Za zmianą polityki
w jednoczącej się Europie w końcu pójdzie i zmiana
historii, także w Polsce. Pamięć będzie szkolona
inaczej. Nie będzie już przysposobieniem do obrony
polskości i tresurą narodowej lojalności. Na tej drodze
Europa
Normana Daviesa jest
wydarzeniem. Jest pierwszą naprawdę cywilną syntezą
dziejów naszego kontynentu.
Dlaczego właściwie w historii Europy
wojna gwelfów z gibelinami miałaby być ważniejsza od
dziejów krzesła? Na krześle w końcu siedział każdy, a
kto spotkał ostatnio jakiegoś gibelina? Cieszę się więc,
że Norman Davies poświęca krzesłu jedną z 301 kapsułek,
które są najbardziej interesującym wynalazkiem jego
książki. To wtrącone w tekst opowieści o sprawach
ważnych i nie
ważnych, ale prawie zawsze
ciekawych. "Z królewskich pałaców tron jako symbol
władzy przeszedł do Stolicy Apostolskiej i biskupstw
jako cathedra, a także na uniwersytety, jako katedra
profesorska. (...) Ludzie średniowiecza używali wykutych
w kamieniu ław. Wolno stojących krzeseł zaczęto
używać po raz pierwszy w celach zakonników, być może po
to, aby ułatwić mnichom czytanie. Do standardowego
wyposażenia domów dołączyły dopiero w XVI wieku (...). W
szkołach, biurach i miejscach pracy weszły w powszechne
użycie dopiero pod koniec wieku XIX".
Inne domowe sprzęty też mogą wiele
ciekawego powiedzieć: "Wyrabianiem szkła zajmowano się
od starożytności, ale szkło Greków i Rzymian było
chropowate w dotyku i mętne w kolorze. Dopiero na
Murano, gdzieś u schyłku XIII wieku, mistrzowie tej
sztuki wynaleźli szkło, które było twarde i
przezroczyste. (...) Wynalezienie przezroczystego szkła
umożliwiło narodziny optyki i dokonało przełomu w
rozwoju technik produkcji narzędzi precyzyjnych. (...)
Dzięki okularom lektura stał
a się dostępna dłużej i dla
większej liczby mnichów i uczonych, co sprawiło, że
nauka zaczęła się szerzyć szybciej niż dawniej. (...)
Wynalazek lustra przyniósł ze sobą doniosłe konsekwencje
natury psychologicznej. U ludzi, którzy zobaczyli ostry
i wyraźny wizerunek
własnej twarzy, rozwinął się nowy sposób myślenia. Stali
się bardziej świadomi własnego wyglądu i wobec tego
wzrosło znaczenie stroju, fryzury, kosmetyków. Zaczęli
też zgłębiać naturę związku między zewnętrznymi rysami
twarzy a życiem wewnętrznym; krótko mówiąc, zajęli się
badaniem osobowości. Rozwinęło się zainteresowanie
malarstwem portretowym, biografią, modą. Bardzo
nieśredniowieczny nawyk introspekcji znalazł silne
odbicie w obrazach Rembrandta, a później - w powieści".
W kapsułkach przeczytamy też, jaki
wkład w historię Europy wniosły: widelec, rachunkowość,
krawat, lichwa, balet, krok defiladowy, propaganda, a
także syfilis: "Europejski debiut syfilisu odbył się
podobno w Barcelonie w 1493 roku. (...) Syfilis odbił
się naturalnie bardzo s
zerokim echem. Mówiono o nim w
kontekście seksualnego purytanizmu, który objął
wszystkie klasy społeczne, z wyjątkiem arystokracji;
łączono go z zakazem używania popularnych dotąd łaźni
publicznych, w których panowały rozwiązłe obyczaje; z
wprowadzeniem uścisku ręki w miejsce dawnej
publicznej wymiany pocałunków; a także - poczynając od
1570 roku - z coraz powszechniejszą modą na peruki".
(Syfilitykom wypadały włosy).
