Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
RECENZJE   

RECENZJA Europy

Michał Cichy

EUROPA ZMIENIA PRZESZŁOŚĆ

Za zmianą polityki w jednoczącej się Europie w końcu pójdzie i zmiana historii, także w Polsce. Pamięć będzie szkolona inaczej. Nie będzie już przysposobieniem do obrony polskości i tresurą narodowej lojalności. Na tej drodze Europa Normana Daviesa jest wydarzeniem. Jest pierwszą naprawdę cywilną syntezą dziejów naszego kontynentu.

Dlaczego właściwie w historii Europy wojna gwelfów z gibelinami miałaby być ważniejsza od dziejów krzesła? Na krześle w końcu siedział każdy, a kto spotkał ostatnio jakiegoś gibelina? Cieszę się więc, że Norman Davies poświęca krzesłu jedną z 301 kapsułek, które są najbardziej interesującym wynalazkiem jego książki. To wtrącone w tekst opowieści o sprawach ważnych i nieważnych, ale prawie zawsze ciekawych. "Z królewskich pałaców tron jako symbol władzy przeszedł do Stolicy Apostolskiej i biskupstw jako cathedra, a także na uniwersytety, jako katedra profesorska. (...) Ludzie średniowiecza używali wykutych w kamieniu ław. Wolno stojących krzeseł zaczęto używać po raz pierwszy w celach zakonników, być może po to, aby ułatwić mnichom czytanie. Do standardowego wyposażenia domów dołączyły dopiero w XVI wieku (...). W szkołach, biurach i miejscach pracy weszły w powszechne użycie dopiero pod koniec wieku XIX".

Inne domowe sprzęty też mogą wiele ciekawego powiedzieć: "Wyrabianiem szkła zajmowano się od starożytności, ale szkło Greków i Rzymian było chropowate w dotyku i mętne w kolorze. Dopiero na Murano, gdzieś u schyłku XIII wieku, mistrzowie tej sztuki wynaleźli szkło, które było twarde i przezroczyste. (...) Wynalezienie przezroczystego szkła umożliwiło narodziny optyki i dokonało przełomu w rozwoju technik produkcji narzędzi precyzyjnych. (...) Dzięki okularom lektura stała się dostępna dłużej i dla większej liczby mnichów i uczonych, co sprawiło, że nauka zaczęła się szerzyć szybciej niż dawniej. (...) Wynalazek lustra przyniósł ze sobą doniosłe konsekwencje natury psychologicznej. U ludzi, którzy zobaczyli ostry i wyraźny wizerunek własnej twarzy, rozwinął się nowy sposób myślenia. Stali się bardziej świadomi własnego wyglądu i wobec tego wzrosło znaczenie stroju, fryzury, kosmetyków. Zaczęli też zgłębiać naturę związku między zewnętrznymi rysami twarzy a życiem wewnętrznym; krótko mówiąc, zajęli się badaniem osobowości. Rozwinęło się zainteresowanie malarstwem portretowym, biografią, modą. Bardzo nieśredniowieczny nawyk introspekcji znalazł silne odbicie w obrazach Rembrandta, a później - w powieści".

W kapsułkach przeczytamy też, jaki wkład w historię Europy wniosły: widelec, rachunkowość, krawat, lichwa, balet, krok defiladowy, propaganda, a także syfilis: "Europejski debiut syfilisu odbył się podobno w Barcelonie w 1493 roku. (...) Syfilis odbił się naturalnie bardzo szerokim echem. Mówiono o nim w kontekście seksualnego purytanizmu, który objął wszystkie klasy społeczne, z wyjątkiem arystokracji; łączono go z zakazem używania popularnych dotąd łaźni publicznych, w których panowały rozwiązłe obyczaje; z wprowadzeniem uścisku ręki w miejsce dawnej publicznej wymiany pocałunków; a także - poczynając od 1570 roku - z coraz powszechniejszą modą na peruki". (Syfilitykom wypadały włosy).

