Norman Davies to autor pod wieloma
względami niezwykły. Piszący po angielsku Walijczyk,
światowy rozgłos i uznanie czytelników - choć nie zawsze
swych kolegów po fachu - zyskał dzięki pracom
poświęconym historii Polski. Już sam ten fakt powinien
zapewnić mu poczesne miejsce w księdze rekordów
Guinnessa.
Ale nie na tym koniec. Davies z wykształcenia i z zawodu
jest historykiem, jednak z pasji i upodobań przede
wszystkim pisarzem i to pisarzem o zacięciu
publicystycznym. I choć stara się być wierny zawodowym
nakazom bezstronności i obiektywizmu, raz po raz
pisarski temperament
ponosi go i nie pozwala powstrzymać się już to od ciętej
uwagi o opisywanej postaci czy zdarzeniu, już to od
szerokiego uogólnienia ze śmiało stawianą tezą. Nic
zatem dziwnego, że Daviesa kochają czytelnicy i to nie
tylko w Polsce, o czym świadczą nakłady jego książek,
natomiast znacznie trudniej znaleźć mu uznanie w oczach
kolegów po fachu, czego najbardziej drastycznym
przykładem była głośna historia odmowy posady na
uniwersytecie Stanforda.
Ale nie tylko pisarski talent i brak
oporów przed wyzwaniami,
wobec których najtężsi fachowcy czują się onieśmieleni -
kto oprócz Daviesa poważyłby się opisać samemu całą
historię Europy od czasów prehistorycznych do dzisiaj? -
powodują, że wśród kolegów-historyków, szczególnie na
tzw. Zachodzie, jest Davies traktowany z dużą dozą
podejrzliwości. Sprawia to przede wszystkim swawolny
wręcz pociąg do podważania wielu uznanych prawd i
kanonów - dziś nazywa się polityczną poprawnością -
które wprawdzie nigdy nie zostały zapisane czy
skodyfikowane, ale których przestrzeganie stanowi wymóg
wymuszany z żelazną wręcz konsekwencją szczególnie w
naukach politycznych, a co za tym idzie także w historii
nowożytnej.
Jednym z takich kanonów jest
przekonanie, że istnieje coś takiego jak centra i
peryferia, przy czym - co samo przez się zrozumiałe -
centra to Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone,
peryferia zaś to Europa Środkowa i Wschodnia z wyjątkiem
Rosji. Kanon kolejny to zasada, że interesy Rosji, a
później Związku Radzieckiego, mają naturalną nadrzędność
nad
interesami
innych, przede wszystkim sąsiednich, krajów. Ileż to
nasłuchaliśmy się i naczytali o "legitimate security
needs" Związku
Radzieckiego, a potem Rosji, tak jakby wymogi
bezpieczeństwa innych krajów z definicji były
"illegitimate", czyli tłumacząc dosłownie -
pochodziły z nieprawego łoża. I to właśnie podważenie
tej prawdy, a także wykazanie daleko posuniętej
ignorancji wielu stanfordzkich historyków, jeśli idzie o
dzieje Europy Środkowej, były zasadniczymi powodami
odmówienia Daviesowi "tenure" na słynnym uniwersytecie
kalifornijskim. Powód podany publicznie, czyli rzekoma
niewrażliwość na kwestie żydowskie w Bożym
igrzysku, był raczej
pretekstem, przy czym i ta kwestia mieści się w kolejnym
kanonie politycznej poprawności.
Powrót do Europy wyszedł jednak Daviesowi, a przede
wszystkim jego czytelnikom na zdrowie. Po Bożym
igrzysku, czyli wielkiej dwutomowej panoramie
dziejów Polski, doczekaliśmy się krótkiej syntezy tychże
dziejów, ale, jak to na Daviesa przystało, napisanej
przewrotnie, bo od końca do początku - czyli
Serca Europy,
i wreszcie wspomnianego wyżej dzieła wręcz niezwykłego,
czyli głośnej -i bijącej czytelnicze rekordy -
Europy.
