Czy da się
napisać Historię Integralną? Taką, w której każdemu
problemowi, każdej dziedzinie życia, każdemu regionowi i
każdej warstwie społecznej poświęca się dokładnie tyle
miejsca i uwagi - ani mniej, ani więcej - ile się im
należy ze względu na ich udział w wielkim, wszechogarniającym,
Procesie Dziejowym?
Chyba się nie da - ale czytelnik, który
kartkuje nową pracę Normana Daviesa, skłonny jest
sądzić, że dzieło to w znaczący sposób przybliża się do
niemożliwego. Obyczaj i seks, polityka i gospodarka,
centra i prowincje, mężczyźni i kobiety, świątek i
piątek, wielkie procesy skroś stuleci i chwile
zatrzymane w kadrze - to tylko niektóre z
najróżniejszych wymiarów, perspektyw i kątów widzenia, w
które obfituje 1400 stron "rozprawy historyka z
historią"
-jak brzmi podtytuł polskiego
przekładu.
Takie jest pierwsze wrażenie
kartkującego; i podejrzewam, że wielu czytelników,
przerażonych rozmiarami książki, poprzestanie na
przeglądaniu, wyszukiwaniu licznych anegdotek,
ciekawostek i informacji, których próżno by szukać w
standardowych podręcznikach. Znajdą się jednak pewnie
tacy, którzy wezmą ołówek do ręki i zasiądą do
systematycznej lektury. Autor na to zasługuje: jeżeli
historyk pisze wielką księgę, zawierającą całokształt
dziejów kontynentu, to woln
o przypuszczać, że jego celem nie
jest podanie dużej ilości anegdotek, choćby nawet bardzo
zabawnych, lecz przedstawienie pewnej całościowej wizji
przeszłości. Wolno się spodziewać, że będzie się starał,
aby wszystkie te najróżnorodniejsze wymiary
przybrały pod jego
piórem jednolity sens, stały się częściami składowymi
ogólnego obrazu. Aby jednak zrozumieć ten obraz i móc
się nad nim zastanowić, trzeba czytać po kolei (przyznam
się, że generalnie nie lubię kartkować książek, choć
czasem muszę to robić: mam wrażenie, że książki, które nie
zasługują na systematyczną lekturę, nie zasługują w
ogóle na zainteresowanie).
"PROTODAVIES" i "DEUTERODAVIES"
Tak więc czytajmy. Wstęp jest
doskonały. Inteligentny, dowcipny i ironiczny atak na
konwencje obowiązujące w zachodniej historiografii,
wyróżnienie (serio, a zarazem złośliwie) różnych
schematów historii, którym ulegali badacze - oto Norman
Davies u szczytu swych talentów, taki, jakim pamiętamy
go z Bożego igrzyska. Główne ostrze ataku
skierowane jest przeciw zadufaniu zachodnich historyków,
pomijających mniejsze kraje, a badających jedynie dzieje
Anglii, Niemiec, Francji i Włoch, do czego jeszcze od
XVIII wieku dochodzi Rosja - i nazywających to "historią
Europy". Książka obiecuje naprawienie tego
błędu
.
Na ile zamiar ten został wypełniony?
Podczas lektury nasuwało mi się nieodparte wrażenie, że
książka składa się z dwóch różnych części i podobnie jak
uczeni bibliści wyróżniają np. rozdziały pióra
"Protoizajasza" i "Deuteroizajasza", tak przyszli
badacze mówić będą o "Protodaviesie" i
"Deuterodaviesie". W tym ujęciu "Protodavies" byłby
autorem wspomnianego wstępu oraz części rozdziału
pierwszego, traktującego o geografii Europy, a także
rozdziałów opisujących dzieje ostatnich dwóch stuleci.
"Deuteroda
vies"
(zapewne - sądzić będą przyszli badacze - późniejszy
naśladowca Mistrza) napisał natomiast większość dziejów
dawniejszych, od starożytnej Grecji do Oświecenia. Otóż
lekturze "Deuterodaviesa" towarzyszyło poczucie
zagubienia. Od czasu do czasu znajdo wałem tam interesujące myśli
i nieznane, a ciekawe spostrzeżenia, nie potrafiłem
jednak połączyć ich w całość. Wbrew zapowiedziom ze
wstępu, przytłacza nadmiar historii politycznej i
wyliczanki nazwisk nic mi nie mówiących monarchów. Autor
skacze po regionach
i datach, a choć rzeczywiście wiele uwagi poświęca
najrozmaitszym problemom społecznym, obyczajowym i tzw.
