|
EUROPA - ze Wstępu
Historie narodów
W czasach
nowożytnych niemal wszystkie kraje w Europie poświęcały
więcej energii i wysiłku studiowaniu własnej historii
niż badaniu dziejów całej Europy. Z zupełnie
zrozumiałych powodów części były przedstawiane tak, aby
wydawały się ważniejsze od całości. Bariery językowe,
interesy polityczne i strategia linii najmniejszego
oporu sprzyjały utrzymywaniu panujących bastionów
narodowej historiografii oraz towarzyszących im
postaw.
Problem ten występuje ze szczególną
ostrością w Wielkiej Brytanii, gdzie rutynie nigdy nie
zagroził upadek polityczny czy narodowa klęska. Do
niedawna historię Wielkiej Brytanii uważano za osobny
przedmiot, oddzielony od historii Europy i wymagający
szczególnego rodzaju wiedzy specjalistycznej, osobnych
kursó w, osobnych nauczycieli i osobnych
podręczników. Uświęcona tradycją wyspiarskość jest
godnym partnerem innego szeroko rozpowszechnionego
przekonania, w myśl którego historia Anglii jest tym
samym co historia Wielkiej Brytanii. (Tylko
najprzekorniejszemu z historyków chciało się specjalnie
zaznaczyć, że jego Historia Anglii odnosi się wyłącznie do Anglii)
*1 . Politycy przyjęli to
fałszywe równanie bez chwili namysłu. W 1962 roku, w
swojej mowie przeciwko przystąpieniu Wielkiej Brytanii
do EWG, lider brytyjskiej opozycji uznał za stosowne
oświadczyć - zresztą zupełnie nie mając racji - że taki
krok oznaczałby "kres tysiącletniej historii
Wielkiej Brytanii" *2 . Anglicy nie tylko są
wyspiarzami, ale większości z nich nigdy nie nauczono
historii ich własnych wysp.
Podobne postawy przeważają na
uniwersytetach. Niewątpliwie, istnieją chlubne wyjątki,
ale pozostaje faktem, że największy wydział historyczny
w kraju wprowadził "historię Wielkiej Brytanii" do
programu dopiero w 1974 roku, a i wtedy tematyka kursu
dotyczyła głównie Anglii. Studenci rzadko dowiadują się
czegoś o Irlandii, Szkocji czy Walii. Podczas egzaminu z
"historii Europy" zadaje się
im kilka nadobowiązkowych pytań na temat Europy
Wschodniej, ale nie pyta się ich wcale o Wielką
Brytanię. Jako ostateczny wynik musi to przynieść obraz
świata, do którego nie należy nic poza Anglią. Jak pisze
pewien dysydent, podstawowym - i fałszywym - założeniem
jest, że "wszystkie doniosłe wydarzenia w
dziejach Wielkiej Brytanii można wyjaśnić w kategoriach
brytyjskich racji". I dalej: "Głęboko zakorzeniona i
nienaruszalna zasada oddzielania historii 'brytyjskiej'
- a w rzeczywistości angielskiej - od historii
europejskiej (...) powoduje zawężenie horyzontów, które
stało się istotnym czynnikiem ograniczającym kulturę"
*3 . Zdaniem innego surowego
krytyka, w wyniku połączenia tradycyjnych struktur,
zawiłych dociekań i nadmiernej profesjonalizacji
historia Wielkiej Brytanii sprowadza się do jednego
wielkiego "chaosu". "Na uniwersytetach, podobnie jak w
szkołach, przeświadczenie, że historia daje
wykształcenie, niemal już zanikło", pisał, zanim
rozsądnie postanowił wyemigrować *4.
Historia kultury - w tej formie, w
jakiej się jej uczy na brytyjskich uniwersytetach -
skupia się często na wąskim kręgu zagadnień o skali
narodowej. Widać wyraźnie, że studia w starym stylu
skoncentrowane na szukaniu narodowych korzeni są
widziane o wiele chętniej niż szeroko zakrojone
porównania na skalę międzynarodową. I tak na przykład na
uniwersytecie w Oksfordzie jedynym teks
tem, którego lektura jest
obowiązkowa dla wszystkich studentów anglistyki, jest
wciąż staroangielski poemat Beowulf. Do bardzo niedawna na Wydziale
Historii Nowożytnej (sic!) w Oksfordzie jedyną lekturą
obowiązkową był pochodzący z VII wieku łaciński
tekst Historii angielskiego Kościoła i
narodu Bedy *5 .
Osobliwości tego rodzaju nie brak
zapewne również w innych krajach. W Niemczech na
przykład uniwersytety ponoszą bolesne skutki
sformułowanej przez Humboldta zasady "swobody akademickiej".
Profesorowie historii w Niemczech mogą
podobno uczyć tego, co im się podoba. Studenci historii
w Niemczech mają całkowitą swobodę wyboru dań z menu,
jakie im serwują ich profesorowie. W większości
uniwersytetów jedyną regułą jest obowiązek wyboru co
najmniej jednego kursu z historii starożytnej,
jednego z historii średniowiecznej i jednego z historii
nowożytnej. A zatem w okresach wzmożonej presji ze
strony państwa niemieckiego profesorowie opowiadający
się po stronie oficjalnej ideologii mogli do woli
ładować do swojego menu wielkie dawki narodowej
historii Niemiec. (Kolejny powrót do plemion
teutońskich). W nowszych czasach, kiedy państwo
interweniowało dość niechętnie, można było planować menu
tak, żeby każdy student, który zechce całkowicie uniknąć
zagłębiania się w historię narodową Niemiec, mógł to
zrobić bez większego wysiłku.
Problem "narodowego skrzywienia" ujawnia się
z największą ostrością w podręcznikach szkolnych i
opracowaniach przeznaczonych dla masowego czytelnika. Im
bardziej historycy muszą kondensować i upraszczać
materiał, tym trudniej jest im ukryć własne uprzedzenia.
Warto w tym miejscu dodać garść
komentarzy.
Po pierwsze, można by uznać za
rzecz oczywistą, że wykształcenie w zakresie historii
jest w większości krajów europejskich tradycyjnie
zabarwione silną domieszką nacjonalizmu. W początkach
nauczania historii - w XIX wieku - powołano ją do służby
w interesach patriotyzmu. W najbardziej prymitywnej
formie była to niemal wyłącznie chronologiczna lista
nazwisk, dat i tytułów przedstawi cieli panujących dynastii. Potem
przekształciła się w rejestr bohaterów narodowych,
zwycięstw i wybitnych osiągnięć. W formie krańcowej natomiast była
świadomie ukierunkowywana na przygotowanie dzieci do
przyszłej roli morderców i ofiar w wojnach prowadzonych
przez ich naród. Po drugie jednak, nie należy sądzić, że
nacjonalistyczny sposób nauczania historii nie spotykał
się ze sprzeciwem. Od dawna istniał prąd przeciwny,
którego zwolennicy starali się zaszczepić uczniom
świadomość istnienia szerszych horyzontów; wcześniejsza praktyka
zmieniła się radykalnie po roku 1945 - przynajmniej w
Europie Zachodniej.
Pewien godny uwagi podręcznik
"historii nowożytnej", wydany w 1889
roku w austriackiej Galicji, otwarcie przeciwstawiał się
zasadom epoki nacjonalizmu. Powstał z myślą o uczniach
polskojęzycznych szkół średnich. Jego autor - warszawski
historyk - który nie mógł swobodnie publikować swoich
prac w rodzinnym mieście, będącym wówczas pod władzą
Rosjan, następująco wyjaśniał swoje
zasady:
-
W walkach i pracach nowożytnych narody występują
nie pojedynczo, lecz zbiorowo, łącząc się w gromady
przez przymierza i sojusze: wypadnie nam przeto
posługiwać się metodą synchronistyczną, tj. mówić o
tych wszystkich narodach, które spółcześnie brały
udział w pewnym fakcie; co się zaś tyczy narodów
pojedynczych, to całkowity obraz ich dziejów nie da
się już złożyć w historyi powszechnej (...) i
odesłanym być musi do historyj specyjalnych,
narodowych *6.
W rezultacie powstała książka, w
której - w tomie pierwszym, obejmującym okres od
odrodzenia do roku 1648 - wydarzenia dotyczące
Habsburgów zajmują dokładnie 71 stron, a Polski - 519
stron. Autor starannie rozróżnia między
"Polską" i "państwem
polsko-litewsko-rusko-pruskim". Uczeń może zdobyć dość
szczegółowe informacje zarówno o "reformacyjach luterskiej i
katolickiej", jak i o islamie i Turkach osmańskich. W
sensie geograficznym książka obejmuje swoim zakresem
obszar od wypraw portugalskich podróżników po podbój
chanatu kazańskiego przez Iwana Groźnego i od obalenia
tronu Marii Stuart w Edynburgu po wyprawę Karola V do
Tunisu *7. Na nienacjonalistycznej
skali zajęłaby miejsce wyższe niż niejedna spośród
pozycji, które wciąż pojawiają się w państwach
członkowskich Wspólnoty Europejskiej *8.