Większość prac Daviesa w Polsce wydawał
Znak. Była to nad wyraz mądra inwestycja, tak pod
względem intelektualnym, jak i - co okazało się w
czasach wolnego rynku - merkantylnym. Nic zatem
dziwnego, że na fali czytelniczego powodzenia Bożego
igrzyska
czy Europy tenże Znak sięgnął po daviesowe
juvenilium, monografię wojny polsko-bolszewickiej
1919-1920 roku.
Był to książkowy debiut późniejszego
autora dziejów Starego Kontynentu. I choć z pozoru
Orzeł biały, czerwona gwiazda zachowuje wszystkie
rygory historycznej monografii, z przypisami, mapami,
obszerną bibliografią i indeksem, widać w niej to
wszystko, co później przysporzy Daviesowi pisarskiej
sławy, ale i wywoływać będzie tak liczne kontrowersje.
Już sam temat był w tamtych latach - książka pisana była
w roku 1971 - wysoce politycznie niepoprawny. I to
bynajmniej nie tylko w rządzonej przez ko
munistów Polsce, ale i
na anglosaskim Zachodzie: "Jeśli w Polsce recepcja książki
była utrudniona z przyczyn obiektywnych, to w Wielkiej
Brytanii, w Stanach niektórzy po prostu nie przyjmowali
do wiadomości jej istnienia (...)Rewolucja Październikowa była nadal
świętą krową, której należało bić pokłony, a nie
przyglądać się z bliska i dokładnie" - pisze autor
we wstępie i zza słów tych niemal widać złośliwy
daviesowy uśmieszek. Mimo to, a może właśnie dlatego,
Orzeł Biały doczekał się kilku
wydań anglojęzycznych. Na wydanie polskie czekać trzeba
było dopiero do czasów późnego podziemia, tzn. do roku
1986. Wtedy - pamiętam to dobrze - książka wzbudziła
entuzjazm ogromny. Oczywiście na miarę możliwości
podziemnego "Przedświtu".
Jak będzie odczytana dziś, gdy wojna
polsko-bolszewicka stała się przede wszystkim okazją do
odprawiania uroczystych akademii, a sierpniowa Bitwa
Warszawska zajęła w narodowym panteonie miejsce tuż obok,
jeśli nie przed Grunwaldem czy Odsieczą Wiedeńską? Po
pierwsze, zmieniły się czasy i historia nie budzi już
dziś takich emocji, jak to miało miejsce bardzo jeszcze
niedawno temu. Zalew publicystyki, najczęściej nie
najwyższego lotu, za to zawsze z wyrazistą polityczną
tezą, zniechęcił nawet najwierniejszych. A jeszcze do
t
ego owa nieznośna
czasami rocznicowa celebra. Czy można się zatem dziwić,
że Klio, przynajmniej wśród czytającej publiczności, ma
się nienajlepiej? Choć może i w tym względzie czasy się
zmieniają. Tak jak w - nazwijmy to - literaturze
szczęśliwie minęła epoka Harlequinów, tak może i w
odbiorze dziejopisarstwa zawieją nowe wiatry? Jeśli tak,
to spóźniony o ćwierć wieku oficjalny polski debiut
sławnego już dziś autora wzbudzić winien równie żywe
zainteresowanie, co dyskusję.
Autor, jak to w jego zwyczaju, nie kryje swych sympatii i
antypatii. Główny bohater pozytywny to przede wszystkim
Józef Piłsudski, ale także generałowie Sosnkowski i
Sikorski; zwłaszcza Sosnkowskiemu, postaci w polskiej
historiografii niedocenianej, poświęca Davies wiele
ciepłych słów,
podkreślając zarówno jego talenty wojskowe, jak i
energię i zdolności organizacyjne. Pozytywnie kreśli też
sylwetki niektórych dowódców strony przeciwnej,
Tuchaczewskiego, Gaja, Budionnego. Czarnym charakterem
pozostaje niezmiennie Lloyd George; na postać zgoła humorystyczną
wyrasta rzekomy autor polskiego zwycięstwa, generał
Weygand. W ogóle o zachodnich aliantach pisze autor z
sarkazmem i pasją przeczącą wszystkim stereotypom o
chłodnych rzekomo Brytyjczykach.
