|
EUROPA - HISTORYCZNE
WYZWANIA
PRZEMÓWIENIE NA SESJI OGÓLNEJ THE
EUROPEAN ACADEMY OF ARTS AND SCIENCES, BILBAO, 28
KWIETNIA 2000
Wydaje mi się, że to mój teść-Polak
powiedział mi kiedyś: "Narody, które nie znają swojej
historii, są jak ludzie bez pamięci". Jeśli nie wiemy,
skąd przyszliśmy, nie możemy wiedzieć, kim jesteśmy, i
nie jesteśmy w stanie wytyczyć szlaku w przyszłość. W
tym sensie wszystkie wspólnoty są podobne do jednostek.
Wspólnoty, które nie są świadome własnej
przeszłości, znajdują się w równie beznadziejnej
sytuacji jak chorzy cierpiący na amnezję.
Kraje takie jak Polska czy Hiszpania,
których historiografia była przez wiele lat głęboko
spaczona, dobrze znają te prawdy. Niczym podróżnicy,
którzy niegdyś zgubili drogę, a teraz znów ją odnaleźli,
wiedzą, jak istotne jest żywe zainteresowanie tym, co w
zanadrzu niosą przeszłość i teraźniejszość. Z kolei
państwa, którym się bardziej poszczęściło - które nie
doświadczyły najgorszych nieszczęść XX wieku - są na ogół
mniej przywiązane do swojej przeszłości i bardziej
beztroskie, jeśli idzie o wyznaczanie celów na
przyszłość. Takim krajem jest Brytania; takim krajem są
Stany Zjednoczone. Unia Europejska jest klubem
zrzeszającym państwa o bardzo odmiennych losach.
Niektóre z nich zostały zbyt mocno doświadczone przez
dzieje; inne, być może, niewystarczająco.
Niemniej jednak każda nowa wspólnota
musi spojrzeć w przeszłość, żeby ustalić hierarchię
celów. Historia zawsze służyła za punkt odniesienia w
ustalaniu i uzasadnianiu nowej strategii politycznej.
Wizje przyszłości nieodmiennie opierano na jakiejś
ocenie przeszłości - realistycznej albo mitycznej.
Stojąca na progu XXI wieku Unia Europejska nie jest tu
żadnym wyjątkiem. Ideologia europejska - czyli zbiór
zasad umożliwiających ocenę naszego postępowania zarówno
w przeszłości, jak i teraźniejszości - jest absolutną
koniecznością. Bez niej Europejczycy będą równie
bezradni jak ludzie, którzy stracili pamięć.
Kłopot z historią, tak jak z pamięcią,
polega wszakże na tym, że jest ona notorycznie zawodna.
Zapamiętujemy w sposób niekompletny, niedokładny,
subiektywny i selektywny. Właśnie dlatego tym ważniejsze
jest dokładne i wszechstronne badanie dziejów. Im
większe będą luki w nasz ej wiedzy, tym bardziej
niepewna będzie podstawa naszych decyzji. Chciałbym w
tym miejscu przedstawić pięć zasad, których
przestrzeganie jest warunkiem otrzymania w miarę
kompletnego obrazu historii europejskiej. Oto
one.
1. Przede wszystkim należy przyjąć
PERSPEKTYWĘ PANEUROPEJSKĄ, tzn. możliwie najszerszą, nie
zaś taką, która obejmuje jedynie fragment kontynentu, a
wyklucza inne jego części. W szczególności należy
zrezygnować z utrwalonego, lecz fałszywego, selektywnego
i po prostu obraźliwego, wys uwającego na pierwszy plan tzw.
"cywilizację zachodnią" schematu dziejów, według którego
"zachodni" oznacza "lepszy", a "wschodni" - "gorszy".
Idea przyrodzonej wyższości Zachodu, którą głoszono od
Herodota po Hitlera, nie jest stanowiskiem, które można
by dzisiaj rozsądnie
popierać.
Podobnie, należy zapomnieć o kulcie
Karola Wielkiego, który mógł być odpowiedni dla
"Szóstki" i celów francusko-niemieckiego pojednania, ale
znaczy niewiele dla obecnej "Piętnastki". Przynajmniej
połowa dzisiejszych członkó w UE nie ma nic
wspólnego z dziedzictwem Charlemagne alias Karla der
Grosse.
Co najważniejsze,
trzeba zrezygnować z egotycznego przeświadczenia, że
"Europa" jest po prostu tym samym co Unia Europejska.