Wypada również przyznać, że w
ostatnich latach podejmowano zgodne próby oczyszczenia
materiałów do nauki historii z najbardziej oczywistych
form dezinformacji. Dwustronne komisje do spraw
podręczników do nauczania historii pracowały ciężko i
wytrwale nad takimi aspektami treści jak
militaryzm, nazwy miejsc i atlasy
historyczne czy jednostronność interpretacji. Uczeni i
nauczyciele są dziś zapewne bardziej świadomi tych
problemów niż dawniej. W ostatecznym rozrachunku można
zaobserwować dwie skrajności. Na jednym krańcu skali
sytuuje się podejście
"kosmiczne", w myśl którego
historycy mają pisać, a uczniowie mają się uczyć o
wszystkich częściach świata we wszystkich epokach.
Natomiast na przeciwległym krańcu leży skrajny
prowincjonalizm, który wymaga skupienia uwagi na jednym
kraju na przestrzeni jednego krótkiego odcinka czasu.
Podejście kosmiczne ma rozmach, natomiast brak mu głębi.
Podejście prowincjonalistyczne ma szansę na osiągnięcie
głębi, natomiast brak mu rozmachu. Ideałem jest
odnalezienie jakiegoś kompromisu między
rozmachem a
głębią.
W tym kontekście wypada przyznać,
że centralnie planowane programy nauczania i podręczniki
krajów bloku sowieckiego bywały bardziej udane od
propozycji powstających na Zachodzie. Właściwa treść
nosiła wprawdzie czasem znamię horrendalnego szowinizmu
i przykrawano ją do potrzeb obowiązującej ideologii, ale
ramy chronologiczne i geograficzne bywały imponująco
szerokie. Wszystkie sowieckie dzieci musiały przebrnąć
przez pięć etapów rozwoju historycznego, dowiadując się
po drodze różnych rz eczy o społeczeństwie pierwotnym,
starożytności klasycznej, "feudalizmie", "kapitalizmie" i - poczynając od
roku 1917 - o tak zwanym socjalizmie. Układając programy
historii Związku Radzieckiego, uparcie podkreślano
przewodnią historyczną rolę Rosji i Rosjan. Jednocześnie
jednak nawet w najgorszych latach stalinizmu każdy
standardowy sowiecki podręcznik poświęcał jakąś część
uwagi starożytnym Grekom, Scytom i Rzymianom, a także
dziejom Kaukazu, imperiom Dżyngis-chana i Tamerlana oraz
muzułmańskiemu Kazaniowi i Krymowi. Próżno by szukać
czegoś podobnego w wielu powszechnych historiach
Europy.
Natomiast w Anglii, gdzie programy
nauczania historii pozostawiono w znacznej mierze do
uznania poszczególnych szkół i nauczycieli, ramy
chronologiczne i geograficzne bywają na ogół bardzo
wąskie. Nawet programy przeznaczone dla starszych
uczniów, którzy przerabiają kurs historii na poziomie
zaawansowanym, są często ograniczane do standardowych
tematów w rodzaju "Tudorzy i Stuarci" czy "Wielka
Brytania w XIX wieku" *9 .
Historia lokalna dostarcza
niektórym z tych dylematów interesujących rozwiązań.
Opiera się na tym, co dobrze znane i przyziemne, zachęca
do własnych odkryć i badań i jest stosunkowo oporna na
naciski nacjonalistyczne czy ideologiczne. Dobrze
pa suje
do tematów w rodzaju "rodzina", które dzieciom jest łatwo
zrozumieć, a które jednocześnie stanowią dla
specjalistów podstawę do szeroko zakrojonych uogólnień
na skalę międzynarodową. Na przeciwnym biegunie sytuuje
się historia świata, nauczana zarówno w szkołach, jak i
na uniwersytetach. Przemawiają za nią silne argumenty -
w kontekście zapewnienia wykształcenia pokoleniu, które
będzie musiało odnaleźć własne miejsce w "globalnej wiosce". Krytycy historii
powszechnej utrzymują - podobnie jak część z tych,
którzy krytykują historię Europy - że już sama tylko
merytoryczna objętość skazuje wszystkich autorów, poza
najsprawniejszymi, na operowanie bezwartościowymi
ogólnikami.
Przyjęcie wąskiego zakresu w jednym
aspekcie daje oczywiście możliwość poszerzenia innych
aspektów. Ograniczenie parametrów chronologicznych i
geograficznych pozwala nauczycielowi na większe
zróżnicowanie technik i szerszy dobór perspektyw, które
można następnie badać w ramach wydzielonego sektora.
Ogólnie rzecz biorąc, an gielscy uczniowie mają stosunkowo
dobre przygotowanie w zakresie studiowania źródeł,
dostrzegania powiązań przyczynowo-skutkowych,
odnajdowania wzajemnych relacji między czynnikami
politycznymi, społeczno-gospodarczymi i kulturowymi, a
także jeśli chodzi o umiejętność samodzielnego myślenia.
To są mocne punkty ich wykształcenia w zakresie
historii. Natomiast coś z pewnością jest nie tak, jak
być powinno, skoro przedmiot ich studiów obejmuje
zaledwie pięć czy dziesięć procent tego, co dotyczy
zaledwie jednej trzeciej zaledwie jednego spośród
trzydziestu ośmiu niepodległych państw najmniejszego
kontynentu świata.
Problem "narodowego skrzywienia" zniknie
dopiero wtedy, kiedy historycy i specjaliści od
nauczania przestaną uważać historię za narzędzie
polityki państwowej. Ponad 1800 lat temu grecki autor
Lukian (ok. 120-180) radził historykom, aby
"pośród swych ksiąg
zapomnieli, z jakiego wywodzą się narodu". To jest dobra
rada. W przyszłości historię Europy napisze zapewne
jakiś Chińczyk, Pers czy Afrykanin. Nie brak zresztą
precedensów: najlepsze wprowadzenie do dziejów
wiktoriańskiej Anglii wyszło swego czasu spod pióra
Francuza. Za czołowego historyka Włoch uznaje się dziś
powszechnie Anglika. Jedyne opracowanie dziejów Wielkiej
Brytanii, które zachowuje należyte proporcje w omawianiu
czterech narodów Wysp Brytyjskich, zostało napisane
przez historyka mieszkającego na obczyźnie, w USA *10
.
Jak dotąd, żaden z eksperymentów
zmierzających do "napisania historii z europejskiego
punktu widzenia" nie wywołał powszechnego aplauzu.
Niektórzy historycy - na przykład Christopher Dawson -
podejmowali taką próbę, odwołując się do
chrześcijańskich podwalin Europy *11 . Ale katolicka
teza Dawsona nie tłumaczyła pluralizmu ostatnich stuleci
i nie wydała się przekonywająca jego czytelnikom, głównie
WASP-owskiej orientacji. Inni starali się śledzić proces
dążenia Europy ku jedności *12 . Tu z kolei problem
polega na niezwykle krótkim spisie treści. Państwa
narodowe i świadomość narodowa dominowały jako tematy w
epoce, w której historię zaczęto traktować jak zbudowaną
według określonego systemu naukę. Na dominację historii
o charakterze narodowym pozwolono, w znacznej mierze, z
powodu braku alternatywy. Jest to, być może, rzecz godna
ubolewania, niemniej odzwierciedla ona rzeczywistą kondycję Europy, którą
od paru stuleci rozdzierają głębokie podziały. Od czasu
schizmy chrześcijaństwa w okresie odrodzenia i
reformacji Europa już nigdy nie miała żadnego ideału,
który mógłby ją zjednoczyć; historycy nie mogą udawać,
że tak nie jest. Mozaika jest
dokładnie tak samo ważna jak tygiel - historycy odkryli
tę zasadę, badając dzieje Stanów Zjednoczonych, ale
odnosi się ona w równej mierze do
Europy.