"życiu codziennemu", informacje te wydają się wyrwane z
całości. Bardzo źle przysłużył się tu pomysł z
"kapsułkami" (fragmentami tekstu, wydzielonymi w osobne ramki). Tak
chwalone przez recenzentów, są one niezłe dla anegdot
czy charakterystycznych szczegółów, ale jeśli w
"kapsułkach" przedstawione są niektóre z fundamentalnych
problemów - jak kształtowanie się nowoczesnego państwa
czy też kapitalistycznego rolnictwa - to wtedy
wydaje się, że autor chce sobie ułatwić zadanie,
przenosząc na margines to, co przecież powinno być jedną
z osi narracji.
Zawsze sądziłem, że Norman Davies
zaskoczyć nas może śmiałymi, kontrowersyjnymi i
błyskotliwymi uogólnieniami, które mogą ewentualnie
budzić wątpliwości pedantycznego specjalisty, lecz
zawsze skłaniają do refleksji. Tutaj tymczasem
(przypominam: chodzi mi nie o całość książki, lecz o
czasy przed rewolucją francuską) mamy, jak się zdaje,
problem od
wrotny: wątek gubi się w szczegółach
i żadna zasadnicza koncepcja się z niego nie wyłania. Co
za tym idzie, zatracają się literackie walory pisarstwa
Daviesa, i niektóre fragmenty stają się niebezpiecznie
nużące.
Autor stara się chwilami uzasadnić ową
chaotyczność: kilkakrotnie przedstawia rozmaite schematy
wyjaśniania stosowane przez historyków (w historii
ustroju, gospodarki, demografii historycznej i in.) po
to, aby podać w wątpliwość ich sensowność. Ta krytyka
zwykle jest bardzo przekonywająca, bo
wszelkie schematy z definicji są
schematyczne i pomijają niektóre niewygodne fakty;
niemniej jednak schematyzacja należy do podstawowych
metod wyjaśniania w nauce historycznej i samo obalanie
uogólnień, bez przedstawiania na ich miejsce lepszych, nie
jest dobrym zwyczajem. W nauce, tak jak
w naszej obecnej konstytucji, obowiązuje konstruktywne
wotum nieufności.
W kilku przypadkach sądzić można, że
profesor Davies ulega temu, co sam tak mocno zwalcza:
anglocentrycznemu punktowi widzenia. Oto rozdział
zatytułowany "Lumen" następuje od razu po rozdziale
"Renatio", oświecenie po renesansie: czy można uwierzyć,
że barok się gdzieś zgubił? Tak skłonni są patrzeć
historycy francuscy, dla których wiek XVII jest epoką
"klasycyzmu". Również badacze angielscy, jeśli w ogóle
barok dostrzegają, to sądzą - biedacy - że najbardziej
typowym przedstawicielem tego stylu jest Sir Christopher
Wren z londyńską katedrą św. Pawła. Jeśli jednak ujmować
sprawę z punktu widzenia szerszych części kontynentu -
Włoch, Hiszpanii,
krajów niemieckich czy
Rzeczypospolitej -to nie ulega chyba wątpliwości, że
barok jest epoką w kulturze nie mniej oryginalną i ważną
od oświecenia i renesansu. Lekceważenie jej stanowi
pewną formę zachodniego partykularyzmu.
Żart z "Protodaviesem" i
"Deuterodaviesem" nie powinien być ciągnięty zbyt
daleko. Również i w części dotyczącej dawniejszych
czasów są fragmenty doskonałe. Norman Davies zawsze
świetnie umiał ukazać, jak wydarzenia historyczne
obrastają w mit, jak są odbierane przez późniejsze
pok
olenia i jak
nabierają znaczenia symbolicznego. Przy omawianiu
prehistorycznych wykopalisk zacytowany jest wiersz
Seamusa Heaneya Człowiek z Tollund, przy
Grecji - fragmenty z Keatsa, Shelleya, Byrona i z
Sonetów do Orfeusza
Rilkego, przy Rzymie zaś wybór autora pada na
poetów innego rodzaju: Pieśni starorzymskie
Macaulaya i jeden z wierszyków z Puka z Pukowej
Górki Kiplinga. Gdyby
poeci ci byli cytowani przy omawianiu epok, w których
tworzyli (XIX i XX wieku), byłoby banalnie, że jednak są
przedstawieni jako komentarz do epok, którym poświęcili
swe wiersze, rzecz robi się ciekawa - czytelnik
otrzymuje jakby sygnał: uwaga, wydarzenia, o których
czytasz, są istotne, bo będą budziły oddźwięk jeszcze po
dwóch czy trzech tysiącach lat. To bardzo dobry
pomysł i może szkoda, że takich fragmentów
nie ma więcej.