Daviesowe kapsułki to nie tylko ciekawostki, z reguły pomijane w bardziej solennych syntezach. Pokazują one nowe spojrzenie na przeszłość, gdzie liczy się nie sama polityka. Są też nowoczesną formą narracji, czymś w rodzaju wideoklipów historycznych - pociskami informacyjnymi wymierzonymi w czytelników z pokolenia telewizyjnego, uczulonych na długie teksty. Nie tylko zatem nowa treść, ale i opakowanie nowe.

Pamięć interesowna

Ojciec Herodot rozpoczyna swoje Dzieje, pierwsze dzieło historyczne napisane w naszej cywilizacji, słowami: "Herodot z Halikarnasu przedstawia tu wyniki swoich badań, żeby ani dzieje ludzkie z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci, ani wielkie i podziwu godne dzieła, jakich bądź Hellenowie, bądź barbarzyńcy dokonali, nie przebrzmiały bez echa, między innymi szczególnie wyjaśniając, dlaczego oni nawzajem z sobą wojowali".

25 wieków później wojna, a szerzej patrząc - władza (bo wojna zawsze toczy się o władzę) - jest nadal tym, o czym naucza się dzieci na lekcjach historii. Daty panowań, bitew i traktatów pokojowych przerywających dawno przebrzmiałe wojny... Ciągle pogarszająca się dola chłopa... Pamiętam, jak próbowałem dwóm świetnie się uczącym pannom z podstawówki uprzyjemnić naukę do klasówki z historii. Ale nie były ciekawe, dlaczego za Zygmunta III Polska toczyła wojny akurat z Moskwą i Szwecją oraz dlaczego skończyły się one tak, a nie inaczej. Chciały po prostu mieć "Zyzia Wazona" z głowy - zdać i zapomnieć. Zupełny brak zainteresowania historią, chociaż dziś powszechny, był jednak dla mnie zaskakujący. Zwłaszcza że ich dziadek jest znanym profesorem historii na uniwersytecie.

Dlaczego dzieci wieją przed historią, gdzie pieprz rośnie? Może taka, jaką podaje się w szkołach, jest dla nich wiedzą-trawą, nudną, zimną i bezużyteczną? Może historia się nam zestarzała?

Historia to nie jest po prostu przeszłość, coś istniejącego obiektywnie i niezmiennego; historia to próba zrozumienia przeszłości. Starożytny Grek, chcąc zrozumieć świat, musiał - jak pisał Ernst Cassirer - "rzucić go na ekran mitycznej przeszłości". Od tamtych czasów wszystko się zmieniło i jednocześnie wszystko zostało po staremu. Historia - nie jako nauka, tylko jako świadomość historyczna, czyli szkolona pamięć - jest nadal blisko mitu. Historia to mit przeszłości. Czyli "cała prawda" o tym, co dla nas w dziejach najważniejsze. A to, co najważniejsze, zmienia się zależnie od naszych teraźniejszych problemów i nadziei albo lęków, jakie wywołuje w nas przyszłość. Historia to zatem odpowiedź na pytania zadawane przeszłości przez teraźniejszość.

Mało co jest tak interesowne jak pamięć. Najlepiej to pokazują potępieńcze swary nad trupem PRL: ideologów "Polski Kwaśniewskiego" i "Polski Wałęsy" (Krzaklewskiego?) dzieli przecież nie program na przyszłość, tylko przeciwstawna wizja przeszłości.

Spory o PRL pokazują nie tylko interesowność pamięci; dowodzą też, że historii zawsze już będzie wiele. Inaczej będzie myślał o historii nie tylko wyborca AWS i SLD, ale także opolanin i Kaszub, żoliborski inteligent i chłop z Podlasia. Inne interesy, inna historia. Nie spodziewałbym się więc żadnych uzgodnień i nie sądzę, by wspólne apele w rodzaju głośnego tekstu Michnika i Cimoszewicza cokolwiek w tej sprawie zmieniły. Żywiołem demokracji nie jest bowiem jedność, tylko raczej permanentna kłótnia i wieczne rozbieżności; a jednak to dopiero one paradoksalnie utrwalają wspólnotę. Prawda o historii zawsze zależy od aktualnych interesów; dopóki kłócimy się o historię, dopóty możemy spać spokojnie, że demokratyczna debata nie jest zagrożona monopolem jakichś posiadaczy prawdy.