"Dla Lloyda George'a, który był
teraz
niekwestionowanym autorem polityki aliantów, kryzys polski
stanowił wyjątkowo nieprzyjemny kłopot. (...) Niósł on tak
wiele niebezpieczeństw, że najbezpieczniejszą strategią
dla Lloyda George'a było możliwie jak najdłużej nie robić
nic. Sprzyjał mu
pewien osobliwy, techniczny szczegół: granica między
Polską a Rosją Sowiecką nie została nigdy wytyczona. Ani
Polacy, ani Sowieci nie uznali bowiem granicy
tymczasowej, zaproponowanej 8 grudnia 1919 roku. W 1920
roku nie można więc było stwierdzić precyzyjnie, czy i kiedy wschodnia
granica Polski została naruszona. Patrząc z kierunku
wschodniego, pierwszym większym miastem, uznawanym przez
wszystkie rządy jako bezspornie polskie, była Warszawa.
Gdyby alianci chcieli być skrupulatni, nie ciążył na
nich obowiązek
obrony Polski przed kapitulacją jej stolicy. Zgodnie z
ponurym podejrzeniem wielu Polaków, Rzeczpospolita
musiała wpierw upaść, by alianci zaczęli się zastanawiać
nad tym, jak ją ratować. Trup Polski stanowił jedyny
dopuszczalny dowód agresji".
Kolejny czarny charakter, i tu z
autorem chętnie bym się posprzeczał, tym bardziej że
rozumie on doskonale rolę Ukrainy w opisywanych
wydarzeniach, to Semen Petlura. Autor uważa go nie tylko
za nieudacznika, ale wręcz za osobnika niepoważnego.
Sądzę, że zbyt to surowy opis, tym bardziej że o
Petlurę właśnie rozbiły się tyleż doniosłe, co do dziś
tajemnicze rokowania w Mikaszewiczach.
Z postaci krajowych ostrej krytyce
poddany jest przede wszystkim Roman Dmowski. W swej
niechęci do przywódcy Narodowej Demokracji autor idzie
tak daleko, że nieomal zarzuca mu zamiar narodowej
zdrady. Chodzi o próbę organizacji alternatywnego
prawicowego rządu w Poznaniu w czasie najgorętszych
chwil warszawskiej bitwy. Swoją drogą ciekawy to trop,
któremu warto by b
yło bliżej się przyjrzeć. A jeśli
już o endecji mowa, autor en
passant opisuje skład jednego z lokalnych
Komitetów rewolucyjnych, zalążków sowieckiej władzy w
"wyzwolonej Polsce": "Do rewkomów trafiał najbardziej
oportunistyczny element; później, kiedy za plecami Armii
Czerwonej pojawiały się cywilne władze
komunistyczne,
dane o dezercjach z polskiej armii czy
o popełnianych jak w czasie każdej wojny okrucieństwach.
Ważne to, bo choć o wojnie polsko-bolszewickiej pisano w
ostatnich latach bardzo wiele, obraz tego fragmentu
naszych dziejów nadal pozostaje w dużej mierze
zmitologizowany.
Zaczynając od
samego początku. Davies słusznie podkreśla, że nie była
to wojna roku 20., lecz zaczęła się w lutym 1919 od
ataku kapitana Mienickiego na - nomen omen
- Berezę Kartuską i trwała nieprzerwanie
przez bez mała pełne dwa lata, tyle że z różnym
nasileniem. Co było jednak jej genezą? Czy rzeczywiście
stronie bolszewickiej szło o "poniesienie pochodni
światowej rewolucji na zachód", o czym świadczyć by
mogły
rozkazy
jeszcze ze stycznia 1919 roku noszące kryptonim
"Operacja cel Wisła", czy też chodziło jedynie o
zwasalizowanie Polski wzorem dawnych carskich tradycji?
