Norman Davies
powiada przekornie: "Z europejską historią jest jak z
wielbłądem: zamiast próbować go zdefiniować,
praktyczniej jest go opisać". Największą korzyść z
takiego podejścia do sprawy brytyjskiego historyka mają
czytelnicy. Co nie znaczy, że lektura Europy.
Rozprawy historyka z historią
jest
lekka, łatwa i przyjemna, choć tę książkę (a właściwie
księgę, bo dzieło liczy 1400 stron i waży prawie dwa
kilogramy) czyta się jednym tchem.
Autor pozbawia
czytelników Europy
, wszystko jedno, w
jakim kraju żyjących, bardzo wielu złudzeń. Podważa
mity, z nieskrywaną satysfakcją punktuje wszelkie
uproszczenia, przemilczenia i zwykle fałsze, od których się roi
w historii nauczanej w szkołach, a także niestety na
uniwersytetach.
Ponieważ
najbardziej "oberwało się" od Daviesa historykom
anglosaskim, nic dziwnego, że właśnie w Wielkiej
Brytanii i Stanach Zjednoczonych odezwały się głosy, że
nowa praca autora Bożego igrzyska,
powstała w
opozycji przeciwko anglocentryzmowi prezentowanemu przez
zachodnich naukowców, w rzeczywistości odwraca
proporcje, na domiar złego grzesząc nadmiernymi
sympatiami propolskimi.
Rozsądnie i z umiarem
Norman Davies, choć nie ukrywa swojej
przyjaźni dla Polski i Polaków, nie jest bynajmniej
wobec naszych dziejów bezkrytyczny. Jego oceny tych
rozdziałów naszych dziejów, kiedy np. do głosu dochodził
polski nacjonalizm, są jednoznaczne. Autor
Europy
namawia
do umiaru i rozsądku
przy ferowaniu sądów o najbardziej nawet tragicznych
wydarzeniach. Tak m.in. czyni, opisując zbrodnie, jakie
miały miejsce na Wołyniu, gdzie na wiosnę 1943 r.
zginęło 40 tysięcy Polaków. Zginęli oni z rąk
ukraińskich, ale świat zachodni o tym nie wie, gdyż
przyjęto, że wszystkich zbrodni w Europie Wschodniej
dokonali hitlerowcy. Oskarżanie Ukraińców przez Polaków
o współpracę z Niemcami mija się z celem. W końcu Polacy
współpracowali z Armią Czerwoną, a w Schupo nie
brakowało Polaków ze
Śląska. O sporach terytorialnych, jakich nie brakuje
między państwami, których granice ustalili Stalin,
Roosevelt i Churchill, najmądrzej powiedziała hrabina
Marion Dönhoff, redaktor naczelny, a później wydawca
"Die Zeit": "Najwyższą formą miłości jest chyba taka miłość, która
nie łączy się z posiadaniem", wyrażając zarazem
nadzieję, że jej rodzinne Prusy Wschodnie są piękne jak
kiedyś.
Ale też w jednej z
301 zawartych w Europie
tzw. kapsułek (niewielkich rozmiarów opracowań
dotyczących różnorodnych kwestii, nie tylko
politycznych, ale i kulturowych, społecznych,
obyczajowych), zatytułowanej "Elsass", podkreśla Norman
Davies, jak wiele mają ze sobą wspólnego: Strasburg,
Lwów, Wrocław i Kijów. Wszystkie te miasta - czytamy -
"Były kosmopoli
tycznymi stolicami wielonarodowych
dzielnic lub krajów i dla wszystkich roszczenia
narodowościowe jednej ze społeczności, z wyłączeniem
innych, okazały się jednakowo destrukcyjne".
Norman Davies podważa angloamerykański
(a i francuski) schemat historii, w myśl którego
"wspólnota atlantycka" stanowi szczyt postępu w rozwoju
ludzkości, w II wojnie światowej Dobro zwyciężyło Zło,
wszyscy walczący po stronie Hitlera to kolaboranci, ZSRR
byt strategicznym sprzymierzeńcem, którego dążenie do
bezpieczeństw
a
usprawiedliwia dominację nad "zacofanym Wschodem". Tym
mocniej akcentuje wszystkie fakty, które zadają kłam
takim obiegowym opiniom. Nie da się pogodzić z nimi ani
Katynia, ani bombardowania Drezna, ani żołnierzy armii
Własowa i innych formacji wojskowych wydawanych Sowietom po wojnie
przez alianckich sojuszników - na
śmierć.
