Nigdy nie walczyłem w żadnej wojnie. Zgłosiłem się do służby w Marynarce Królewskiej, ale nigdy nie zostałem powołany. Prawdę mówiąc, nigdy nie miałem w ręce prawdziwego karabinu i nigdy nie strzelałem - nawet do królików czy bażantów. Wobec tego może nie jestem właściwym historykiem, który powinien się zajmować opisywaniem czynów i towarzyszących im emocji związanych z doniosłym wydarzeniem wojskowym. Czasem się zastanawiam, czy to właśnie nie moja własna nieświetna kariera niekombatanta skłoniła mnie do bezkrytycznego podziwu dla młodych mężczyzn i kobiet z podziemnej Armii Krajowej, która stanęła naprzeciw zawodowym siłom zbrojnym Trzeciej Rzeszy i która - trwając na polu walki dziesięciokrotnie dłużej, niż się spodziewano - dokonała jednego z najbardziej pamiętnych czynów w dziejach drugiej wojny światowej.
Wiem natomiast, że gdybym jako chłopak w odpowiednim wieku znalazł się w 1944 roku w Warszawie, to z całą pewnością byłbym wstąpił do Armii Krajowej. Do osiemnastego roku życia byłem aktywnym członkiem skautingu i wychowałem się w tym idealistycznym, romantycznym, religijnym i patriotycznym duchu, który był czymś powszechnym wśród skautów tamtego pokolenia. W czasie wojny byłbym szczęśliwym działaczem konspiracji i niewiele się zastanawiając, wstąpiłbym razem z moimi rówieśnikami do ,,Baszty'' czy ,,Parasola''. Nie potrafię powiedzieć, czy miałbym dość siły psychicznej i fizycznej, aby przejść ,,próbę ogniową''. Ale przy mojej atletycznej budowie i naturze skłonnej do rywalizacji byłbym dobry w przedzieraniu się przez ruiny i polowaniu na Niemców. Jednocześnie obawiam się jednak, że jako człowiek dość gwałtowny i mało praktyczny szybko bym się dał zabić. I właśnie z tego powodu szczególnie mnie wzrusza życie i legenda Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Często się mawia - i nie bez racji - że historycy powinni zachowywać emocjonalny dystans wobec tego, o czym piszą. Ale jest też prawdą, że historycy, którzy zachowują całkowity dystans i trzymają się z dala od opisywanych zdarzeń, są narażeni na niebezpieczeństwo utraty świadomości moralnych dylematów i emocjonalnych cierpień innych ludzi. A takiego konfliktu, jakim było Powstanie Warszawskie, nie da się w pełni opisać wyłącznie w kategoriach akcji wojskowych i politycznych manewrów. Empatia i wyobraźnia są równie konieczne jak wyważone sądy.
Jako Brytyjczyka szczególnie interesowało mnie to, co dotyczyło roli Wielkiej Brytanii. Im bardziej się zastanawiam nad wydarzeniami 1944 roku, tym bardziej uświadamiam sobie niedociągnięcia Brytyjczyków (i Amerykanów). I nabieram tym mocniejszego przekonania, że Powstanie Warszawskie można właściwie ocenić tylko w kontekście sojuszu aliantów. Miałem coraz silniejsze wrażenie, że polscy historycy byli nazbyt skłonni albo przerzucać całą winę na własną, polską stronę, albo dawać wiarę zbyt uproszczonym teoriom na temat bezdusznej zdrady ze strony Zachodu. Ostatecznie doszedłem do przekonania, że nikt z uczestników wydarzeń nie był bez winy, ale również, że polscy przywódcy Powstania mieli słuszne powody podejmowania wielu ze swoich kontrowersyjnych działań, a lwiej części ignorancji, niekompetencji i złej woli należy szukać gdzie indziej. Moją analizę podsumowuję zatem stwierdzeniem, że ,,głównej przyczyny niepowodzenia Powstania należy szukać w systematycznym załamaniu się całej koalicji''.