Dziesięć czy jedenaście lat temu pewien francuski uczony
spróbował napisać podręcznik historii europejskiej,
którego zakres był tożsamy z ówczesnym członkostwem EWG.
To przedsięwzięcie doprowadziło do osobliwych spekulacji
w Przedmowie
,
czy takie państwa jak Szwajcaria bądź Szwecja odegrały
jakąkolw iek rolę w dziejach
Europy.
Jedyne sensowne podejście do historii
europejskiej obejmuje wszystkie części kontynentu:
Wschód i Zachód, Północ i Południe, centrum i peryferie.
W mojej własnej historii Europy starałem się nie
zapomnieć o żadnym kraju: od Atlantyku po Ural i od
Przylądka Północnego w Norwegii po przylądek Matapan w
Grecji. Za moje trudy zostałem skarcony przez pewnych
amerykańskich obrońców cywilizacji zachodniej, których
zdaniem Polsce, na przykład, nie przysługuje ważne
miejsce w dziejach Europy. Wystarczy tu powiedzieć,
że moi krytycy nie zdawali sobie sprawy z faktu, iż
Rzeczpospolita Obojga Narodów była niegdyś zdecydowanie
największym państwem w Europie ani że Polska - tak jak
Hiszpania (z którą łączy ją wiele historycznych
podobieństw) - była
wielkim mocarstwem. Jeden z tych zawziętych krytyków
posunął się nawet do sugestii, że specjalnie ustawiłem
mapę kontynentu tak, aby Polska znalazła się w centrum
Europy, a nie na jej peryferiach. Z przykrością
zawiadamiam, że niezależnie od ustawienia mapy takie kraje jak
Polska, Czechy, Austria, Węgry i Szwajcaria - należące i
nienależące do Unii - zawsze znajdą się dokładnie w
środku.
2. Po drugie, przyjęta perspektywa musi
uwzględniać RÓWNY STATUS WSZYSTKICH.
W przeszłości historia Europy była
pisana tak, jak gdyby liczyły się tylko wielkie
mocarstwa. Na przykład amerykańskie podręczniki do
"cywilizacji zachodniej" ograniczały się niemal
wyłącznie do Anglii, Francji i Niemiec oraz tematów,
które interesowały dziewiętnastowiecznych
wykszt ałconych
Anglików, Francuzów i Niemców. Dlatego wiele miejsca
poświęcano starożytnej Grecji i Rzymowi, a tak niewiele
cywilizacji celtyckiej, imperium bizantyjskiemu i tak
zwanym barbarzyńcom, którzy zamieszkiwali obszary poza
rzymskimi limes. Średniowieczną Europę zasadniczo
utożsamiano ze światem chrześcijańskim, lecz
chrześcijaństwo to nie obejmowało prawosławia. Istnienie
takich krajów jak Hiszpania czy Włochy dostrzegano w
okresach ich potęgi i szerszego oddziaływania, np. w
renesansie czy epoce Cervantesa, lecz już nie w czasach
późniejszych, kiedy były one nie mniej interesujące,
choć nie tak potężne. W epoce nowożytnej nie było
miejsca dla mniejszych narodów: dla moich przodków
Walijczyków, dla Katalończyków, dla Basków.
W tym tradycyjnym podejściu historia była często
postrzegana jako "dyplomatyczny turniej szachowy".
Niewielka liczba graczy -zazwyczaj Anglia, Francja i
Niemcy, a czasami również Rosja bądź Hiszpania -
rozgrywała serię partii, które decydowały o tym, kto
zostanie mistrzem Europy i świata. Wszystkie pozostałe
kraje europejskie były biernymi figurami lub pionkami,
przesuwanymi dowolnie na szachownicy przez czynnych
uczestników gry. W rezultacie, taki kraj jak Irlandia w
ogóle nie pojawiał się w historii, poza momentami, kiedy
przysparzał kłopotów
Anglikom. Polska sama w sobie nie była obiektem
zainteresowania; stawała się ciekawa dopiero wtedy,
kiedy podbijali ją Niemcy albo Rosjanie. Europę
Południowo-Wschodnią, czyli Bałkany, przedstawiano jako
arenę długotrwałych rozgrywek międzynarodowych pod nazwą
"kwestia wschodnia". Idea, iż prześladowane ludy
bałkańskie to nie krwiożerczy nacjonaliści, których
miłujące pokój mocarstwa muszą koniecznie wziąć w karby,
była całkowicie obca temu podejściu.