Daviesowe kapsułki to nie tylko
ciekawostki, z reguły pomijane w bardziej solennych
syntezach. Pokazują one nowe spojrzenie na przeszłość,
gdzie liczy się nie sama polityka. Są też nowoczesną
formą narracji, czymś w rodzaju wideoklipów
historycznych - pociskami informacyjnymi wymierzonymi w
czytelników z pokolenia telewizyjnego, uczulonych
na
długie teksty. Nie tylko
zatem nowa treść, ale i opakowanie nowe.
Pamięć interesowna
Ojciec Herodot rozpoczyna swoje
Dzieje, pierwsze
dzieło historyczne napisane w naszej cywilizacji,
słowami: "Herodot z Halikarnasu przedstawia tu wyniki
swoich badań, żeby ani dzieje ludzkie z biegiem czasu
nie zatarły się w pamięci, ani wielkie i podziwu godne
dzieła, jakich bądź Hellenowie, bądź barbarzyńcy
dokonali, nie przebrzmiały bez echa, między innymi
szczególnie wyjaśniając, dlaczego oni nawzajem z sobą
wojowali".
25 wieków później wojna, a szerzej
patrząc - władza (bo wojna zawsze toczy się o władzę) -
jest nadal tym, o czym naucza się dzieci na lekcjach
historii. Daty panowań, bitew i traktatów pokojowych
przerywających dawno przebrzmiałe wojny... Ciągle
pogarszająca się dola chłopa... Pamiętam, jak próbowałem
dwóm świetnie się uczącym pannom z podstawówki
uprzyjemnić naukę do klasówki z historii. Ale nie były
ciekawe, dlaczego za Zygmunta III Polska toczyła wojny
akurat z Moskwą i Szwecją oraz dlaczego skończyły się
one tak, a nie inaczej. Chciały po prostu mieć "Zyzia
Wazona" z głowy - zdać i zapomnieć. Zupełny brak
zainteresowania historią, chociaż dziś powszechny, był
jednak dla mnie zaskakujący. Zwłaszcza że ich dziadek
jest znanym profesorem historii n
a
uniwersytecie.
Dlaczego dzieci wieją przed historią,
gdzie pieprz rośnie? Może taka, jaką podaje się w
szkołach, jest dla nich wiedzą-trawą, nudną, zimną i
bezużyteczną? Może historia się nam zestarzała?
Historia to nie jest po prostu
przeszłość, coś istniejącego obiektywnie i niezmiennego;
historia to próba zrozumienia przeszłości. Starożytny
Grek, chcąc zrozumieć świat, musiał - jak pisał Ernst
Cassirer - "rzucić go na ekran mitycznej przeszłości".
Od tamtych czasów wszystko się zmieniło i
jednocześ
nie
wszystko zostało po staremu. Historia - nie jako nauka,
tylko jako świadomość historyczna, czyli szkolona pamięć
- jest nadal blisko mitu. Historia to mit przeszłości.
Czyli "cała prawda" o tym, co dla nas w dziejach
najważniejsze. A to, co najważniejsze, zmienia się zależnie od naszych
teraźniejszych problemów i nadziei albo lęków, jakie
wywołuje w nas przyszłość. Historia to zatem odpowiedź
na pytania zadawane przeszłości przez teraźniejszość.
Mało co jest tak interesowne jak
pamięć. Najlepiej to pokazują potępieńcze swary nad
trupem PRL: ideologów "Polski Kwaśniewskiego" i "Polski
Wałęsy" (Krzaklewskiego?) dzieli przecież nie program na
przyszłość, tylko przeciwstawna wizja przeszłości.
Spory o PRL pokazują nie tylko
interesowność pamięci; dowodzą też, że historii zawsze
już będzie wiele. Inaczej będzie myślał o historii nie
tylko wyborca AWS i SLD, ale także opolanin i Kaszub,
żoliborski inteligent i chłop z Podlasia. Inne interesy,
inna historia. Nie spodziewałbym się więc żadnych
uzgodnień i nie
sądzę, by wspólne apele w rodzaju
głośnego tekstu Michnika i Cimoszewicza cokolwiek w tej
sprawie zmieniły. Żywiołem demokracji nie jest bowiem
jedność, tylko raczej permanentna kłótnia i wieczne
rozbieżności; a jednak to dopiero one paradoksalnie
utrwalają wspólnotę. Prawda o
historii zawsze zależy od aktualnych interesów; dopóki
kłócimy się o historię, dopóty możemy spać spokojnie, że
demokratyczna debata nie jest zagrożona monopolem
jakichś posiadaczy prawdy.