Według wszelkiego
prawdopodobieństwa jest więc jeszcze zbyt wcześnie
zarówno na powstanie, jak i na akceptację zadowalającej
syntezy dziejów Europy. Narodowa wrażliwość wciąż
jeszcze jest powszechnie panującym uczuciem. Narodowych
historii nie można tak sobie po prostu wyrzucić; byłoby
też poważnym zniekształceniem obrazu utopieni
e dzielących narody Europy różnic w
mętnych wodach "jakiejś mdłej
eurohistorii":
-
Całość historii Europy jest może
czymś więcej niż sumą części, ale tę całość da się
zbudować tylko badając części, z uwzględnieniem
wszelkich idiosynkrazji (...) Wygląda na to, że (...)
wprawdzie nie może nas zadowolić historia takiego czy
innego narodu, ale że równie niełatwo też napisać
"historię paneuropejską" *13.
To mądre słowa. Wynika z nich, że
przeformułowanie historii Europy musi iść w parze ze
stopniowym budowaniem szerszej wspólnoty europejskiej.
Żaden z tych procesów nie dokona się z dnia na
dzień.
Niestety, od "narodowego skrzywienia" niełatwo
się uwolnić. W kwietniu 1605 roku, po zjednoczeniu
Anglii i Szkocji unią personalną, Sir Francis Bacon
zwrócił się do angielskiego ministra sprawiedliwości z
zaleceniem, aby "skompilować jedną sprawiedliwą i
kompletną historię obu narodów". Jego woli wciąż jeszcze
nie wypełniono. Cytując słowa pewnej brytyjskiej
historyczki, która należy do nielicznych specjalistów
zajmujących się problemem brytyjskiej tożsamości,
"wciąż utrzymuje się głęboko
zakorzeniona niechęć do zadawania sobie pytań o to, czym
jest Wielka Brytania" *14 .
Dwie niespełnione wizje
Przewaga postaw
nacjonalistycznych w XX wieku nie sprzyjała pisaniu
historii międzynarodowej. Niemniej jednak podjęto dwie
wielkie próby przezwyciężenia panujących podziałów i
sformułowania ram ideologicznych dla nowej,
uniwersalistycznej wersji przeszłości Europy. Obie próby
poniosły klęskę i w obu przypadkach była to klęska
zasłużona.
Pierwsza -
marksistowsko-leninowska, czyli komunistyczna - wersja
historii Europy była wcześniejsza chronologicznie i
dłużej się utrzymała. Wyrosła z marksizmu, którego ducha
i intencje całkowicie zignorowała, i w rękach
bolszewików stała się narzędziem przymusu polityki
państwowej. W pierwszej fazie, w latach 1917-1934,
propagowana przez entuzjastów w rodzaju M. N.
Pokrowskiego (1868-1932), była zabarwiona silną
domieszką internacjonalizmu. Pokrowski w pełni zgadzał
się z poglądem, że historia to "politycy zwróceni ku przeszłości",
i z zapałem rzucił się do walki z szowinizmem.
"Wielką Rosję zbudowano na
szczątkach narodów nierosyjskich" - pisał. -
"W przeszłości my, Rosjanie,
byliśmy największymi bandytami na świecie". Ale dla
Stalina postulat odrzucenia imperialistycznych tradycji
Rosji brzmiał jak anatema, i po roku 1934, kiedy weszły
w życie jego dekrety na temat nauczania historii,
wcześniejszy kierunek uległ zasadniczej zmianie.
Pokrowski umarł, a większość jego niepokornych
kolegów rozstrzelano. Ich
podręczniki trafiły na indeksy. Zostały zastąpione
jadowitą odmianą wulgarnego marksizmu i krańcowego
rosyjskiego imperializmu, którą przez następne
pięćdziesiąt lat serwowały wszystkie ideologiczne agendy
ZSRR *15.
U podstaw dwóch bliźniaczych elementów komunistycznej
historii leżała zasadnicza sprzeczność. Spajał je w
jedną całość mesjanistyczny dogmat ideologii, której
nikomu nie wolno było otwarcie podważać. Element
pseudomarksistowski zawierał się w słynnym schemacie
pięciu stadiów, przebiegających od prehistorii
do rewolucji 1917 roku. Element rosyjski zasadzał się na
szczególnej misji przypisywanej narodowi rosyjskiemu
jako "starszemu bratu" ludów
Związku Radzieckiego oraz "awangardzie" światowego
proletariatu. Jak przyznawał sam Lenin, Rosja nie była
jeszcze aż tak rozwinięta jak Niemcy czy inne
uprzemysłowione kraje świata. Ale "pierwsze na świecie państwo
socjalistyczne" utworzono po to, aby było komu siać
ziarno światowej rewolucji, trzymać wartę w twierdzy
socjalizmu podczas ostatecznego upadku kapitalizmu, a w
końcu - odziedziczyć ziemię. Tymczasem zaś lepsze
sowieckie metody organizacji społecznej i planowania
gospodarczego miały wkrótce zapewnić szybkie zwycięstwo
nad światem kapitalistycznym. W końcowych rozdziałach
podręczników zawsze
podkreślano, że Związek Radziecki przoduje we wszystkim
- od siły militarnej po stopę życiową ludności,
technikę, ochronę środowiska. Ostateczne zwycięstwo
socjalizmu (jak zawsze nazywano komunizm) uważano za
rzecz naukowo dowiedzioną i nieuchronną.
Mimo wszystkich frazesów na temat
"socjalistycznego intemacjonalizmu"
myśl historyczna Sowietów dochowywała wierności ideom
"eurocentryzmu" oraz - w sposób nieco dwuznaczny
- "zachodniej cywilizacji".
Eurocentryzm znajdował wyraz w wielu europejskich
przykładach, na których opierano wywody
marksizmu-leninizmu, a także w manii uprzemysłowienia w
europejskim stylu. Szczególnie wyraźnie ujawniał się w
nacisku, z jakim mówiono o historycznym przeznaczeniu
Rosjan. Roszczenia sowieckie w tej ostatniej sprawie obrażały
europejskich członków sowieckiego imperium, niepokoiły
towarzyszy ruchu komunistycznego w krajach Trzeciego
Świata i w końcu stały się główną przyczyną rozłamu
między Rosją sowiecką i Chinami. W oczach Chińczyków
stada radzieckich doradców i technologów, którzy
pojawili się w ich kraju w latach pięćdziesiątych,
dawały większy popis arogancji (i złej techniki) niż
którakolwiek wcześniejsza fala "cudzoziemskich diabłów", z jakimi
przyszło im mieć do czynienia. Chińczykom - podobnie jak
Bałtom, Polakom czy Gruzinom - przekonanie Rosjan o
własnej wyższości wydawało się czymś dziwnym. Nawet
jeśli - porównując się z Chinami - mieli oni zwyczaj
myśleć o sobie jako o "ludziach Zachodu", to przecież w
stosunku do większości mieszkańców Europy byli
ewidentnie "ludźmi ze
Wschodu".
Nie ulega wątpliwości, że sowiecki
komunizm ogłosił "Zachód" ideologicznym wrogiem. Nie
przeczył jednak, że jego własne korzenie tkwią w Europie
i że największym marzeniem Lenina było połączyć
rewolucję w Rosji ze spodziewaną rewolucją w Niemczech.
A więc "zachodnia cywilizacja" nie
była czymś do gruntu złym. Co więcej, czołowych
przywódców Zachodu można było łatwo uznać za godnych
podziwu - pod warunkiem, że już nie żyli. Krótko mówiąc,
Zachód zrobił się dekadencki, podczas gdy Wschód - w
rękach zwycięskiego proletariatu - zachował pełnię sił i
zdrowia. Wcześniej czy później kapitalistyczne reżimy
zaczną się chylić ku upadkowi, socjalistyczna ojczyzna
zada im ostateczny cios, granice upadną, a Wschód złączy
się z Zachodem pod sowieckim przywództwem, w
nowym rewolucyjnym braterstwie. O tym marzył Lenin i to
miał na myśli Leonid Breżniew, mówiąc o "naszym wspólnym europejskim domu"
*16 . Tę ideologię
mesjanistycznej misji komunizmu wyeksportowano - w kilku
lokalnych wariantach - do wszystkich krajów znajdujących
się pod sowieckimi wpływami. W aspekcie ściśle
historycznym chodziło o wpojenie ludziom dwóch
podstawowych dogmatów: o pierwszoplanowej roli
"sił
społeczno-ekonomicznych" oraz o łagodnym charakterze
rosyjskiej ekspansji. Ideologia ta bardzo zyskała na
sile po sowieckim zwycięstwie nad Niemcami w latach
1941-1945, i jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych
podawano ją do wierzenia, niczym Ewangelię, milionom
uczniów i studentów w Europie. Pod sam koniec
kariery komunizmu pierwszy
sekretarz KPZR Michaił Gorbaczow przywrócił do życia
slogan o "naszym wspólnym europejskim domu"
*17. Żywo podchwycili go
liczni obcy komentatorzy i przyjęto go z powszechnym
zadowoleniem, ale Gorbaczow nigdy nie zdążył wyjaśnić, o
co mu właściwie chodziło. Był dyktatorem imperium
rozciągającego się od Kaliningradu po Kamczatkę -
półwysep równie odległy i równie europejski jak
sąsiednia Alaska. Czyżby Gorbaczow marzył o Wielkiej
Europie, obejmującej swoim zasięgiem cały
świat?