Podobnie przedstawiała się historia
kultury europejskiej. "Sztuka Zachodu", "muzyka Zachodu"
i "architektura Zachodu" - te wszystkie dziedziny
obejmowały dokonania chrześcijaństwa łacińskiego.
Kultura protestancka była warta opisu, ale kultura
prawosławnego Wschodu - już nie. Mniejszości
religijne - żydzi, muzułmanie,
unici czy rozmaite radykalne sekty nonkonformistyczne -
tylko niekiedy były uznawane za godne
wzmianki.
Tymczasem różnorodność polityczna i
kulturowa nie jest tylko jednym ze skarbów Europy.
Należy ona do jej najbardziej oczywistych cech
wyróżniających. Jakikolwiek portret dziejów
europejskich, który pomija ową różnorodność, jest
nieuczciwy. Wszelkie próby zredukowania historii Europy
do rozgrywki wielkich mocarstw są z definicji fałszywe.
Mocarstwa bowiem nie są z natury rzeczy reprezentatywne.
Najbardziej reprezentatywne dla całości - w bardzo
realnym sensie - są małe narody i państwa średnich
rozmiarów, które w ciągu dziejów miały lepsze i gorsze
momenty. Historia Europy musi więc w jakiś sposób
znaleźć miejsce zarówno dla wielkich, jak i nie
tak wielkich, dla silnych i dla słabych.
3. Perspektywa paneuropejska nakłada
obowiązek poznania dziejów nie tylko obecnych, ale
również potencjalnych członków UE. W istocie rzeczy
można argumentować, że skoro nikt nie jest w stanie
badać nieustannie wszystkiego, to w tej chwili
szczególnie ważne jest propagowanie wiedzy o historii
krajów kandydujących. Wspomniałem już o państwach
środkowoeuropejskich, takich jak Polska, Węgry i Czechy,
które zostaną przyjęte do Unii w następ nym etapie jej rozszerzania. A co
z państwami bałtyckimi, które do niedawna były sztucznie
odizolowane od swoich europejskich sąsiadów - przez
sześćdziesiąt lat i dłużej - i nie było w tym żadnej
winy z ich strony? Pamiętam na przykład, że kiedy w 1989
roku mała Litwa
trafiła na czołówki gazet, gdyż ośmieliła się domagać
niepodległości od ZSRR, musiałem wielokrotnie wyjaśniać
dziennikarzom w Londynie, iż Litwa nie jest częścią
Rosji, że została po prostu podbita przez Rosjan (tak
jak Czeczenia), a Litwini są żarliwymi katolikami - kulturowo
i historycznie. Litwa, choć znajduje się na Wschodzie,
należy zatem do tego samego zachodniego świata
katolickiego co Hiszpania czy Portugalia.
A co z byłą Jugosławią i w ogóle z
Bałkanami? Europejscy politycy zostali zaskoczeni przez
wydarzenia, powiedzmy, w Bośni lub Chorwacji i nie byli
w stanie podjąć jakichkolwiek skutecznych działań między
innymi dlatego, że nikt ich nie nauczył podstaw historii
Bośni, Chorwacji czy Kosowa. Ulegali więc rozmaitym
mitom i złośli wej
dezinformacji. Brytyjski minister spraw zagranicznych -
jak bez wątpienia wielu innych polityków - po prostu
załamywał ręce i lamentował, że w Bośni nic się nie da
zrobić, dopóki Bośniacy nie stracą ochoty na wzajemne
waśnie i boje. Tak jakby "czystki etniczne" były jakimś osobliwym
obyczajem bałkańskim, który nie ma nic wspólnego na
przykład z walkami ulicznymi w Belfaście. Dopiero na
skutek ostatnich wydarzeń powstały popularne i rzetelne
historie Bośni, Chorwacji i Kosowa, które zostały
napisane z punktu widzenia uczestników, a nie z
perspektywy wielkich mocarstw. Okazało się, że
prawosławni Serbowie i muzułmańscy Albańczycy z Kosowa
przez stulecia żyli w pokoju obok siebie, zanim wbrew
własnej woli zostali wciągnięci w wir zewnętrznej
polityki.
W tym
miejscu trzeba powiedzieć parę słów o tzw.
dysproporcjach rozwojowych. Według jednego z najbardziej
perfidnych stereotypów kształtujących wizję "cywilizacji
Zachodu" - który pojawia się często w pracach socjologów
mających, obawiam się, nikłe pojęci e o historii - centrum
znajduje się na wysokim szczeblu rozwoju, zaś peryferia
są trwale i nieodwracalnie zacofane (nawiasem mówiąc,
mają one obejmować nie tylko wschodnie, ale także
zachodnie krańce Europy, np. Portugalię i Irlandię).