Również inny pomysł przyniósł doskonałe
efekty. Każdy rozdział zaopatrzony jest w swoisty
epilog, którego tytuł jest nazwą jakiegoś miejsca i
datą. Następuje opis konkretnego zdarzenia, a następnie
szersze refleksje. Niemal wszystkie epilogi zapadają
głęboko w pamięć: oto oblężenie Syrakuz przez Rzymian,
pamiętne śmiercią Archimedesa, daje okazję do rozważań,
jak potoczyłyby się dzieje, gdyby Syrakuzanie
przetrzymali oblężenie, Kartagina wygrała
woj
ny punickie, a w efekcie
nasza kultura wyrosłaby na podłożu grecko-kartagińskim
zamiast grecko-rzymskim. Uwielbiam gdybologię
i taki temat do refleksji wydaje mi się bardzo
pouczający. Oto - ponad półtora tysiąca lat
później - majestatyczny opis oblężenia Konstantynopola przez Turków.
Norman Davies, który tak często odwołuje się do
najnowszych metod, pokazał tutaj, że nauczył się wiele
również u dawnych mistrzów swego fachu: umie - w
najlepszej tradycji klasycznej historiografii - ukazać
dramatyzm jednostkowego wydarzenia. Oto rok 1914:
Anglia decyduje się wkroczyć do wojny, a Norman Davies
zastanawia się, na ile historyk może w ogóle poznać
przyczyny skomplikowanego zjawiska (wojny światowej).
Najlepszy jednak epilog następuje po ostatnim rozdziale:
jak wyglądał dzień, w którym autor
skończył pisać swe dzieło? Wiadomości, usłyszane w tym
dniu w radio i przeczytane w gazecie, nabierają
symbolicznego wymiaru: "Tak wygląda plątanina wiadomości
dnia, której przyszli historycy będą musieli nadać
sens".
MODERNIZACJA l WOJNY
W ten sposób doszliśmy do dziejów
ostatnich dwóch stuleci. Około rewolucji francuskiej
wraca "Protodavies" ze wstępu i książka od razu nabiera
życia: zwarta, logicznie powiązana narracja składa się
na całościowy obraz przeszłości. Ironiczne uwagi pod
adresem historyków usiłujących "systematyzować" zanikły
- bo sam profesor Davies zaczyna tworzyć syntezę. Wiek
XIX widzi - najogólniej rzecz biorąc - jako epokę
wszechogarniającej modernizacji, której same sukcesy
wywołują jednak reakcję
w postaci irracjonalizmu kultury
przełomu wieków, a także coraz ostrzejszych
nacjonalizmów. W tej wizji wzajemnych uwarunkowań
modernizacji i sprzeciwu wobec niej (sprzeciwu, który
sam był jej elementem), szczególnie ciekawie wypadają
fragmenty poświęcone
przemianom myśli europejskiej. Żaden fragment
Europy nie wstrząsnął mną bardziej niż
cytat z D.H. Lawrence'a, który w 1908 roku fantazjował:
"gdybym mógł zrobić to co chcę, wybudowałbym komorę
śmierci wielką jak londyński Crystal Palace, gdzie cicho
grałaby wojskowa muzyka i gdzie działałby kinematograf;
potem szedłbym (...)ulicami i sprowadzałbym ich tam
wszystkich, chorych, chromych, okaleczonych.
Prowadziłbym ich łagodnie, a oni by się do mnie
uśmiechali z wyrazem pełnym znużonej podzięki"
(s. 913).
Nie wiem, czy Zygmunt Bauman znał te
słowa, gdy pisał swoją Nowoczesność i Zagładę,
ale trudno o lepsze poparcie jego tez, że masowe
eksterminacje całych narodów i grup społecznych są
nieodrodnym dzieckiem industrialnego i demokratycznego
społeczeństwa nowoczesnego, a totalitaryzm zakorzeniony
jest w pewnych elementach europejskiej kultury. Davies
nie naśladuje Baumana w podkreślaniu samych tylko
zagrożeń płynących z modernizacji: choć trafnie i
sugestywnie wskazuje na elementy "ciemne" i złowrogie,
kryjące się w tak,
zdawałoby się, staroświeckiej epoce fin de
siécle'u, jednak jego bilans modernizacji jest w
zasadzie dodatni.