Niech przemówią fakty
O historycznych
stosunkach polsko-rosyjskich mówi profesor Davies bez
osłonek, przypominając tablicę umieszczoną w klasztorze
w Siergijewym Posadzie koło Moskwy: "Tyfus - Tatarzyn -
Polak - Trzy Plagi". Związek Sowiecki znalazł sobie
znacznie więcej plag, ale o polskiej nie zapomniał. 26
lutego 1939 r. w moskiewskim Teatrze Wielkim wystawiono
nie graną od rewolucji operę Glinki Życie za
cara
na
nowo nazw
aną Iwan Susanin
, w której bohater tytułowy - poczciwy wieśniak
ratuje cara (założyciela dynastii Romanowów) z rąk
zaborczych Polaków. Tej opery nigdy nie grano w
Warszawie i Krakowie, znalazła się za to na scenie
niemieckiego teatru w Poznaniu w 1899 r. i po raz drugi w
lutym 1940 roku - w Berlinie.
Okupanci II Rzeczypospolitej nie byli
tak finezyjni, jak ich poprzednicy, którzy dokonali
trzech rozbiorów Polski i Litwy "przeprowadzonych
gangsterskimi metodami; za wszystkimi formalnymi
układami kryła się niepisana groźba przemocy, a ofiary
zmuszono, aby w milczeniu znosiły swoje
okaleczenia".
Rozbiory Polski, z ironią pisze Norman
Davies, "są najdoskonalszym przykładem pokojowej
agresji, jakim może się poszczycić historia Europy". Za
najdoskonalszy zamach wojskowy w dziejach nowoczesnej
Europy uważa natomiast brytyjski historyk wprowadzenie
stanu wojennego przez generała Jaruzelskiego.
Autor
Europy cierpliwie prostuje
fałsze i przemilczenia, dając przemówić faktom. W ten
sposób omawia m.in. relacje polsko-żydowskie. We Lwowie,
który polskie wojska odbierały Ukraińcom, w nocy z 22 na
23 listopada 1918 r. zginęły 374 osoby, w tym 55 Żydów.
Świat dowiedział się o "Lemberger pogromie", tymczasem -
pisze Davies - "najgorsze rzeczy działy się
gdz
ie indziej. Ale -
nie po raz ostatni - ostrze wrogiej propagandy
najboleśniej uderzyło w Polskę". Po doświadczeniach
kończącego się stulecia, szczególnie po Holocauście
pozostało dziedzictwo "wzajemnych oskarżeń, fałszywych
informacji, moralnego zamętu".
Bez taryfy ulgowej
Davies nie stosuje taryfy ulgowej w
ocenach polityków, szczególnie współczesnych. O
Gorbaczowie powiada, że nie był wcale architektem
wolności, lecz dozorcą, który "widząc, że tama za moment
pęknie - zdecydował się otworzyć śluzę i pozwolić wodzie
popłynąć". O Lechu Wałęsie ma Davies do powiedzenia
tyle, że "w grudniu 1990 roku przepchał się do
prezydenckiego fotela, utraciwszy jedną czwartą
elektoratu na rzecz kukły podstawionej przez byle służby
bezpieczeństwa".
Najbardziej znaczącą rolę w integracji naszego
kontynentu odegrali - zdaniem autora Europy
- Jacques
Delors, konsekwentny czy raczej uparty przewodniczący
Komisji Europejskiej i młody Niemiec Matthias Rust,
który pewnego pięknego dnia w 1987 r. wylądował
awionetką na placu
Czerwonym, przedostając się pod najgęstszą podobno
siecią urządzeń przeciwlotniczych w świecie.
Rust za jednym zamachem ośmieszył zimną
wojnę, wojujący komunizm i Związek Radziecki. Niebawem
ten ostatni przestał istnieć. Europa ma szansę
zjednoczyć się, czy jednak tak się stanie, czy - jak
chciał tego już w 1948 r. hiszpański pisarz Salvador de
Madariaga - "Hiszpanie powiedzą
'nasze Chartres', Anglicy - 'nasz
Kraków', Włosi - 'nasza Kopenhaga', a Niemcy - 'nasza
Brugia'". Tego nie wiemy i nie wymagajmy od Normana
Daviesa, historyka przecież, a nie proroka, odpowiedzi
na to pytanie. Na razie Europa wciąż pędzi. Autor
jednego z największych bestsellerów ostatnich tygodni na
chwilę zatrzymał ją w tym pędzie.