Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
TEKSTY - Smok Wawelski ...  

CZEKAJĄC NA OBIAD

"SURVEY", ZIMA 1974

Państwowe Przedsiębiorstwo Gastronomiczne numer 27, kategoria II. Innymi słowy, restauracja. Siedzę przy stoliku narożnym i w oczekiwaniu na kelnera przeglądam menu. Kelner pojawia się po mniej więcej dwudziestu minutach i żwawo do mnie podchodzi.

- Poproszę numer trzynasty - składam zamówienie. - Kotlet wieprzowy (150 g), marchewka, ziemniaki. Razem 31 złotych.
- Przykro mi, proszę pana - odpowiada kelner - kotleta nie ma.
- Jak to? - pytam.
- Dzień bezmięsny.
- Myślałem, że dzień bezmięsny jest w piątek - oponuję.
- Zgadza się. Piątek to nieoficjalny dzień bezmięsny dla katolików.
- Ale przecież większość społeczeństwa to katolicy.
- Owszem - przyznaje. - Ale w państwie socjalistycznym mamy też oficjalny dzień bezmięsny w środę.
- Ale dzisiaj jest poniedziałek.
- Zgadza się. Po prostu dzisiaj nie mamy mięsa.
- W takim razie zamawiam numer siódmy. Dorsz (125 g), kapusta i frytki. 34 złote.
- Zaraz... - odpowiada.

Po jakichś dwudziestu minutach kelner żwawo podchodzi do mojego stolika.

- Przykro mi, proszę pana. Dorsza nie ma.
- Jak to? - pytam.
- Ryby przywożą tylko w czwartki, żeby katolicy mieli coś do jedzenia w piątek.
- W takim razie poproszę numer szesnasty. Omlet bez dodatków (z dwóch jaj). 22 złote.
- Zaraz... - odpowiada.

Po kolejnych dwudziestu minutach kelner żwawo podchodzi.

- Przykro mi, proszę pana. Omleta nie ma.
- Jak to? - pytam.
- Brak jaj.
- Jak to? - wskazuję na klientkę, która właśnie kończy swój omlet.
- No cóż - wyjaśnia - kiedy nie ma mięsa i ryb, wszyscy zamawiają jajka, więc przed chwilą się skończyły.
- Niech pan posłucha - nie wytrzymuję z głodu. - Siedzę tu już godzinę i nic. Proszę o cokolwiek do jedzenia.
- Może numer dwudziesty pierwszy? - proponuje. - Smażone pieczarki (200 g) i chleb razowy (100 g). 25 złotych.
- Dobrze - odpowiadam. - I proszę o rachunek.
- Zaraz...

Po prawie dwudziestu minutach kelner żwawo podchodzi z talerzem grzybów i rachunkiem na 55 złotych.

- Jak to? - pytam, wskazując na sumę.
- No cóż - wyjaśnia - wieczorem, kiedy grają muzycy, ceny są liczone podwójnie.
- Ale przecież nikt nie gra. Nie słyszałem, żeby zagrali choć jeden akord.
- No cóż, teraz jest przerwa dla zespołu.
- Wie pan co, siedzę tu już ponad godzinę i nawet się nie nastroili.
- Zgadza się. Ale muzycy to też ludzie. W socjalizmie każdy ma prawo zjeść przed robotą. Muzycy siedzą przy tamtym stoliku i też czekają na obiad.

W tym momencie przy stoliku zespołu uniosła się ręka i machając pustą butelką, przywołała kelnera, który zniknął. Nadeszła pora działania. Miałem świadomość, że moja rejterada nie zostanie zauważona przez co najmniej dwadzieścia minut. Położyłem na stole 25 złotych (ani grosza napiwku), a następnie opuściłem żwawo Państwowe Przedsiębiorstwo Gastronomiczne numer 27.

powrót  
www.milosz.pl