Zmienia się w Europie polityka: po raz pierwszy
jesteśmy razem, chociaż (a może: dlatego że) pozostajemy
różnorodni. Za zmianą polityki w końcu pójdzie
i zmiana historii, także w Polsce. Pamięć będzie szkolona
inaczej. Nie będzie już przysposobieniem do obrony
polskości i tresurą narodowej lojalności; straszyć
Brukselą i myszką Miki jak Hakatą i Apuchtinem to
jednak nonsens widoczny gołym okiem. W dobie euro historia,
także w Polsce, będzie pewnie coraz bardziej historią
zaufania, a nie nieufności i historią życia
ludzkiego raczej niż państw. Będzie s
i ę prywatyzować jak
wszystko wokół. Ten proces już trwa. Pełno w
księgarniach rozmaitych historii zmysłów, miłości,
epidemii, starości, ojcostwa, dzieciństwa i tak dalej. Na razie
są to głównie tłumaczenia, ale nasi autorzy też się w
końcu do tych spraw zabiorą.
Europa
Daviesa jest krokiem milowym na drodze prywatyzacji
historii, bo jest pierwszą syntezą, w której historia
prywatna bierze górę nad historią państwową. Zwiastuje
czasy, kiedy historia przestanie być tą przeklętą
dyscypliną powołaną w XIX wieku - jak pisze Davies w
jednym z najbardziej poruszających fragmentów swojej
książki - "do służby w interesach patriotyzmu", która "w
formie krańcowej była świadomie ukierunkowywana na
przygotowanie dzieci do przyszłej roli morderców i ofiar
w wojnach prowadzonych
przez ich naród".
Historia - szkoła morderców i ofiar...
A przecież Cycero chciał, żeby była nauczycielką życia,
a nie śmierci!
Niedokończone rewolucje
Były oczywiście w XX-wiecznej
historiografii wyzwoleńcze rewolucje, przede wszystkim
francuska szkoła "Annales" z jej zainteresowaniem
"długim trwaniem" (w szczególności praktykami
gospodarczymi i obyczajem) raczej niż wydarzeniami
politycznymi; następne po twórcach "Annales" pokolenie
twórców "historii mentalności" (Bronisław Geremek nazwał
ją "wielkim odkryciem, które zmieniało problematykę i
sposób podejścia do historii"); anglo-amerykański
wynalazek "historii idei", dyscypliny położonej na styku
historii bezprzymiotnikowej, filozofii i socjologii;
strukturalistyczny przewrót w badaniach rel
igii. Do szkół i liceów, a niestety
nawet i do podręczników akademickich te rewolucje jednak
nie dotarły.
Na naszych wydziałach historycznych -
przynajmniej dziesięć lat temu, kiedy studiowałem -
wciąż królowała historia władzy. Najwyżej szukało się
jej gdzie indziej niż kiedyś: nie tylko w poczcie
królów, ale - jak to robili marksiści i "Annales" - w
stosunkach gospodarczych albo w przemianach instytucji
przedstawicielskich i klientelizmu.
Renta gruntowa czy klientelizm - wciąż
jednak chodzi tu o władzę, jak sto pokoleń temu, za
ojczulka Herodota. Tymczasem zaszła na świecie
fundamentalna przemiana: ugruntowała się wolnorynkowa
demokracja, w której sama kwestia władzy gwałtownie
straciła na znaczeniu dla naszego życia codziennego. W
końcu, gdyby władza
nadal nam dopiekała, nie
tracilibyśmy w tak szybkim tempie zainteresowania
polityką.