Teza o historycznym
zacofaniu peryferii regularnie służyła jako argument
przeciwko rozszerzeniu Wspólnoty Europejskiej. Wysuwano
ją w latach siedemdziesiątych podczas negocjacji na
temat przyjęcia Hiszpanii, Portugalii i Grecji.
Naturalnie, nie można jej było użyć w latach dziewięćdziesiątych
przeciwko bogatym krajom skandynawskim, jak Szwecja czy
Finlandia. Niemniej jednak dzisiaj wysuwa się ją znowu,
aby zablokować bądź opóźnić przyjęcie państw
środkowoeuropejskich.
Jeśli idzie o historię tego
zagadnienia, mogę powiedzieć tylko tyle, że stereotyp
jest kompletnie fałszywy. Niezależnie od statystycznych
średnich wszystkie kraje jakoby już rozwiniętej Europy
są mozaiką regionów bogatych i biednych. To samo dotyczy
struktury regionów na peryferiach. Wiejska Walia
bądź postindustrialna
Szkocja są wyraźnie z tyłu w porównaniu z bogatym
Londynem czy południowo-wschodnią Anglią. Mezzogiorno w
południowych Włoszech rozwija się o wiele wolniej niż
Mediolan czy Turyn. Przepaść między Niemcami Zachodnimi
a Wschodnimi, jak się okazuje, bardzo trudno
zasypać pomimo gigantycznych inwestycji.
Najważniejsze jest jednak to, że stan
gospodarczego zacofania nie jest nieodwracalny. Nie jest
to na stałe przypisana cecha, która wyznacza linię
podziału Europy między ciągle tymi samymi zwycięzcami i
przegranymi. W rzeczywistości rozkład sukcesów i porażek
zmienia się jak w kalejdoskopie. Takie regiony jak
północna Anglia, która jeszcze niedawno należała do
najbardziej rozwiniętych na świecie, teraz odpadają od
peletonu. Z kolei ni egdysiejsi maruderzy, na
przykład Półwysep Iberyjski, zaczynają doganiać
czołówkę.
Najprościej będzie, jeśli powołam się
tutaj na przypadek Irlandii, która przez stulecia żyła w
politycznym i gospodarczym cieniu większego sąsiada -
Anglii. Tymczasem od momentu przystąpienia niemal
trzydzieści lat temu do Wspólnoty Europejskiej Irlandia
zaczęła świetnie prosperować. Historyczne role uległy
odwróceniu -niedawno Irlandia prześcignęła pod względem
PKB Zjednoczone Królestwo. Sukces Irlandii może być
źródłem nadziei dla wszystkich krajów
aspirujących do członkostwa w UE.
4. Jakakolwiek skuteczna wizja historii
europejskiej musi uwzględnić problemy, których
przysparza długotrwałe dziedzictwo imperialne, a także
dwuznaczny stosunek do zjednoczenia Europy, będący
konsekwencją tego dziedzictwa. Hiszpania, na przykład,
jest byłą potęgą imperialną. Utraciła jednak swoje
posiadłości zamorskie tak dawno - niemal dwieście lat
temu - że kwestia dziedzictwa właściwie nie powstaje,
być może poza sferą kultury. We wstę pie do mojej
Europy wymieniam jednak trzy inne kraje,
w których dziedzictwo imperialne jest o wiele świeższej
daty, a w związku z tym - znacznie bardziej
problematyczne. Chodzi mi o Rosję, Turcję i Zjednoczone
Królestwo.
Chociaż Rosja jest państwem
eurazjatyckim, graniczącym zarówno ze Stanami
Zjednoczonymi, jak i Chinami, to chce być uważana za
kraj europejski. Jej korzenie są bez wątpienia
europejskie; ostatni prezydent Związku Radzieckiego,
Rosjanin Michaił Gorbaczow, mówił z sentymentem o
"naszym w s
pólnym europejskim domu". Straszliwa wojna
kolonialna w Czeczenii świadczy jednak, że główny kłopot z
Rosją polega na tym, iż jest ona nadal imperium
rządzonym przez ludzi myślących w kategoriach
imperialnych. Zewnętrzne imperium Rosji w postaci
14 byłych republik
radzieckich rozpadło się. Imperium wewnętrzne
istnieje nadal. Dlatego uważam, że Rosja nie ma prawa
uczestniczyć w demokratycznych instytucjach Europy,
dopóki raz na zawsze nie porzuci ambicji imperialnych.