Druga z rywalizujących ze sobą wersji
historii, faszystowska, zaczęła się później i krócej
utrzymała się przy życiu. W pewnym stopniu była reakcją
na komunizm, i w rękach faszystów stała się jednym z
narzędzi Nowego Ładu. W pierwszej fazie w latach
1922-1934 - zarówno w Niemczech, jak i we
Włoszech nieco pachniała socjalizmem, ale dominował
wariant włoski z marzeniem Mussoliniego o restauracji
cesarstwa rzymskiego. Po roku 1934, kiedy Hitler zaczął
przebudowę Niemiec, wcześniejszy kierunek uległ nagłej
zmianie. Narodowy socjalizm
został oczyszczony z elementu socjalistycznego. Rolę
przewodnią przejął niemiecki wariant faszyzmu i na plan
pierwszy wysunęły się teorie jawnie rasistowskie. W
rezultacie pojawiła się jadowita odmiana rasizmu i
niemieckiego imperializmu, którą przez cały czas
istnienia faszystowskiej Rzeszy serwowały wszystkie
ideologiczne agendy Niemiec.
Mimo nienawiści między sowiecką
Rosją i faszystowskimi Niemcami ideologia faszystowska
nie różniła się aż tak bardzo od ideologii
stalinowskiej. Element rasistowski zasadzał się na tezie
o szczególnej misji, powierzonej rzekomo narodowi
niemieckiemu jako najżywotniejszemu i najzdrowszemu
odłamowi rasy aryjskiej. Element imperialistyczny
natomiast oparto na zbrodniczym " Diktat" z Wersalu i na
rzekomym prawie Niemiec do odzyskania
czołowej pozycji. Połączenie obu stworzyło podwaliny
programu, który zakładał, że władza faszystów rozszerzy
się na Europę, a ostatecznie - poza jej granice. Między
faszyzmem niemieckim a ideologiami faszystowskimi w
innych częściach Europy
istniały poważne sprzeczności; dotyczyło to głównie
Włoch, ponieważ w nacjonalizmie włoskim zawsze
pobrzmiewały silne antyniemieckie tony. Ale ferment nie
zdążył dojrzeć.
Faszystowska myśl historyczna
zawierała w sobie najbardziej skrajne wersje pojęć
"eurocentryzmu" i "zachodniej
cywilizacji". "Rasę panów" utożsamiano z
europejskimi Aryjczykami - niezależnie od tego, jaką
część świata zamieszkiwali. To były jedyne prawdziwie
ludzkie istoty, i im przypisywano wszystkie
najwspanialsze osiągnięcia przeszłości. Wszystkich
nie-Aryjczyków (nie-białych i nie-Europejczyków)
zaklasyfikowano jako gatunki niższe genetycznie i
uszeregowano na coraz niższych szczeblach drabiny
Untermenschen, czyli
"podludzi". Podobną hierarchię
biologicznych zasług ustalono w obrębie samej Europy, a
wysoki, szczupły i jasnowłosy typ nordycki - wysoki jak
Goebbels, szczupły jak Goring i jasnowłosy jak Hitler -
uchodził za lepszy od wszystkich pozostałych. Słowian ze
Wschodu (Polaków, Rosjan, Serbów itd.), których błędnie
zaklasyfikowano jako podrasę, oficjalnie uznano za rasę
niższą w porównaniu z wyższą rasą germańskich ludów
Zachodu i traktowano na równi z wszystkimi niearyjskimi
gatunkami podludzi. Najniższą kategorię mieszkańców
Europy stanowiły narody
pochodzenia nieeuropejskiego - głównie Cyganie i Żydzi -
których obwiniano o całe zło w dziejach Europy i którym
odmawiano prawa do życia.
Strategia faszystów opierała się w
znacznej mierze na tego rodzaju absurdalnych tezach, w
których podział na "Zachód" i "Wschód" wysuwał się na pierwszy
plan. Poza usunięciem opornych rząd Hitlera nie miał
szczególnych planów w stosunku do Europy Zachodniej, a
sam czuł się jej czołowym zawodnikiem. Pogardzał
Francuzami, którzy w znacznej mierze zarzucili dawne
tradycje Franków i których należało jakoś wyleczyć z
historycznej nienawiści do Niemiec. Nie lubił Włochów i
ich powiązań z Rzymem i nie uważał ich za godnych
zaufania partnerów. Szanował Hiszpanów, którzy niegdyś
uratowali Europę przed czarnymi, i zdziwieniem napawała go niechęć
generała Franco do współpracy. Podziwiał "Anglosasów", z wyjątkiem niektórych
zdegenerowanych jednostek, i martwiła go ich
nieustępliwa wrogość. W jego kategoriach rozumowania ich
zachowanie można było wyjaśnić tylko postawą innego
germańskiego narodu, który szykował się do rywalizacji o
tytuł rasy panów. Nie chciał od nich niczego poza tym,
żeby go zostawili w spokoju.
Wszystkie najbardziej radykalne
ambicje faszystów były skierowane przeciwko Wschodowi.
Mein Kampf jednoznacznie definiował Europę
Wschodnią jako Lebensraum
dla Niemców - ich przyszłe
"miejsce do życia". Europę
Wschodnią zamieszkiwały niższe gatunki Słowian i Żydów i
dla poprawy genów konieczna była masowa kolonizacja
niemiecka. "Elementy chore" trzeba było usunąć chirurgicznie, czyli
wymordować. Europa Wschodnia była także strefą
sowieckiej władzy i należało zniszczyć "gniazdo żydowskiego bolszewizmu".
Kiedy faszyści rozpoczęli inwazję w Europie Wschodniej -
napadając najpierw na Polskę, potem na ZSRR - mieli
poczucie, że rozpoczynają "krucjatę". I wyraźnie to mówili. Ze
swoich podręczników do historii dowiedzieli się, że idą
w chwalebne ślady Henryka I, zakonu krzyżackiego i
Fryderyka Wielkiego. Twierdzili, że zmierzają wprost ku
ostatecznemu uwieńczeniu "tysiąclecia
dziejów".
W odróżnieniu od komunizmu, faszyzm
nie miał aż siedemdziesięciu pięciu lat na wypracowanie
swych teorii i wypróbowanie ich w praktyce. Połączone
wysiłki sąsiadów doprowadziły do jego zagłady, zanim
skonsolidowała się Wielka Rzesza. Nigdy nie wszedł w
stadium, w którym musiałby określić własne stanowisko
wobec innych kontynentów. Ale gdyby Sowieci ulegli - co
niemal nastąpiło w latach 1941-1942 - faszyzm stałby się
siłą napędową ogromnej eurazjatyckiej potęgi i musiałby
stanąć przed koniecznością przygotowania się do
światowej konfrontacji z konkurencyjnymi ośrodkami
władzy w USA i Japonii. Konflikt byłby nie do
uniknięcia. Rzeczywisty przebieg wydarzeń sprawił, że
faszyzm nie przekroczył granic Europy. Hitlerowi nie
dano oka zji do działania poza granicami
świata zamieszkanego przez jego aryjskich
współplemieńców. Zarówno w roli teoretyka, jak i
politycznego przywódcy, do końca pozostał
Europejczykiem.
Mimo że był czas, kiedy królestwo
faszyzmu rozciągało się od Atlantyku po Wołgę,
faszystowska wersja historii tylko przez bardzo krótki
okres mogła się cieszyć swobodą działania. W samych
Niemczech jej kariera trwała zaledwie dwanaście lat -
niewiele więcej niż szkolna edukacja jednego ucznia.
Poza granicami Niemiec rozsiewała swoje zatrute ziarno przez krótkie
miesiące lub nawet tylko tygodnie. Jej wpływy były
potężne, ale i niezwykle ulotne. Kiedy w latach
1944-1945 poniosła sromotną klęskę, pozostała później
ziejąca pustka, którą mogła wypełnić tylko myśl
historyczna zwycięskich mocarstw. W Europie Wschodniej,
którą w latach 1944-1945 okupowała armia sowiecka, bez
żadnych ceregieli wprowadzono wersję sowiecką. Natomiast
wyzwolona przez wojska brytyjskie i amerykańskie Europa
Zachodnia była otwarta na przyjęcie "alianckiego
schematu historii".
