdzie się do
jakiegoś obiektywizmu, jest błędne. Każdy historyk dąży
do oczyszczenia zdarzeń ze zbędnych interpretacji i
zniekształceń, ale nigdy nie dojdzie do pełni prawdy. Nie znaczy
to jednak, że może przedstawiać gołe fakty - bez
kontekstu emocjonalnego, moralnego czy ludzkiego. Tekst
historyczny, który jest pozbawiony tych barw, będzie nie
tylko nudny, ale i fałszywy.
- Czy jednak stosowanie reguł
pisarskich nie utrudnia historykowi
przestrzegania koniecznej metodologii?
-
Wiem, że mój pogląd pozostaje w pewnym konflikcie z tą
szkołą uprawiania historii, która ma mocną pozycję w
Polsce. Dla Brytyjczyka szkoła, powiedzmy, dokumentalna
jest bliska niemieckiej, solidnej, trudnej i bardzo
nudnej, bez dobrych stosunków z czytelnikami. We wstępie
do Europy
użyłem gdzieś słowa "impresjonistyczny". Przeszłość jest
tak bogata i różnorodna, tak nieskończona, że aby
stworzyć iluzję całości, bo przecież nigdy jej nie
odtworzymy w pełni, trzeba używać metody
impresjonistycznej. Co mnie skłoniło do przyjęcia
poglądu, że historyk musi używać metod, które w oczach
wielu badaczy przeszłości są trochę wątpliwe? Otóż
potrzeba impresjonizmu pisarskiego staje się tym
mocniejsza, im
rozleglejszy jest temat. Kiedy piszemy o jakimś małym
wycinku przeszłości, ograniczonym w czasie i
przestrzeni, mamy wrażenie, że może uda się nam
przedstawić go w pełni. Kiedy jednak temat się rozszerza
na kilka stuleci, na cały kontynent, stajemy przed koniecznością
dokonywania wyboru faktów i pokazywania ich w szerszym
kontekście. Moja technika zastosowana przy pisaniu
Europy
polegała na prowadzeniu opowieści na trzech poziomach.
Poziom pierwszy to narracja, główne rozdziały książki
ogarniające wielki obszar geograficzny i czasowy. Każdy
rozdział obejmuje kilka wieków z historii kontynentu.
Narracja przesuwa się bardzo szybko, a kąt widzenia jest
rozległy. Przypomina to obraz z kamery filmowej
umieszczonej na pędzącym samochodzie. Drugi
poziom to "zdjęcia".
Rozdziały kończą się zatrzymanym obrazem rzeczywistości
uchwyconej w jednym momencie. Wybierałem do tego
zdarzenia symboliczne. Na przykład na końcu rozdziału o
świecie starogreckim opisuję oblężenie Syrakuz i śmierć
Archimedesa. W ten sposób uderzenie Rzymian na to
greckie miasto, fakt zapewniający rozwój Imperium
Rzymskiego w całym rejonie śródziemnomorskim, jest w
owym akcie mordu na geniuszu matematycznym podsumowane.
Mogłem przy tej okazji bardzo krótko powiedzieć coś o
sytuacji w innych
częściach kontynentu i przygotować czytelnika do
następnego rozdziału o Rzymianach. Weźmy też zakończenie
rozdziału o okresie renesansu. Wybrałem moment, kiedy w
Rzymie Bernini miał skończyć budowę bazyliki św. Piotra.
Ostatecznie do dnia dzisiejszego nie została ukończona. Użyłem
tego zdarzenia trochę filozoficznie, żeby pokazać, iż
dany okres historyczny nigdy kompletnie się nie kończy,
że nie ma czystych granic między jednym a drugim. Dzieło
kontrreformacji, którego symbol stanowi bazylika św.
Piotra, jest kontynuowane nie
tylko w czasach Oświecenia. Różne cele Kościoła
katolickiego z czasów kontrreformacji nie zostały
jeszcze wyczerpane i nadal są realizowane, choć inne
prądy zdominowały obraz następnych epok.
Trzeci poziom konstrukcji mojej książki
to "kapsułki". Są to małe szkice rozsiane po całym
tekście, umożliwiające mi zaprezentowanie rozmaitych
tematów, często bardzo specyficznych czy wręcz
egzotycznych, które bez tej formuły nigdy by się nie
znalazły w ogólnej syntezie. Są to szczegóły,
detale z przeszłości
wyciągnięte z tej rozległej panoramy, by można się im
było dokładniej przyjrzeć. Mają także, umożliwiając
pokazanie różnorodności tematów, właśnie stworzyć iluzję
całości, a przynajmniej poczucie bogactwa rzeczywistości
w przeszłości. Wiem,
że jest nieskończona liczba innych tematów, które także
mogłyby być przywołane. Ale miałem nadzieję, że 300, bo
tyle jest "kapsułek", wystarczy, by tę iluzję zbudować.
Podzieliłem je na sześćdziesiąt kategorii tematycznych i
przytoczyłem w każdej po kilka faktów, czerpanych z
różnych okresów i krajów. Pokazałem przykłady ze
wszystkich nauk pomocniczych historii, od paleografii
przez archiwalia do historiografii i źródłoznawstwa.
Umieściłem wątki z nauk społecznych, z historii,
socjologii, gospodarki, sztuki. Dałem przykłady ze
wszystkich nauk ścisłych. Wśród rozmaitych tematów jest
architektura, seks, biologia, psychologia, sporo o
muzyce i dziejach malarstwa. Przedstawiłem szereg faktów
z dziejów technologii, szkice o historii pługa, druku,
samochodu itp.
Pamiętajmy, że europeizacja dla reszty świata zawsze
znaczyła modernizację technologiczną, która przychodziła
z Europy. Umieściłem szkic o historii szkła i związku
między tym materiałem a ludzkimi możliwościami myślenia
o sobie - zwierciadło, okulary, mikroskop, teleskop itd. Choć
nie pisałem dziejów technologii, te krótkie szkice
umożliwiły mi stworzenie wrażenia, że technologia w
historii Europy była i jest ważna. Podobnie z innymi
tematami. Mam nadzieję, że moja
Europa dzięki
swej konstrukcji pokazuje dzieje naszego kontynentu i w
bogactwie różnorodności, i jako pewną całość. Kończąc,
chciałbym powiedzieć, że świat historyków jest
podzielony między tych, którzy uznają prymat wyobraźni,
a tych, którzy uznają prymat racjonalizmu. Ja należę
wyraźnie do
pierwszej grupy. Wierzę, że bez wyobraźni nie można
uprawiać historii racjonalnie. Tylko wyobraźnia
umożliwia wizję przeszłości pozwalającą uczonemu badać
fakty, organizować je i interpretować. Jak w każdej
dziedzinie humanistyki, wyobraźnia jest
najważniejsza.
"Nowe Książki" nr 9,
09.1998 |