Po bardzo dobrym rozdziale o wieku XIX
następują dwa jeszcze lepsze, poświęcone naszemu
kończącemu się stuleciu. Okres 1914-1945 potraktowany
został jako jednolita epoka wojen, przedzielonych
kilkunastoletnim zawieszeniem broni. Pomysł ten był już
znany, zresztą sam się narzucał, ale pod piórem
profesora Daviesa przedstawiony został niezwykle
przekonywająco. Drugi pomysł int
erpretacyjny w odniesieniu do
dziejów XX wieku - paralelne pokazanie rozwoju i cech
charakterystycznych obu wielkich totalitaryzmów -
przeprowadzony został w sposób błyskotliwy, a zarazem
skłaniający do głębszej refleksji. Łatwo bowiem o
ogólniki na temat
podobieństwa hitleryzmu i stalinizmu, lecz nieporównanie
trudniej zrobić to, czego podjął się Norman Davies,
mianowicie skonstruować szczegółową listę cech łączących
oba reżimy. Lista ta powina dać wiele do myślenia
specjalistom; tutaj zwróćmy jedynie uwagę, że nie znajdziemy na
niej jednej cechy, często uważanej za najważniejszą.
Otóż Davies podkreśla, że totalitaryzmy, wbrew nazwie,
nigdy nie osiągnęły totalnej kontroli nad zniewolonymi
społeczeństwami, a badanie realnego życia tych
społeczeństw odsłania o wiele więcej
komplikacji, niż sądzić by mogli ci, którzy widzą
społeczeństwo totalitarne na podobieństwo idealnie
działającego automatu.
Na jedną jeszcze kwestię chciałbym
zwrócić szczególną uwagę. Czytelnik z pewnością zauważy,
że dwa ostatnie rozdziały poruszają całą masę spraw
niesłychanie drażliwych, trudnych i budzących olbrzymie
emocje. Już porównanie hitleryzmu ze stalinizmem - z
naszej perspektywy rzecz oczywista - wzbudza czasem, jak
wiadomo, sprzeciwy na Zachodzie. A tutaj
jeszcze
: kwestia
odpowiedzialności Hitlera za wybuch II wojny; brak
zainteresowania Zachodu tragedią Żydów; Żydzi w
komunistycznym aparacie władzy po II wojnie światowej;
okrucieństwa i zbrodnie wojenne popełniane przez
aliantów zachodnich podczas II wojny światowej (nie ograniczały się one
jedynie do straszliwego nalotu na Drezno); wątpliwości
związane z prawomocnością Trybunału Norymberskiego.
Kwestie te są, jak wiadomo, obciążone niesłychanie
silnym ładunkiem ideologicznym. Norman Davies kładzie
więc palec między
drzwi. Niektóre z wyrażonych przezeń w tych kwestiach
opinii wydają mi się dyskusyjne, inne - całkowicie
błędne, pod niektórymi zaś podpisałbym się bez
zastrzeżeń; jednak to nie gra roli. Ważne jest, że
sprawy te, które oczywiście były już w mniejszym lub większym stopniu
przedmiotem badań szczegółowych, trafiły teraz do
syntetycznej pracy, gdzie poruszone zostały w sposób
spokojny i nieagresywny, jako problemy badawcze, nie zaś
argumenty polityczne. Przecież jeśli zwróci się uwagę,
że armie alianckie
nie zawsze zachowywały się jak anioły, a politycy
zachodni lekceważyli tragedię Zagłady, to nie oznacza to
jakiejkolwiek relatywizacji moralnej oceny Trzeciej
Rzeszy - jest zaś dowodem, że dzisiejszą Europę stać
na otwarte i niezakłamane spojrzenie na własną przeszłość.
Nie chciałbym popaść w sentymentalizm; ale czy polskiemu
czytelnikowi nie nasuwa się myśl, że Norman Davies
"rozdrapuje europejskie rany, aby nie zabliźniły się
błoną podłości"? Jego zainteresowanie historią
Polski uczuliło go na wszelkie formy mitologizowania
dziejów "ku pokrzepieniu serc"; ale czy nie dało mu
również pewnego uwrażliwienia na moralną stronę
przeszłości, w duchu najlepszych przedstawicieli naszej
romantycznej tradycji?
SYMPATIA l DYSTANS
Tak dotarliśmy do problemu, który
nie jest najważniejszy dla całości pracy, ale który na
pewno budzi zaciekawienie każdego polskiego czytelnika.