Aliancki schemat historii
Na dzisiejszy obraz Europy silny
wpływ wywarły doświadczenia i emocje dwóch wojen
światowych oraz zwycięstwo "Wielkiego Przymierza". Dzięki
kolejnym triumfom w latach 1918 i 1945, a następnie pod
koniec zimnej wojny, w roku 1989, zachodnie mocarstwa
mogły zacząć propagować na całym świecie własną
interpretację dziejów. Szczególnie skutecznie odbywało
się to w Niemczech, gdzie poczucie winy w połączeniu z
reedukacją prowadzoną pod auspicjami aliantów znacznie poprawiło
odbiór.
System hierarchii ważności i
założeń zbudowany na gruncie postaw alianckich z okresu
wojny występuje bardzo powszechnie w opracowaniach
dotyczących XX wieku; czasem rzutuje się go wstecz, z
odniesieniem do wcześniejszych okresów historii. Można
by go skrótowo przedstawić w formie następującej listy
elementów:
- Wiara w szczególną świecką
odmianę zachodniej cywilizacji, w której
"wspólnota atlantycka" stanowi
szczyt postępu w rozwoju ludzkości. Anglosaska
demokracja, praworządność ukształtowana przez tradycję
Wielkiej Karty Swobód (Magna Charta Libertatum)
oraz kapitalistyczna gospodarka
wolnorynkowa są uznawane za najwyższe formy
Dobra.
- Ideologia "antyfaszystowska", w myśl której
druga wojna światowa (1939-1945) postrzegana jest
jako "wojna z faszyzmem" i jako
podstawowy przejaw triumfu Dobra nad Złem. Opozycja
wobec faszyzmu oraz zadane przez niego cierpienie są
najwyższą miarą zasług. Przeciwnicy i ofiary faszystów
zasługują na najwyższy podziw i
współczucie.
- Demonologiczna fascynacja Niemcami -
dwukrotnie pokonanym wrogiem. Niemcy zasługują na
potępienie jako główna przyczyna zarówno złośliwej
odmiany imperializmu, który doprowadził do wybuchu
pierwszej wojny światowej, jak i jadowitej odmiany
faszyzmu, która spowodowała wybuch drugiej.
Jednostki i narody, które walczyły po stronie Niemiec,
noszą na sobie piętno "kolaboracji". (Notabene
kultury niemieckiej nie wolno mylić z niemiecką
polityką).
- Pobłażliwe, uromantycznione
spojrzenie na imperium carskie i Związek Radziecki,
strategicznego sprzymierzeńca na Wschodzie, powszechnie
zwanego "Rosją". Oczywistych wad Rosji
absolutnie nie wolno porównywać z wadami wroga. Albowiem
Rosja systematycznie zmierza ku zbliżeniu z Zachodem.
Wielkie zasługi Rosji jako partnera w "
antyfaszystowskim" przymierzu,
którego ogromna ofiara rzuciła faszyzm na kolana,
przeważają nad wszystkimi negatywnymi aspektami jej
dziejów.
- Milczące przyjmowanie podziału
Europy na sfery zachodnią i wschodnią. Podczas gdy
"wartości atlantyckie" mają prawo
zachować przewagę na bardziej postępowym Zachodzie,
zrozumiałe dążenie Rosji do bezpieczeństwa
usprawiedliwia jej dominację nad zacofanym Wschodem.
Jest rzeczą naturalną, że mocarstwa Zachodu bronią się
przed groźbą dalszej rosyjskiej ekspansji, ale nie powinny one
ingerować w sferę legalnych wpływów Rosji.
- Rozmyślne pomijanie wszelkich
faktów, które nie potwierdzają wiarygodności
powyższego.
Aliancki schemat historii wyłonił
się w sposób naturalny z polityki i sympatii okresów obu
wojen światowych i nigdy nie doczekał się świadomych czy
precyzyjnych sformułowań. Nigdy nie zdołał wywalczyć
sobie monopolu wśród zamętu i zgiełku wolnych
społeczeństw, nigdy go też w sposób systematyczny nie
atakowano. Mimo to w pół wieku po zakończeniu
drugiej wojny światowej wciąż
jeszcze pozostawał wszechobecny w akademickich
dyskusjach oraz - być może nieświadomie - w strukturze
ram pojęciowych, które leżą u podstaw decyzji
politycznych rządów. Stanowił naturalną pozostałość
dawnego stanu rzeczy, kiedy to żołnierza alianckiego można
było formalnie aresztować za oświadczenie, że Hitler i
Stalin "są tak samo źli" *18.
W dziedzinie nauki schemat aliancki
uwidacznia się w hierarchii i strukturze
instytucjonalnej oraz w debatach dotyczących
poszczególnych kwestii. Przyczynił się do zasadniczej
przewagi problemu samego hitleryzmu oraz tematyki
związanej z hitleryzmem w badaniach z zakresu historii i
politologii, jak również do wybitnej pozycji, jaką
zajmują studia nad historią Niemiec - zwłaszcza w
USA. Pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego
badania naukowe poświęcone sprawom dotyczącym Europy
Wschodniej prowadzi się w ramach osobnych instytutów
"sowietologicznych" i "slawistycznych" oraz dlaczego
profesjonalni sowietolodzy z taką niechęcią odnoszą się
do ujawniania realiów życia ZSRR. Aliancki schemat
historii ponosi też częściowo odpowiedzialność za
nadmierne eksponowanie elementu rosyjskiego w badaniach
z dziedziny sowietologii i slawistyki, co często
prowadziło wręcz do całkowitego wyłączenia kultur
nierosyjskich. Jego odbicie
widać jednak przede wszystkim w założeniach i
złudzeniach, które narosły wokół poglądów na temat
drugiej wojny światowej. W pół wieku po jej zakończeniu
wciąż jeszcze spycha się na dalszy plan lub dyskredytuje
większość epizodów zadających kłam mitowi
aliantów.
Wiele stereotypów z czasów wojny
zdołało utrzymać się przy życiu - zwłaszcza jeśli
dotyczą Europy Wschodniej. Można zaobserwować wyraźną
hierarchię różnych sposobów percepcji, które kształtują
się w zależności od stopnia podległości poszczególnych
nacji interesom alianckim. Na przykład Czesi i Serbowie
- którzy mieli za sobą długą tradycję współpracy z Rosją
i wrogości w stosunku do Niemiec - dobrze pasowali do
tego schematu. Można ich więc było obwołać narodami
"mężnymi", "przyjacielskimi"
i "demokratycznymi". Natomiast
Słowacy, Chorwaci i narody bałtyckie, o których sądzono,
że odrzucili przyjaźń Zachodu lub że kolaborowali z
wrogiem, nie zasługiwali na podobne komplementy. Polacy,
jak zwykle, nie pasowali do niczyjego schematu.
Stawiając opór niemieckiej agresji, oczywiście
prowadzili zagorzałą walkę o demokrację. Stawiając opór
sowieckiej agresji, oczywiście zasłużyli sobie na miano
narodu "zdradzieckiego", "faszystowskiego",
"nieodpowiedzialnego" i "antydemokratycznego". Ukraińcy także nie poddawali
się żadnym klasyfikacjom. Wprawdzie najprawdopodobniej
ponieśli największe spośród wszystkich narodów Europy
straty ludności cywilnej, ale ich głównym celem było
wymknięcie się spod sowieckiego i rosyjskiego panowania.
Najlepszą rzeczą, jaką można
było zrobić z tak kłopotliwym narodem, to uznać, że ten
naród nie istnieje, i przyjąć dawną carską fikcję o
"Małorusinach". W gruncie
rzeczy jednak, Ukraińcy nie byli ani "mało", ani
"Rusinami".
W sferze politycznej aliancki
schemat historii stał się kamieniem
węgielnym rzekomych "szczególnych stosunków" między
Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią, a także powodem
do wykluczenia demokratycznych Niemiec i demokratycznej
Japonii z takich agend jak na przykład Rada
Bezpieczeństwa ONZ. Ujawnił się z całą wyrazistością,
kiedy brytyjski premier skarcił prezydenta Francji z
powodu względnych zalet Wielkiej Karty Swobód i Karty
Praw Człowieka oraz gdy perspektywę europejskiego
"superpaństwa" odsądzano od
czci i wiary w tonie przywodzącym na pamięć Pitta i
Churchilla. Legł u podstaw głosowania w brytyjskiej
Izbie Gmin za ustawą o przestępstwach wojennych, która
ogranicza owe przestępstwa do zbrodni "popełnionych w Niemczech lub na
terenach będących pod kontrolą Niemiec" - tak jakby
żadne inne zbrodnie wojenne już się nie liczyły. Można
by też twierdzić, że dał o sobie znać w Waszyngtonie,
gdy otwierano tam Narodowe Muzeum Pamięci
Holocaustu.