Rada Europy niedawno wyraziła niedwuznacznie identyczny
pogląd w kontekście podboju Czeczenii. Politycy
europejscy, którzy w imię stabilności chcieliby
przymknąć oko na te fakty, po prostu oszukują samych
siebie.
Turcja utraciła imperium w roku 1920, a
w dwa lata później abdykował ostatni sułtan. Od tego
czasu - z mniejszym lub większym powodzeniem - Republika
Turecka realizuje dalekosiężną strategię politycznej i
kulturowej europeizacji. Jest członkiem NATO i
oficjalnym kandydatem do członkostwa w UE. Rzecz jasna,
nie wszystkie nap ięcia zostały usunięte, na
przykład w relacjach z Grecją, której współczesna
tożsamość opiera się na odrzuceniu dawnych związków z
imperium osmańskim. W tym miejscu chciałbym wygłosić
tylko jedną uwagę. Europa dumna ze swojej kulturowej
różnorodności nie powinna odrzucać narodu o
tradycjach muzułmańskich. Jedyną alternatywą dla Turcji
byłoby w takiej sytuacji odwrócenie się od Europy - co z
pewnością nie leży w naszym interesie.
Jeśli idzie o Zjednoczone Królestwo, to
mogę tylko odesłać Państwa do mojej ostatniej książki:
The Isles. A History, w której próbuję dowieść, że
związki Brytanii z Europą są o wiele dawniejsze i
bardziej fundamentalne, niż to wydaje się większości
Anglików (w odróżnieniu od Szkotów, Walijczyków czy
Irlandczyków). W tym miejscu po prostu powiem, że
historyczna zmiana w obecnej sytuacji Brytanii dokonała
się nadzwyczaj niedawno - ledwie trzydzieści lat temu -
a wielu Brytyjczyków nadal nie pogodziło się z utratą
imperium. Brytania przystąpiła do Wspólnoty Europejskiej
w odpowiedzi na ten
stan deprywacji, lecz starsze pokolenie pozostało nadal
- jak to mówimy - "semi-detached" [niezdecydowane]. Ta faza
niezdecydowania nie może jednak trwać wiecznie. Nie jest
wykluczone, że Zjednoczone Królestwo się rozpadnie,
zanim wszystkie wątpliwości zostaną rozproszone. Szkocka
Partia Narodowa, której hasło brzmi: "Szkocja w
Europie", ma dziś znaczące poparcie, a jej celem jest
niepodległość jeszcze przed rokiem 2007, kiedy to wypada
trzechsetna rocznica powstania Zjednoczonego
Królestwa.
5. Na
koniec chciałbym wyrazić pogląd, że nie istnieje żadna
wizja Europy - dotycząca przeszłości czy teraźniejszości
- która byłaby pozbawiona wymiaru moralnego. Rzecz
jasna, moralność opiera się na poczuciu "słuszności" i
"krzywdy", na świadomości "dobra" i "zła". Tymczasem historia
Europy była nader często pisana w stylu laurkowym -
otrzymaliśmy jednostronną pochwałę wspaniałych osiągnięć
i nieustannego postępu. Chwalcy cywilizacji zachodniej
zbyt często mówią niemal wyłącznie o wartościach
chrześcijańskich, o rozwoju demokracji, o postępie
naukowo-technicznym i o sukcesach gospodarczych. Moim
zdaniem, potrzeba więcej pokory. Choć Europejczycy mogą
być rzeczywiście dumni z wielu dokonań, to w przeszłości
nie brak także epizodów haniebnych. W Europie
istniała wszak długa
tradycja nietolerancji religijnej, nienawiści narodowych
i przesądów rasowych. Obie wielkie plagi XX wieku -
faszyzm i komunizm - były wynalazkami europejskimi; obie
wojny światowe zostały rozpętane przez Europejczyków.
Chciałbym wierzyć,
że najcenniejszym składnikiem europejskiego
acquis communautaire jest świadomość, że dawne
nacjonalistyczne, imperialne, krwawe i samolubne
przyzwyczajenia Europejczyków były karygodne. Historia
nie uczy nas wiele poza tym, że wiele wymaga poprawy.
Jedynie dzięki uświadomieniu sobie błędów przeszłości
możemy mieć nadzieję na lepszą przyszłość. Jest to
gigantyczne wyzwanie.
Przekład: Andrzej
Pawelec |