Zmienia się w Europie polityka: po raz pierwszy jesteśmy razem, chociaż (a może: dlatego że) pozostajemy różnorodni. Za zmianą polityki w końcu pójdzie i zmiana historii, także w Polsce. Pamięć będzie szkolona inaczej. Nie będzie już przysposobieniem do obrony polskości i tresurą narodowej lojalności; straszyć Brukselą i myszką Miki jak Hakatą i Apuchtinem to jednak nonsens widoczny gołym okiem. W dobie euro historia, także w Polsce, będzie pewnie coraz bardziej historią zaufania, a nie nieufności i historią życia ludzkiego raczej niż państw. Będzie si ę prywatyzować jak wszystko wokół. Ten proces już trwa. Pełno w księgarniach rozmaitych historii zmysłów, miłości, epidemii, starości, ojcostwa, dzieciństwa i tak dalej. Na razie są to głównie tłumaczenia, ale nasi autorzy też się w końcu do tych spraw zabiorą.

Europa Daviesa jest krokiem milowym na drodze prywatyzacji historii, bo jest pierwszą syntezą, w której historia prywatna bierze górę nad historią państwową. Zwiastuje czasy, kiedy historia przestanie być tą przeklętą dyscypliną powołaną w XIX wieku - jak pisze Davies w jednym z najbardziej poruszających fragmentów swojej książki - "do służby w interesach patriotyzmu", która "w formie krańcowej była świadomie ukierunkowywana na przygotowanie dzieci do przyszłej roli morderców i ofiar w wojnach prowadzonych przez ich naród".

Historia - szkoła morderców i ofiar... A przecież Cycero chciał, żeby była nauczycielką życia, a nie śmierci!

Niedokończone rewolucje

Były oczywiście w XX-wiecznej historiografii wyzwoleńcze rewolucje, przede wszystkim francuska szkoła "Annales" z jej zainteresowaniem "długim trwaniem" (w szczególności praktykami gospodarczymi i obyczajem) raczej niż wydarzeniami politycznymi; następne po twórcach "Annales" pokolenie twórców "historii mentalności" (Bronisław Geremek nazwał ją "wielkim odkryciem, które zmieniało problematykę i sposób podejścia do historii"); anglo-amerykański wynalazek "historii idei", dyscypliny położonej na styku historii bezprzymiotnikowej, filozofii i socjologii; strukturalistyczny przewrót w badaniach religii. Do szkół i liceów, a niestety nawet i do podręczników akademickich te rewolucje jednak nie dotarły.

Na naszych wydziałach historycznych - przynajmniej dziesięć lat temu, kiedy studiowałem - wciąż królowała historia władzy. Najwyżej szukało się jej gdzie indziej niż kiedyś: nie tylko w poczcie królów, ale - jak to robili marksiści i "Annales" - w stosunkach gospodarczych albo w przemianach instytucji przedstawicielskich i klientelizmu.

Renta gruntowa czy klientelizm - wciąż jednak chodzi tu o władzę, jak sto pokoleń temu, za ojczulka Herodota. Tymczasem zaszła na świecie fundamentalna przemiana: ugruntowała się wolnorynkowa demokracja, w której sama kwestia władzy gwałtownie straciła na znaczeniu dla naszego życia codziennego. W końcu, gdyby władza nadal nam dopiekała, nie tracilibyśmy w tak szybkim tempie zainteresowania polityką.