Wpływy alianckiego schematu
historii uwidoczniły się jednak najsilniej w reak
cjach na
upadek komunizmu w 1989 roku. Wybuch "Gorbymanii", nacisk, z jakim
podkreślano integralność sprzymierzeńców z czasów wojny
(najpierw ZSRR, a potem Jugosławii), oraz świadome
pomieszanie patriotyzmu z nacjonalizmem w Europie
Wschodniej można wytłumaczyć tylko w kategoriach
wcześniej ustalonych historycznych odruchów. Dopiero w
wyniku powolnego procesu przystosowawczego opinia
publiczna Zachodu pojęła, że "Rosja" to nie to
samo co "Związek Radziecki", że
Gorbaczow stał na czele głęboko znienawidzonego reżimu,
że Federacja Jugosławii była organizacją frontu
komunistycznego, że najskrajniejszą formą nacjonalizmu
odznaczali się komunistyczni przywódcy Serbii oraz że
Litwa, Słowenia, Ukraina i Chorwacja są odrębnymi
narodami Europy i wobec tego mają prawo dążyć do własnej
państwowości. A skoro się okazało, że "Zachód" był wprowadzany w błąd w
tak wielu sprawach o podstawowym znaczeniu, oczywiście
nasiliły się też żądania rewizji historii
Europy.
Eurohistoria
Bodźcem do powstania w Europie
Zachodniej po 1945 roku ruchów nawołujących do jedności
europejskiej był idealizm o istotnym wymiarze
historycznym. Jego celem było usunięcie zamętu
supernacjonalistycznych postaw, które stanowiły pożywkę
przeszłych konfliktów. Każda wspólnota potrzebuje
zarówn o poczucia obecnej tożsamości, jak i
poczucia wspólnej przeszłości. Rewizja historii była
więc wymogiem w pełni zrozumiałym. W pierwszym stadium
starano się wykorzenić dezinformację i nieporozumienia,
których nie brakowało we wszystkich krajach Europy.
Stadium drugie polegało na
wypracowaniu zgody co do treści nowej
"eurohistorii".
Forum dla większości wcześniejszych
dyskusji stworzyła Rada Europy. Organizację tę popierały
rządy dwudziestu czterech państw Europy Zachodniej;
nigdy nie ograniczały jej hor yzonty polityczne ani
Europejskiej Rady Ekonomicznej, ani NATO; w dziedzinie kultury
zaś zyskała sobie poparcie czterech państw
nieczłonkowskich należących do bloku sowieckiego:
Polski, Czechosłowacji, Węgier i ZSRR. Jej wpływy
sięgały od Kremla po Watykan. Od czasu pierwszego
kolokwium, które odbyło się w 1953 roku w niemieckiej
miejscowości Calw pod hasłem "Idea Europy w nauczaniu historii",
przez kolejne czterdzieści lat Rada organizowała
rokrocznie przynajmniej jedno międzynarodowe spotkanie
zakrojone na szeroką skalę i poświęcone zagadnieniom
historii. Podczas sympozjum pod tytułem "Nauczanie historii", które odbyło
się w Elsinorze w 1965, podobnie jak w czasie seminarium
"Epoka wikingów" w roku
1986, podkreślano zarówno potrzebę poruszania szeroko
zakrojonych tematów, jak i rozszerzania ich
geograficznego i chronologicznego
zasięgu.
Poza dydaktyką i problematyką
związaną z wprowadzaniem do nauczania szkolnego
"nowej historii", opartej na
wyrabianiu określonych sprawności, główny nacisk
kładziono na uwalnianie europejskich programów nauczania
od nacjonalistycznych wypaczeń oraz uprzedzeń
religijnych. Szczególną uwagę zwracano na
niedociągnięcia podręczników pisanych z pozycji
narodowej historiografii. Ustanowiono wiele komisji
dwustronnych, których zadaniem było przebadanie grzechów
uczynku i zaniedbania, jakie popełniali wszyscy
europejscy autorzy, przedstawiając przeszłość własną i
swoich sąsiadów. Rolę pionierską odegrał w tej sferze
działania Instytut Georga Eckerta, założony w
zachodnioniemieckim Brunszwiku, prowadzący
międzynarodowe badania nad
podręcznikami.
Przeszkód na drodze do osiągnięcia
zgody w kwestii historii Europy było jednak bez liku.
Jeden z odłamów, idąc za gaullistowską koncepcją
Europe despatries, byłby skłonny zadowolić się
amalgamatem historii poszczególnych narodów,
oczyszczonych ze wszystkiego, co obraźliwe. Inni
chcieliby stopić elementy narodowe w jakąś bardziej
jednolitą całość. Poważną przeszkodę stanowiły
zmieniające się realia polityczne oraz wciąż
poszerzający się skład Wspólnoty
(Zachodnio)Europejskiej. Czym innym była wizja historii,
godzącej ze sobą historyczne sposoby widzenia
reprezentowane przez początkową Szóstkę, czym innym zaś
zadanie właściwego odczytania uczuć Dwunastki,
Dziewiętnastki czy może nawet Trzydziestkiósemki. W latach
dziewięćdziesiątych pojęcia jedności europejskiej nie
można już było ograniczać do Europy Zachodniej.
"Współczesne programy
nauczania historii będą musiały zarzucić dawny
dwuogniskowy pogląd na Europę i zamiast niego przyjąć
jakąś wszechogarniającą wspólną koncepcję" *19.
Tymczasem śmiałków nic nie zniechęcało do podejmowania
prób nowej syntezy.
Jeden z projektów, który uzyskał
finansowe poparcie Komisji Europejskiej w Brukseli (choć
nie został podjęty z jej inicjatywy), powstał przed
politycznym potopem z lat 1989-1991. Nazywał się
"Trudne ćwiczenie w zrozumieniu" i
miał być realizowany w trzech stadiach: najpierw
500-stronicowe opracowanie historii Europy, potem
10-odcinkowy serial telewizyjny i wreszcie podręcznik
szkolny, wydany jednocześnie we wszystkich ośmiu
językach Wspólnoty Europejskiej. Autorzy projektu mówili
zupełnie otwarcie o "zamierzeniu politycznym": celem
przedsięwzięcia było napisanie historii, która mogłaby
zająć miejsce historii pisanych według wymogów etosu
niepodległego państwa etnicznego:
-
Nacjonalizm oraz podział Europy
na państwa narodowościowe to zjawiska stosunkowo nowe:
mogą się okazać przejściowe, a z pewnością nie są
nieodwracalne. Upadkowi imperiów i zniszczeniom
dokonywanym przez nacjonalizm towarzyszyła klęska
totalitaryzmu i zwycięstwo liberalnej demokracji w
Europie Zachodniej, które dopełniło się w latach
1974-1975. To zaś sprawiło, że ludzie mogli zacząć
myśleć o tym, aby się wznieść ponad swoje
nacjonalistyczne instynkty *20
.
"Nacjonalistyczne instynkty" to zwrot dość
niefortunny. Ale główny autor, który wcześniej pisał
zarówno o wczesnych okresach chrześcijaństwa, jak i o
L'idée de l 'Europe dans
l'histoire (1965), był przekonany o
fundamentalnej europejskiej "jedności w
różnorodności": "Istnieją rzetelne historyczne
powody po temu, aby uważać Europę nie tylko za mozaikę
kultur, ale także za jedną organiczną
całość".
Dość niefortunnie wybrano moment na
to przedsięwzięcie, ponieważ produkt trafił na rynek w
chwili, gdy ramy geograficzne, do których się
odwoływano, właśnie się rozpadły. "Europę" zdefiniowano jako obszar
państw członkowskich Wspólnoty Europejskiej, do których
dorzucono Skandynawię, Austrię i Szwajcarię. Podano też
do wiadomości, że status Finlandii, Polski, Węgier i
Czech jest niejasny. Oto kolejne ćwiczenie z zachodniej
cywilizacji. Nie wszyscy krytycy okazali się
wyrozumiali. Jeden z recenzentów uznał, że moralny ton
całości "pobrzmiewa echem (...)
historiografii bloku sowieckiego". W innym miejscu
podejście reprezentowane przez autorów
skomentowano w tytule recenzji:Półprawdy
o połowie Europy *21.
Oburzeni byli zwłaszcza Grecy. Mimo
że Grecja jest państwem członkowskim Wspólnoty
Europejskiej od 1981 roku, Duroselle pominął większość
wkładu starożytnej Grecji i Bizancjum w dzieje Europy.