Kres mitu spadkobierstwa
W dawniejszych światach -
arystokratycznym i ideologicznym - historia służyła
władzy za naczelne uzasadnienie. Odpowiedź na pytanie,
które plemię wcześniej osiadło w województwie
gorzowskim, mogła uzasadniać prawa do panowania nad tą
ziemią. W końcu nie przypadkiem od Wincentego Kadłubka
do Władysława Gomułki mówiło się, że jesteśmy
spadkobiercami Rzymian, Sarmatów, Piastów, powstańców
listopad
owych albo klasy robotniczej
walczącej z wyzyskiem. A wszystko po to na przykład,
żeby uzasadnić przewodnią rolę szlachty czy partii albo
słuszność granicy na Odrze i Nysie. Terytorium najlepiej
było przedstawić jako spadek, żeby żaden wróg nie
ośmielił się podważyć naszych praw.
Mit spadkobierstwa był prastary i znany
wszystkim kulturom. Rzymianie uważali się więc za
spadkobierców Trojan, Frankowie - Rzymian, Rumuni -
Daków (nawet auto nazwali Dacia). Ten mit sukcesyjny
jest oczywisty w cywilizacji, w której głównym bogactwem
jest terytorium, czyli ziemia. Polityka i jej
Clausewitzowskie przedłużenie - wojna - były przez
tysiące lat przede wszystkim grą o ziemię. Najpierw o
ziemię rodzącą zboże (słowa "Bóg", "bogactwo" i "zboże"
mają w słowiańskiej mowie
wspólny rdzeń), potem o ziemię
rodzącą węgiel i rudę. Dziś jednak źródła bogactwa biją
gdzie indziej. W liberalno-demokratycznym państwie doby
elektronicznego pieniądza rolnictwo i górnictwo
przynoszą raczej straty niż dochody. Ziemia i terytorium
nie są już fetyszami gospodarki.
Nie są także
fetyszami polityki. Mit spadkobierstwa nie jest już
potrzebny władzy do usprawiedliwienia rządów.
Demokratyczne państwo ma inną - jak mówią prawnicy -
legitymację niż arystokratyczne królestwo czy
totalitarne imperium. W liberalnej demokracji to już nie
"pierwszeństwo" ani inny wyrok historii legitymizuje
władzę, tylko wyborcy. W demokracji władza rozprasza
się, decentralizuje i traci sacrum
. Staje się po prostu - to jeszcze pół wieku temu
niewyobrażalne - częścią sek
tora usług!
Powtórzę, że w takim świecie historia
ma inną niż kiedyś rolę do odegrania. Szkolona pamięć
nie musi już służyć powszechnej mobilizacji narodowej.
Nie musimy już pisać historii na nutę "Nie rzucim
ziemi", bo nikt nie chce nam odebrać Wrocławia ani
Białej Podlaskiej. Na żadną wojnę się nie zanosi. Europa
po 1945 roku nie była, co prawda, wolna od wojen, ale w
żadnej z nich nie starły się państwa demokratyczne.
Demokracja, liberalizm, miałkie idee -
skrzywi się ktoś. Można umrzeć za ojczyznę, za wiarę, za
rewolucję, a któż zechce umrzeć za liberalizm? Nikt. Ale
za co nikt nie zechce umierać, nie zechce też zabijać. A
nie jest to najgorszy argument za demokracją i
liberalizmem.
Jeżeli istnieje coś takiego jak
historia liberalno-demokratyczna, to jest to taka
opowieść o przeszłości, w której pamięć nie jest wojenną
bronią, tylko narzędziem życia. To taka pamięć, która
pomaga każdemu z nas zrozumieć codzienne bytowanie,
toczące się między pracą, rodziną, sklepem, bankiem,
kościołem i komisją wyborc
zą. Książka Normana Daviesa jest
właśnie wyrazem pamięci zdemilitaryzowanej. To pierwsza
znana mi naprawdę cywilna historia Europy. Opowieść
Daviesa, skupiona na obyczaju, kulturze, języku i
kolorycie lokalnym, jest rzeczywiście historią życia, a
nie szkołą morderców i ofiar. Jest zatem historią na
miarę jednoczącej się liberalno-demokratycznej Europy.
Dlatego uważam ją za wydarzenie.