Kres mitu spadkobierstwa

W dawniejszych światach - arystokratycznym i ideologicznym - historia służyła władzy za naczelne uzasadnienie. Odpowiedź na pytanie, które plemię wcześniej osiadło w województwie gorzowskim, mogła uzasadniać prawa do panowania nad tą ziemią. W końcu nie przypadkiem od Wincentego Kadłubka do Władysława Gomułki mówiło się, że jesteśmy spadkobiercami Rzymian, Sarmatów, Piastów, powstańców listopadowych albo klasy robotniczej walczącej z wyzyskiem. A wszystko po to na przykład, żeby uzasadnić przewodnią rolę szlachty czy partii albo słuszność granicy na Odrze i Nysie. Terytorium najlepiej było przedstawić jako spadek, żeby żaden wróg nie ośmielił się podważyć naszych praw.

Mit spadkobierstwa był prastary i znany wszystkim kulturom. Rzymianie uważali się więc za spadkobierców Trojan, Frankowie - Rzymian, Rumuni - Daków (nawet auto nazwali Dacia). Ten mit sukcesyjny jest oczywisty w cywilizacji, w której głównym bogactwem jest terytorium, czyli ziemia. Polityka i jej Clausewitzowskie przedłużenie - wojna - były przez tysiące lat przede wszystkim grą o ziemię. Najpierw o ziemię rodzącą zboże (słowa "Bóg", "bogactwo" i "zboże" mają w słowiańskiej mowie wspólny rdzeń), potem o ziemię rodzącą węgiel i rudę. Dziś jednak źródła bogactwa biją gdzie indziej. W liberalno-demokratycznym państwie doby elektronicznego pieniądza rolnictwo i górnictwo przynoszą raczej straty niż dochody. Ziemia i terytorium nie są już fetyszami gospodarki.

Nie są także fetyszami polityki. Mit spadkobierstwa nie jest już potrzebny władzy do usprawiedliwienia rządów. Demokratyczne państwo ma inną - jak mówią prawnicy - legitymację niż arystokratyczne królestwo czy totalitarne imperium. W liberalnej demokracji to już nie "pierwszeństwo" ani inny wyrok historii legitymizuje władzę, tylko wyborcy. W demokracji władza rozprasza się, decentralizuje i traci sacrum . Staje się po prostu - to jeszcze pół wieku temu niewyobrażalne - częścią sektora usług!

Powtórzę, że w takim świecie historia ma inną niż kiedyś rolę do odegrania. Szkolona pamięć nie musi już służyć powszechnej mobilizacji narodowej. Nie musimy już pisać historii na nutę "Nie rzucim ziemi", bo nikt nie chce nam odebrać Wrocławia ani Białej Podlaskiej. Na żadną wojnę się nie zanosi. Europa po 1945 roku nie była, co prawda, wolna od wojen, ale w żadnej z nich nie starły się państwa demokratyczne.

Demokracja, liberalizm, miałkie idee - skrzywi się ktoś. Można umrzeć za ojczyznę, za wiarę, za rewolucję, a któż zechce umrzeć za liberalizm? Nikt. Ale za co nikt nie zechce umierać, nie zechce też zabijać. A nie jest to najgorszy argument za demokracją i liberalizmem.

Jeżeli istnieje coś takiego jak historia liberalno-demokratyczna, to jest to taka opowieść o przeszłości, w której pamięć nie jest wojenną bronią, tylko narzędziem życia. To taka pamięć, która pomaga każdemu z nas zrozumieć codzienne bytowanie, toczące się między pracą, rodziną, sklepem, bankiem, kościołem i komisją wyborczą. Książka Normana Daviesa jest właśnie wyrazem pamięci zdemilitaryzowanej. To pierwsza znana mi naprawdę cywilna historia Europy. Opowieść Daviesa, skupiona na obyczaju, kulturze, języku i kolorycie lokalnym, jest rzeczywiście historią życia, a nie szkołą morderców i ofiar. Jest zatem historią na miarę jednoczącej się liberalno-demokratycznej Europy. Dlatego uważam ją za wydarzenie.

"Gazeta Wyborcza" nr 126, 30-31.05.1998

powrót  
www.milosz.pl