Zawsze przecież interesujący jest zagraniczny pisarz, który zahacza
w swej książce o sprawy polskie, a cóż dopiero, jeśli
jest nim aut
or
doskonałych prac z naszych dziejów! Otóż - w zasadzie
nie ma tu nic kontrowersyjnego. Nie potrafię zrozumieć
tych krytyków zachodnich, którzy zarzucali Daviesowi
nadmierny polonocentryzm. Polska zajmuje bowiem w jego
książce niewiele miejsca - ale przecież tyle naprawdę zajmowała w
dziejach naszego kontynentu. Jest rzeczywiście kilka
wypowiedzi, które ktoś bardzo surowy mógłby może uznać
za przesadnie polonofilskie: przykładowo, gdy Davies
ubolewa, że polski ruch narodowy miał w XIX wieku
"najgorszą prasę", to w
tym akurat przypadku ujęcie się za polskością wydaje się
niepotrzebne. Polski ruch narodowy budził w XIX wieku na
Zachodzie rozmaite opinie, ale wrogość nie dominowała, a
już żadną miarą nie można sądzić, by ruch ten był mniej
popularny albo mniej życzliwie oceniany od czeskiego czy
węgierskiego.
Sympatia autora do
Polski nie zaciera mu klarowności spojrzenia z dystansu,
jak choćby przy bardzo dobrej charakterystyce
XlX-wiecznych nacjonalizmów: "Do uświęcenia narodowych sentymentów
zmobilizowano religię; w wielu wypadkach także po to,
aby wznieść bariery między poszczególnymi grupami
etnicznymi. (...) Nawet powszechny Kościół
rzymskokatolicki udało się zwrócić przeciwko jego
własnej misji; odseparować Chorwatów od Serbów,
uodporn
ić Litwinów na rusyfikację,
a Polaków na germanizację". Przyznam, że bardzo
ucieszyłem się, natrafiwszy na to zdanie. Na ogół ci, co
pisali o roli Kościoła polskiego doby zaborów, chwalili
go za udział w ruchu narodowym bądź też ganili za
dystansowanie się od narodowej sprawy. Nieliczni
pamiętali, że działalność patriotyczna nie jest właściwą
domeną Kościoła, a nadmierne zaangażowanie w tej
dziedzinie szkodzi najważniejszemu zadaniu. Davies,
zwracając uwagę na tę sprawę, trafił w sedno.
Główna bowiem sympatia autora kieruje
się ku idei zjednoczenia Europy i przerwania dzielących
ją przez wieki bezsensownych wojen. Oczywista życzliwość
autora wobec małych i słabych narodów (chodzi tu nie
tylko o Europę Wschodnią, lecz również Szkotów czy
Walijczyków) ni
e
może więc stanowić alibi dla nacjonalizmów, które
przedstawione są wprawdzie ze zrozumieniem, lecz
zdecydowanie krytycznie. Warto zwrócić uwagę, że
omawiając korzenie ruchu na rzecz jedności Europy, autor
bardzo silnie podkreśla chrześcijański aspekt
tego dążenia, wynikający z chęci
zapobieżenia przyszłym wojnom podobnym do dwóch
światowych.
Książka Daviesa zachęca do rozważań,
które tu rozciągnęłyby się ponad miarę. Od jednej tylko
rzeczy nie chciałbym się uchylać: recenzent, który
domaga się od autora syntetycznego spojrzenia, powinien
zastosować się do głoszonych przez siebie reguł i
przedstawić syntetyczną ocenę. Oto ona: nawet w tych
częściach, które uważam za słabsze, mamy do czynienia z
pracą bardzo dobrą i zapewne najlepszą z dostępnych
na
polskim rynku
jednotomowych syntez; natomiast w części początkowej
oraz w rozdziałach o ostatnich dwóch stuleciach
otrzymaliśmy dzieło wybitne i błyskotliwe. Tak wygląda
ocena z perspektywy tych, którzy (tak jak ja) lubią
czytać książki po kolei. Natomiast z perspektywy zwolenników
"skakania" po książkach na chybił-trafił ocena będzie
jeszcze wyższa: mapki, wykresy, plany, "kapsułki" z
anegdotami, rozbudowane podpisy do ilustracji, liczne
cytaty literackie - to wszystko sprawia, że książka jest
rajem dla
"przeglądaczy", którzy chcą szybko dowiedzieć się całej
masy ciekawych rzeczy. Jeśli jednak pozwoliłem sobie na
tak długą recenzję, to dlatego, by spróbować przekonać
także ich, że książka zasługuje na dokładną
lekturę.