Państwowe Przedsiębiorstwo
Gastronomiczne numer 27, kategoria II. Innymi słowy,
restauracja. Siedzę przy stoliku narożnym i w
oczekiwaniu na kelnera przeglądam menu. Kelner pojawia
się po mniej więcej dwudziestu minutach i żwawo do mnie
podchodzi.
- Poproszę numer trzynasty -
składam zamówienie. - Kotlet wieprzowy (150 g),
marchewka, ziemniaki. Razem 31 złotych.
- Przykro mi, proszę pana -
odpowiada kelner - kotleta nie ma.
- Jak to? - pytam.
- Dzień bezmięsny.
- Myślałem, że dzień bezmięsny jest
w piątek - oponuję.
- Zgadza się. Piątek to
nieoficjalny dzień bezmięsny dla katolików.
- Ale przecież większość
społeczeństwa to katolicy.
- Owszem - przyznaje. - Ale w
państwie socjalistycznym mamy też oficjalny dzień
bezmięsny w środę.
- Ale dzisiaj jest poniedziałek.
- Zgadza się. Po prostu dzisiaj nie
mamy mięsa.
- W takim razie zamawiam numer
siódmy. Dorsz (125 g), kapusta i frytki. 34 złote.
- Zaraz... - odpowiada.
Po jakichś dwudziestu minutach kelner
żwawo podchodzi do mojego stolika.
- Przykro mi, proszę pana. Dorsza
nie ma.
- Jak to? - pytam.
- Ryby przywożą tylko w czwartki,
żeby katolicy mieli coś do jedzenia w piątek.
- W takim razie poproszę numer
szesnasty. Omlet bez dodatków (z dwóch jaj). 22 złote.
- Zaraz... - odpowiada.
Po kolejnych dwudziestu minutach kelner
żwawo podchodzi.
- Przykro mi, proszę pana. Omleta
nie ma.
- Jak to? - pytam.
- Brak jaj.
- Jak to? - wskazuję na klientkę,
która właśnie kończy swój omlet.
- No cóż - wyjaśnia - kiedy nie ma
mięsa i ryb, wszyscy zamawiają jajka, więc przed
chwilą się skończyły.
- Niech pan posłucha - nie
wytrzymuję z głodu. - Siedzę tu już godzinę i nic.
Proszę o cokolwiek do jedzenia.
- Może numer dwudziesty pierwszy? -
proponuje. - Smażone pieczarki (200 g) i chleb razowy
(100 g). 25 złotych.
- Dobrze - odpowiadam. - I proszę o
rachunek.
- Zaraz...
Po prawie dwudziestu minutach kelner
żwawo podchodzi z talerzem grzybów i rachunkiem na 55
złotych.
- Jak to? - pytam, wskazując na sumę.
- No cóż - wyjaśnia - wieczorem,
kiedy grają muzycy, ceny są liczone podwójnie.
- Ale przecież nikt nie gra. Nie
słyszałem, żeby zagrali choć jeden akord.
- No cóż, teraz jest przerwa dla
zespołu.
- Wie pan co, siedzę tu już ponad
godzinę i nawet się nie nastroili.
- Zgadza się. Ale muzycy to też
ludzie. W socjalizmie każdy ma prawo zjeść przed
robotą. Muzycy siedzą przy tamtym stoliku i też
czekają na obiad.
W tym momencie przy stoliku zespołu
uniosła się ręka i machając pustą butelką, przywołała
kelnera, który zniknął. Nadeszła pora działania. Miałem
świadomość, że moja rejterada nie zostanie zauważona
przez co najmniej dwadzieścia minut. Położyłem na stole
25 złotych (ani grosza napiwku), a następnie opuściłem
żwawo Państwowe Prz