Europa za morzami i stepami
W roku 1788 król Jerzy III oszalał oraz założył kolonię w Australii. Mam nadzieję, że wszyscy usłyszeli słówko "i". Jerzy III nie był szaleńcem dlatego, że założył kolonię w Australii. Został uznany za szalonego dlatego, że tytułował dąb rosnący w parku windsorskim królem Prus. 20 stycznia tego samego 1788 roku Pierwsza Flota, która wypłynęła z Portsmouth 13 maja 1787 roku, rzuciła kotwicę w zatoce Sydney.
Zbiegiem okoliczności rok 1788 był też świadkiem pierwszej sesji amerykańskiego Kongresu. Wbrew pozorom ma to związek z naszą historią - Wielka Brytania traciła trzynaście starych kolonii dokładnie wówczas, gdy zyskiwała jedną nową. Za chwilę padnie słowo "dlatego". Brytyjczycy zdecydowali się założyć nową kolonię w Australii między innymi dlatego, że właśnie utracili kolonie w Ameryce Północnej. Gdyby Amerykanie nie wywalczyli niepodległości, bardzo prawdopodobne jest, że Pierwsza Flota ze skazańcami w ładowniach nie pożeglowałaby na morza południowe, lecz, jak w poprzednich dekadach, w stronę głębokiego południa obecnych Stanów Zjednoczonych.
Zesłania mają ponurą historię - Australia jest zaledwie rozdziałem w obejmującej wiele wieków i kontynentów księdze. Brytyjczycy nie byli jedynymi, którzy zsyłali więźniów, a Zatoka Botaniczna mogła nie być najgorszym miejscem w porównaniu na przykład z francuską kolonią karną na Diabelskiej Wyspie w Gujanie. Mimo to Wielka Brytania nie ma się czym chwalić. Według najbardziej wiarygodnych szacunków przez osiemdziesiąt lat do Australii przymusowo deportowano około stu sześćdziesięciu tysięcy skazańców. Czekała ich wielomiesięczna przeprawa przez morze oraz niewola i złe traktowanie przez okres wyroku. Po odbyciu kary nie zapewniano transportu z powrotem. Niemal jedną trzecią zesłańców stanowili skazani za tak zwane przestępstwa polityczne Irlandczycy - często chodziło o występki tak drobne jak zuchwały brak szacunku dla angielskich urzędników.
Nie dziwi zatem, że ci, którzy przetrwali, okazali się jedną z najwytrzymalszych ras na ziemi - uodpornili się na straszny żywot na pustkowiu, męki upału i suszy oraz, co równie ważne, na nudę krykieta.
Postępowanie Brytyjczyków w Kanadzie było równie mało budujące. W okresie gdy powstawała kolonia w Australii, bezlitośnie prześladowano mieszkańców górskich obszarów Szkocji. Przez osiemdziesiąt lat po ostatnim powstaniu jakobitów w 1745 roku gaelickim klanom zabraniano noszenia stroju narodowego, publicznego posługiwania się językiem ojczystym oraz jakichkolwiek zgromadzeń publicznych. Z politycznych i ekonomicznych pobudek w okrutny sposób rugowano ludność z całych hrabstw. Ziemię przejmowali angielscy lordowie lub lojaliści z nizin, którzy oddawali ją w dzierżawę owcom. Inwentarz ludzki - podstawę istnienia klanów - wysyłano do Nowej Szkocji i Nowej Fundlandii. Jeszcze dziś w Kanadzie jest więcej użytkowników języka gaelickiego niż w jego ojczyźnie - Szkocji. Zamieszkane niegdyś przez klany wyżyny stały się tak dzikie i puste jak najbardziej odludne wzgórza południowej Australii.
Później nadeszła klęska głodu w Irlandii. W latach czterdziestych XIX wieku, gdy nadal zsyłano skazańców, Irlandia stanowiła część Zjednoczonego Królestwa. Irlandzcy deputowani zasiadali w Westminsterze, a irlandzcy katolicy cieszyli się w teorii pełnią praw. Nie zapobiegło to jednak jednej z największych niepotrzebnych katastrof w historii Europy. Począwszy od roku 1846, zbiory ziemniaków rok po roku niszczyła zaraza - Irlandczycy utracili podstawowe źródło wyżywienia. Pomoc nadchodziła tak opieszale, że do końca dekady milion mieszkańców Irlandii zmarło, a kolejny milion wyemigrował. Nie działo się to w Etiopii czy Azji Środkowej, lecz w kraju, który był częścią najbogatszego i najpotężniejszego państwa tamtej epoki. Większość ofiar w Irlandii umierała kilkaset kilometrów od samego serca Anglii, gdzie ciągnęły się dostatnie, nie tknięte zarazą pola oraz farmy. Większa część emigrantów była zmuszona wsiąść na statki płynące do Ameryki - często w warunkach gorszych niż panujące na spartańsko, lecz starannie wyposażonych jednostkach wiozących skazańców na antypody. Było to "zesłanie" z powodu głodu. Nawet dzisiaj, pod koniec XX wieku, Irlandię zamieszkuje znacznie mniej ludzi niż na początku XIX stulecia4.