Jakie cele przyświecały stronie polskiej? Czy za
wiosenną "wyprawą kijowską" krył się szerszy
polityczny zamysł, czy szło
tylko o wyprzedzający manewr, mający utrudnić czy wręcz
uniemożliwić spodziewane uderzenie od północy? Pytania
te autor stawia, a odpowiedź - jak sądzę - kryje się we
fragmencie charakteryzującym nieodmiennym daviesowym
stylem przywódców Rosji sowieckiej:"Inwazji na Polskę dokonali
politycy, którzy podczas swych krótkich karier byli
odizolowani od świata zewnętrznego. Jako założyciele
pierwszego w dziejach państwa socjalistycznego nie
mogli
byli grupką nieposłusznych pędraków,
którzy z ciekawości zbłądzili za ogrodzenie swojego
politycznego przedszkola".
Ostro powiedziane i chyba nie do końca
prawdziwie, jeśli pamiętać, że po wkroczeniu przez
Polaków do Kijowa cała internacjonalistyczna nowomowa
poszła precz, a powrócił stary motyw "zagrożonej
ojczyzny" i to pod patronatem takich autorytetów jak
Aleksiej Aleksiejewicz Brusiłow. Jednak w zacytowanym
fragmencie kryje się myśl szersza i głębsza.
Osiemnastą najważniejszą bitwę w
dziejach świata rozegrały dwa kraje nie będące jeszcze
do końca prawdziwymi państwami. Oba były wciąż
in statu nascendi. Wiele w Polsce mówiono i pisano
o "pustych szufladach" przed ostatnim wybuchem polskiej
niepodległości w 1989 roku, przeciwstawiając temu
rzekomo głębokie i wielostronne przygotowanie polskich
elit politycznych przed rokiem 1918. Nic bardziej
błędnego. Wtedy dopiero szuflady były puste! W
najważniejszej kwestii terytorialnego kształtu
Niepodległej panował zamęt trudny do opisania. Owszem,
Dmowski precyzyjnie wiedział, jak powinna przebiegać granica na
Śląsku czy Pomorzu, ale w kwestii, jak się okazało,
najważniejszej, zasięgu Rzeczypospolitej na wschodzie,
nie miał nic sensownego do zaproponowania. Podobnie
doktryna "federalistów" była raczej intuicją i
przeczuciem niż politycznym planem opartym na
jakimkolwiek, nawet najskromniejszym rozeznaniu co do
celów i dążeń przyszłych partnerów takiej federacji. Nic
zatem dziwnego, że kształt terytorialny Polski trzeba
było - dosłownie! - rozpoznawać bojem, a ostatecznie
wytyczona traktatem
ryskim granica była linią całkowicie przypadkową, bo
akurat w tym miejscu, a nie gdzie indziej, zatrzymał się
front. Zresztą sprawa owego traktatu, czyli "przegranego
pokoju", w pracy Daviesa zaznaczona jest jedynie - a
szkoda - w ogromnym skrócie. I oto mamy kolejny
trop, którym warto by podążyć.
W sumie
otrzymaliśmy jednak książkę ogromnie wartościową i
ważną. A że kontrowersyjną, to przecież tym lepiej.
Przyznaje to zresztą sam, nie cierpiący na przerost
skromności, autor. "Powiadają, że pierwsza książka - tak
jak pierwsze dziecko - jest zawsze tą ulubioną. Nie wiem
czy na tej regule można zawsze polegać. W każdym razie
mam powody przypuszczać, iż Orzeł Biały to jak dotąd najlepsza z moich
książek. Jest zwięzła i ma tempo".
I rzeczywiście. Zwłaszcza jeśli idzie o
zdanie ostatnie, trudno autorowi nie przyznać
racji.