Komisja Europejska otrzymała listy protestacyjne od
kilku greckich członków Parlamentu Europejskiego, od
arcybiskupa Aten oraz od innych osobistości. Tekst
porównano do Szatańskich
wersetów *22 . Zwracano uwagę na zdanie historyka
francuskiego Ernesta Renana, który pisał: "L'Europe
est grecque par la pensee et l'art, romaine par le
droit, et judéo-chrétienne par la religion "
(Europa jest grecka, jeśli chodzi o myśl filozoficzną i
sztukę, rzymska, jeśli mowa o prawie, i
judeochrześcijańska pod względem religii). Pewien
brytyjski korespondent przywołał grecką etymologię słów
Europa i
historia. Skoro ma się pomijać wkład
Grecji, pytał, jak właściwie ma brzmieć tytuł tej
książki? Ostatecznie Komisja Europejska uznała, że
powinna się odciąć od całego projektu *23.
Najbardziej wymowny komentarz
znalazł się wśród uwag wysuwanych przez członków
Akademii Ateńskiej. Dotyczył on proponowanej przez
Duroselle'a koncepcji "europejskiej historii Europy".
Jeśli opracowanie adresowane przede wszystkim do
czytelników z Europy Zachodniej ma być zaklasyfikowane
jako "europejskie", to wynika z
tego, że reszta Europy jest w jakimś sensie
nieeuropejska. "Skoro 'niezachodni' ma znaczyć
tyle, co 'nieeuropejski'; 'Europa' równa się 'Zachód' w
myśl tej wielce zawiłej geografii" *24 . Europa
Wschodnia - czy to Europa bizantyjska, Europa
prawosławna, Europa słowiańska, Europa osmańska, Europa
bałkańska czy wreszcie Europa sowiecka - miała raz na
zawsze pozostać poza nawiasem. Oto podstawowy błąd,
który kazał panu Duroselle mówić o "starożytnych ludach Europy", nie
wspominając przy tym ani o Grekach, ani o Słowianach.
Podejmowane przez niego próby obrony nie zawsze robiły
wrażenie szczerych. Gdy mu zarzucono, że w jego książce
nie wspomina się o bitwie pod Maratonem, miał podobno
wyjawić fakt, iż nie wspomina się tam także o bitwie pod
Verdun - oczywisty dowód na to, że jest to książka
równie słaba, jeśli chodzi o historię Europy Zachodniej,
jak i o historię Europy w ogóle.
Stanowiący część całego planu
podręcznik, napisany przez dwunastu historyków z
dwunastu krajów, ukazał się w 1992 roku. Tekst
zatwierdzono w wyniku ogólnej dyskusji. Francuski opis
"najazdów barbarzyńców" zmieniono na
"najazdy plemion germańskich". Usunięto epitet
"pirat" nadany Sir Francisowi Drake'owi przez autora
hiszpańskiego. Wśród umieszczonych na okładce portretów
na miejscu portretu generała de Gaulle'a widniał portret
królowej Wiktorii. Z jakiegoś powodu Podręcznik historii Europy nie
znalazł brytyjskiego wydawcy; uznano też, że
zapewne nie przejdzie surowej weryfikacji i nie
uzyska autoryzacji we wszystkich szesnastu niemieckich
Länder.
Z założenia eurohistoria nie była
jednak przedsięwzięciem niepoważnym. Jej mocną stroną
było poszukiwanie dynamicznej wizji takiej europejskiej
wspólnoty, która umiałaby stworzyć swoją własną mistykę.
We wstępnym kształcie wizja ta z konieczności nie mogła
się w pełni rozwinąć. Swoich początków szukała przecież
w środku zimnej wojny. Zdołała jednak, być może,
uchwycić pewną podstawową prawdę: że nie
podległe państwa etniczne nie są
jedyną możliwą formą w łonie zdrowej wspólnoty
politycznej. Państwa etniczne są same w sobie
"wyimaginowanymi
wspólnotami": zbudowane są na podstawie potężnych mitów
i historii pisanych na nowo z perspektywy
polityki:
-
Wszelkie społeczności większe od
prymitywnych wiosek, gdzie wszyscy mieszkańcy mogą się
ze sobą kontaktować twarzą w twarz (a może nawet i
one), są tworami wyobraźni (...)
członkowie nawet najmniejszego z narodów nigdy
nie będą znać wszystkich
pozostałyc h (...) a jednak w umyśle każdego
z nich żywy jest obraz ich wspólnoty" *25.
Europejczykom
potrzebny jest ten właśnie rodzaj wyobraźni. Wcześniej
czy później musi powstać jakiś nowy przekonywający obraz
przeszłości Europy, który będzie mógł towarzyszyć nowym
aspiracjom Europy na przyszłość.
Ruch
zjednoczeniowy z lat dziewięćdziesiątych może się
zakończyć sukcesem albo klęską. Jeśli przyniesie sukces,
będzie to w dużej mierze zasługa historyków, którzy
pomogą Europie stworzyć poczucie własnej wspólnoty.
Pomogą zbudować duchowy dom dla tych milionów
Europejczyków, których wielorakie tożsamości i
wielorakie lojalności już dziś wykraczaj ą poza
istniejące granice.
Historia europejska
Wielu zawodowych historyków nie
umie jasno odpowiedzieć na pytanie, jak należałoby
zdefiniować "historię europejską". Zazwyczaj nie
zajmują się takimi sprawami. Jednak - jeśli ich
przyprzeć do muru - wielu byłoby skłonnych przeciwstawić
pewność dawniejszych założeń niepewnościom
teraźniejszości. W 1986 roku jedno z czasopism
poświęconych historii przeprowadziło ankietę, która
przyniosła pouczające wyniki. Pewien wybitny uczony
napisał:
-
Kiedy w latach trzydziestych jako
chłopiec mieszkałem we Francji, odpowiedź na pytanie
(...) "Co to jest historia europejska?"
wydawała się jasna i prosta (...) każde miejsce, każde
wydarzenie i każda postać, która ma coś wspólnego z
Francją, jest częścią Europejskiej Historii (ba,
Historii tout
court) (...) [Dziś jednak] nie ma
jednej europejskiej historii, a raczej jest ich wiele
*26.
Inny z respondentów wystąpił z
kazaniem na temat tradycyjnego prowincjonalizmu Europy i
potrzeby rozszerzania horyzontów:
-
Pojęcie
Historii Europejskiej, czyli w gruncie rzeczy Historii
Europy, obejmowało tylko historię oglądaną oczyma
Europy i przez pryzmat europejskiej wizji Historii
(...) Tego rodzaju podejścia nie da się już dziś
obronić *27 .
Można z tego wywnioskować, że
eurocentryczne postawy nierozważnych poprzedników autora
tej wypowiedzi postawiły pod znakiem zapytania wartość
samego przedmiotu.
Respondentka z Węgier wskazała na
ekscentryczny brytyjski zwyczaj odróżniania
"historii europejskiej" od "historii brytyjskiej" *28 . W
wyniku tego rozróżnienia "europejski" znaczy tyle
co "kontynentalny", a część brytyjska
nabiera znamion czegoś jedynego w swoim
rodzaju.
Jeszcze inny z respondentów
zaproponował analizę trzech odrębnych definicji pojęcia
"historia europejska". Wymienił
"historię geograficzną",
"kulturową, czyli
cywilizacyjną" oraz ostatnią kategorię, którą opisał
jako "dogodny skrót na określenie centralnej strefy
kapitalistycznej gospodarki światowej w formie, w jakiej
rozwijała się ona od XVI wieku" *29.
W oksfordzkim
Magdalen College było się przyzwyczajonym do bardziej
zjadliwych opinii. Pan A. J. P. Taylor przygotował na
potrzeby autorów ankiety próbkę jedyną w swoim
rodzaju:
-
Historia europejska jest taka,
jaką chce ją mieć historyk. Jest streszczeniem
wydarzeń i idei - politycznych, religijnych,
militarnych, pokojowych, poważnych, romantycznych,
leżących na wyciągnięcie ręki, bardzo odległych,
tragicznych, komicznych, znaczących, pozbawionych
znaczenia, a także całej reszty, jaką historyk zechce
w niej umieścić. Istnieje jeden jedyny czynnik, który
ją ogranicza. Otóż musi się ona toczyć na obszarze lub
też wywodzić się z obszaru, który nazywamy Europą. Ale
ponieważ nie jestem pewien, co właściwie uważa się za
ten obszar, mam również dość mętny obraz całej reszty
*30.
Jak zawsze, mój
były nauczyciel miał rację przynajmniej w połowie,
zabawny zaś okazał się w stu procentach. Mimo to
dołączył do grona tych, którzy sugerują, że historia
europejska - nawet jeśli istnieje - nie jest
przedmiotem, którym byłoby warto zawracać sobie
głowę.