Oczywiście historii "Europy za morzami" nie można sprowadzać do dziejów więziennictwa czy ucieczki przed głodem. Jest to również opowieść o ojcach pielgrzymach, którzy pożeglowali za morze, szukając wolności religijnej, o członkach Kompanii Wschodnioindyjskiej, którzy szukali tam możliwości handlowych, o angielskich korsarzach-admirałach, takich jak Francis Drake, którzy szukali łupów, o ubogich Anglikach, którzy szukali pracy, skrawka ziemi lub chleba dla dzieci, o angielskich sierotach czy adoptowanych dzieciach oraz o wielkich odkrywcach takich jak James Cook, którzy "wyruszali w morze, by zobaczyć, co można tam zobaczyć".
Nie ma także powodu, aby zawężać temat "zamorskiej Europy" do doświadczeń Brytyjczyków czy Anglików. Wyspy Brytyjskie były tylko jednym z wielu punktów wyjścia. Dzieje "Europy za morzami" to również historia hiszpańskich konkwistadorów, portugalskich żeglarzy, holenderskich handlarzy przyprawami, francuskich kolonistów czy włoskich jezuitów, a później belgijskich i niemieckich imperialistów, a także misjonarzy protestanckich i katolickich - słowem wszystkiego od krachu Kompanii Mórz Południowych do Towarzystwa Propagowania Wiedzy Chrześcijańskiej.
Wspólnym mianownikiem jest to, że pożeglowali. Wypłynęli z Europy i wylądowali gdzieś daleko, za morzami. Historia ma zawsze początek w europejskim porcie - Chatham, Hawrze, Antwerpii, Amsterdamie czy Hamburgu - i zawsze kończy się na odległym, bezludnym wybrzeżu.
Wyobraźmy sobie jednak, że nie żeglowali, lecz szli, podróżując nie morzem, lecz lądem. Oto kolejne piękne określenie Australijczyków: Overlanders ("Wędrowcy") - doskonały film z moich szkolnych lat.
Jeżeli dobrze orientuję się w geografii, aby dotrzeć z Londynu do Australii, trzeba było pokonać około dwudziestu czterech tysięcy kilometrów. Jeżeli dobrze się orientuję w historii, całkiem sporo Europejczyków przewędrowało podobną odległość lądem - głównie maszerując. Jeżeli wreszcie poprawnie rachuję bez kalkulatora, przejście dwudziestu czterech tysięcy kilometrów w równym tempie dwudziestu czterech kilometrów na dzień (czyli mniej więcej o połowę wolniej niż rzymski legion) wymaga dokładnie tysiąca dni, czyli dwóch lat i dziewięciu miesięcy nieprzerwanego marszu. Bez przerwy iść przez niemal trzy lata potrafiłby jednak chyba wyłącznie sportowiec bez żadnego bagażu! Pokonanie w tym samym tempie połowy dystansu, czyli dwunastu tysięcy kilometrów, zajęłoby pięćset dni - rok, cztery miesiące i dwa tygodnie. Złożona z mężczyzn, kobiet i dzieci kolumna więźniów potrzebowała na to trzech, czterech lub pięciu lat. Wielu się to udało, lecz wielu nie dotrwało do końca drogi.
Adelajdę założono w grudniu 1836 roku, kilka miesięcy przed objęciem tronu przez królową Wiktorię. W tym samym roku na środkowej Syberii mieszkało już sporo Polaków. Na Syberię zesłano wielką grupę skazańców, którzy mieli odbyć tam wyroki. Znaleźli się tam za to, że pięć lat wcześniej odważyli się zbrojnie wystąpić przeciwko carowi w wojnie polsko-rosyjskiej.
Znajdowali się osiem do dziesięciu tysięcy kilometrów od domu. Wielu z tych, którzy przeżyli, trafiło jeszcze dalej na wschód, do jeszcze odleglejszych kolonii karnych na Sachalinie czy Kamczatce - odpowiedników wyspy Norfolk. Ci, którzy wrócili stamtąd do Polski - a niektórzy wrócili - pokonali pieszo dystans odpowiadający odległości z Australii do Europy.
Być może są to peryferie historii Europy, lecz fakt, że są mało znane, nie czyni ich nieważnymi. Według mojej rachuby od wielkiej wojny północnej na początku XVIII wieku do drugiej wojny światowej w wieku XX Polacy siedem razy masowo powstawali przeciwko rosyjskiemu panowaniu. Po każdej rundzie zmagań w bezkresną drogę na Syberię ruszało nowe pokolenie polskich więźniów. Nikt nie wie dokładnie, jak wielu odbyło tę straszną podróż. Ich liczba dalece przekraczała wspomnianą liczbę brytyjskich skazańców zesłanych do Australii. Na Syberię z pewnością zesłano przez lata znacznie więcej Polaków niż na przykład bolszewików, o których rzecz jasna słyszy się o wiele częściej.
|