Summa summarum, okazuje się, że uczone definicje
przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Z europejską
historią jest jak z wielbłądem: zamiast próbować go
zdefiniować, praktyczniej jest go
opisać.
-
-
1. A. J. P. Taylor, English History, 1914-45,
Oksford 1965.
-
2. Hugh Gaitskell, wystąpienie w
Izbie Gmin z 1962 roku, cyt. w: Keith Robbins,
National Identity and History:
Past, Present
and Future, "History" 75/245, październik
1990, s. 369-387. Przemawiając w 1992 roku w Izbie
Lordów, lord Tebbitt naprawił gafę Gaitskella, mówiąc
o "tysiącleciu dziejów
parlamentaryzmu brytyjskiego"; cyt. przez prof. Davida
Cannadine podczas Anglo-amerykańskiej Konferencji
Historyków w Londynie 30 czerwca 1994
roku.
-
3. Jonathan Israel, History in the Making,
"Independent" z 28 grudnia 1992.
-
4. David Cannadine, British History: Past, Present
and Future, "Past and Present", nr 116 z sierpnia
1987. Opinie przeciwników opublikowano w numerze 119 z
maja 1989.
-
5. Informacja dotyczy roku 1992.
W roku akademickim 1993/1994 Podyplomowa Szkoła Języka
i Literatury Angielskiej w Oksfordzie oferowała
słuchaczom dwa alternatywne kursy, z których jeden
nosił tytuł "Specjalizacyjny kurs języka
angielskiego i wczesnej literatury angielskiej". Od
wszystkich kandydatów do egzaminu na stopień BA
(Bachelor of Arts) i do egzaminu wstępnego z języka
angielskiego nadal wymagano pisemnych prac z
"Literatury staroangielskiej" i "Przekładu ze staroangielskiego".
Patrz University of Oxford Examination
Decrees and Regulalions, Oksford 1993, s. 31-33,
71-72, 177-187. "Egzamin w Szkole Historii
Współczesnej musi zawsze obejmować: l) Historię Anglii
(...); 2) Historię powszechną jakiegoś okresu (...);
3) jakiś szczegółowy wybrany temat z historii". Wymóg
znajomości pozycji znajdujących się na liście
obowiązkowych lektur nieangielskich zarzucono.
Ibid., s. 49, 257 i
nn.
-
6. Tadeusz Korzon, Historya
nowożytna, t. l do 1648 roku, Kraków 1889,
s. 1-2.
-
7. Książka Korzona miała być
początkiem serii obejmującej cztery okresy historii
nowożytnej: l. Odrodzenie, II. Reformację (1517-1648),
III. Równowagę sił (1648-1789) i IV. Rewolucję
(1789-1815). Według oceny autora, Historya najnowsza
następowała po historii
nowożytnej po roku 1815. Po tym okresie praca
historyka polegać miała tylko na gromadzeniu materiału
do późniejszych analiz (s. 2-4).
-
8. Specjalne uznanie w tej
dziedzinie należy się Instytutowi Eckerta w
Brunszwiku, który zajął się wprowadzaniem w życie
dążeń UNESCO do wznowienia przedwojennych planów
zmierzających do usunięcia z programów nauczania
historii nacjonalistycznych tendencji. Patrz: Georg Eckert Institute for
International Textbook Research: Tasks and
Perspectives, Brunszwik 1947.
-
9. Np.
oksfordzki program dla kandydatów do egzaminu na OCE
(General Certificate of
Education) z roku 1992 wymagał odpowiedzi na dwa z
listy siedmiu tematów "ogólnych" i siedmiu tematów
"szczegółowych". Tematy ogólne obejmują okresy od 1066
do 1273,od 1603 do 1715 lub od 1895 do 1964 i są
podzielone na dwie grupy: "Historia Wielkiej Brytanii"
i "Historia powszechna" (czyli w istocie na "Historię
Anglii" i "Historię Europy Zachodniej wraz z Rosją").
W każdej sekcji podano "tematy wyznaczone" np.
"powstania chłopskie" czy "wojna trzydziestoletnia".
Tematy szczegółowe obejmują takie zagadnienia jak Rząd
w Anglii we wczesnej epoce Tudorów, 1509-53" czy
"Faszyzm w Trzeciej Rzeszy, 1919-45". Patrz General Certificate of Education
1992: Regulations and Syllabuses, Oksford 1990, s.
49-72.
-
10. Elie
Halévy, L'Histoire du peuple
anglais au XIX siécle (1913-26); Denis Mack Smith,
Italy: A Modern History
(1959), Hugh Keamey, The
British Isles: a history of four nations
(1989).
-
11.
Christopher Dawson, The Making
of Europe, Londyn 1932. Patrz także C. Scott, A Historian and His World: A Life
of Christopher Dawson, 1889-1970, Londyn
1984.
-
12. Richard
Coudenhouve-Kalergi, Pan-Europa, Wiedeń 1924, Nowy
Jork 1926; Pierre Renouvin, L'Idée de fédération européenne
dans la pensée politique du XIX siécle, Oksford
1949; Salvador de Madariaga, L'Esprit de l'Europe,
Bruksela 1952; Albrecht-Came, The Unity of Europe: a historical
survey, Londyn 1966.
-
13. Keith
Robbins, National Identity and
History: Past. Present and Future, "History"
75/245, s. 369-387. (Przemówienie otwierające
konferencję Stowarzyszenia Historyków w Cheltenham,
kwiecień 1990).
-
14. Jenny
Wormald, The Creation of
Britain: Multiple Kingdoms or Core and Colonies,
TRHS, seria 6, III, 1993, s.194.
-
15. Por.
Norman Davies, Stalin's
History Lesson, "Spectator", 6 sierpnia
1988.
-
16. Leonid
Breżniew, przemówienie w Bad Godesberg z 23 listopada
1981.
-
17. Michaił Gorbaczow, Perestrojka: New Thinking for Our
Country and the World, Londyn 1987, s. 191195:
"Jesteśmy Europejczykami" (s. 191); "Dom jest wspólny,
ale każda rodzina ma swoje własne mieszkanie, i do
każdego z nich prowadzi osobne wejście" (s.
195).
-
18. Taki
los spotkał najwyraźniej Tiny Rowlanda, późniejszego
prezesa Lonhro i właściciela "Observera", którego w
roku 1941 aresztowano i internowano na podstawie
paragrafu 18B Ustawy o "osobach pochodzenia
brytyjskiego wykazujących tendencje profaszystowskie",
cyt. w All Is Well That Ends
Well, "Observer" z 23 maja 1993.
-
19. Margaret
Shennan, op. cit., s. 53. Por. zwłaszcza
rozdziały Europe and the Time Dimension i Europe's
Cultural Identity.
-
20. Jean-Baptiste Duroselle, Europe: A History of Its
Peoples, Londyn 1991, Epilog, s. 411415 [przekł.
pol.: Historia narodów Europy, Warszawa
1996].
- 21. Patrz: Adam Zamoyski, An Historie Case of
Euro-fudge, "Sunday Telegraph", 6 listopada 1988,
i J. Nicholas. Half-truths
about Half of Europe, "Guardian", 25 października
1991.
- 22. Głośna w latach
dziewięćdziesiątych, ze względu na szerokie reperkusje
polityczne, książka Salmana Rushdiego (przyp. tłum.).
- 23. Quand un livre scandalise la
Grece, "Libre Belgique" z 26 kwietnia 1990; La prima Storia Europea offende
tutti i 12, "La Stampa" z 4 listopada 1990; C. M.
Woodhouse w "Kathimerini" z 3 czerwca 1990.
- 24. Akademik M. V.
Sakellariou, z listu do greckich deputowanych w
Parlamencie Europejskim, 18 marca 1990.
- 25. Benedict Andersen, Imagined Communities: Reflection
on the Origin and Spread of Nationalism, wyd. 2,
Londyn 1991, cyt. w: G. Varouxakis, "UCL History
Newsletter", nr 8 z grudnia 1991, s. 22-24 [Przekł.
pol.:
- Wspólnoty wyobrażone.
Rozważania o źródłach i rozprzestrzenianiu się
nacjonalizmu,
Kraków 1997].
- 26. Prof. Marc Raeff, w: What is European History,
"History Today", nr 36, styczeń 1986, s. 46-50.
- 27. Prof. Marc Ferro, ibid.
- 28. Dr Eva Haraszti. ibid.
- 29. Prof. Immanuel
Wallerstein, ibid.
- 30. A. J. P. Taylor, ibid.
|