Przede wszystkim zaś, jako przedstawiciel narodu, który tak się chlubi zwycięstwem aliantów, miałem poczucie, że zbyt mało uznania i szacunku okazano służbie i ofierze lojalnego Sojusznika. Zbyt łatwo było krytykować tych, którzy przegrali, zbyt wygodnie było opinii publicznej Zachodu pławić się w fałszywym blasku naszej nieomylności. Albowiem Polacy - bez własnej winy - dostali się w pułapkę nie tylko bezwzględnej przemocy Hitlera i Stalina, ale także sojuszu z Zachodem, który się okazał tak bardzo jednostronny. Odnieśliśmy znaczne korzyści z podjętych przez Polskę wojennych trudów. Natomiast Polska nie odniosła korzyści z trudów poniesionych przez nas. I to trzeba było powiedzieć.
Po raz pierwszy usłyszałem o Powstaniu Warszawskim, kiedy z grupą brytyjskich studentów przyjechałem do Warszawy podczas ferii wielkanocnych 1962 roku. Pierwszego dnia pobytu pokazano nam Rynek Starego Miasta, który został świeżo odbudowany, i opowiedziano o jego zniszczeniu ,,w wyniku walk'' i ,,podczas wojny''. Ktoś zażartował, że może te zrekonstruowane budynki nie mają jeszcze nawet dziesięciu lat, ale wyglądają, jakby pochodziły z XV wieku. Tego samego dnia zaprowadzono nas do getta i pod pomnik Ofiar Getta. Pewnie nam opowiadano o spaleniu getta, bo w pamięci utkwił mi pewien dziwny szczegół. Podniosłem z gruzów kawałek nadpalonej kości i pomyślałem, że może to jest kość ludzka. Najwyraźniej byłem przerażony tym, czego się dowiadywałem. Ale najlepiej pamiętam swoją złość. Jak to możliwe, że ja, absolwent Wydziału Historii Nowożytnej wielkiego uniwersytetu w Oksfordzie, mogłem o tym nie wiedzieć wcześniej? Z pewnością zacząłem wtedy zadawać pytania i z pewnością dowiedziałem się podstawowych faktów o Powstaniu. W mojej pamięci utkwiły jeszcze dwa momenty. Po pierwsze, zapamiętałem, że nasza grupa szła wzdłuż jednej z ulic, dziś wiem, że to była Miodowa. Zbliżaliśmy się do skrzyżowania z Długą - tam gdzie blisko trzydzieści lat później stanął pomnik Powstania Warszawskiego - i wtedy nasza przewodniczka kazała nam spojrzeć na właz do kanału na środku skrzyżowania, ale zabroniła się zatrzymywać, ,,bo się nam przyglądają''. Potem wyjaśniła, dlaczego ten właśnie właz był taki ważny. Drugi moment nastąpił, kiedyśmy stali na skarpie na tyłach Krakowskiego Przedmieścia, patrząc na przeciwległy brzeg Wisły. Wydawało się, że prawy brzeg rzeki jest strasznie blisko. Przewodniczka powiedziała chyba: ,,Do tego miejsca doszli Rosjanie podczas Powstania''. Miało minąć dużo czasu, zanim w pełni zrozumiałem znaczenie jej słów. [...]
Po powrocie z pierwszej podróży do Polski próbowałem zmniejszyć swoją ignorancję w sprawie Powstania Warszawskiego. Pamiętam, że przeczytałem wspomnienia Churchilla z czasu wojny, które zawierają spory rozdział poświęcony wydarzeniom z 1944 roku. Jak można się było spodziewać, Churchill bezgranicznie wychwalał męstwo powstańców, a mówiąc o postępowaniu Sowietów, powtórzył przymiotnik ,,złowrogie'', którego już raz wcześniej użył. Podał do wiadomości publicznej nawet gorzkie w tonie przesłanie od kobiet Warszawy, które mówiły światu, że ,,Polskę potraktowano gorzej niż sojuszników Hitlera''. Natomiast nie przedstawił niestety żadnej krytycznej analizy polityki aliantów. Można się było tylko domyślać, że stało się coś bardzo niedobrego, ale nie sposób było się dowiedzieć co.
Potem, kiedy lepiej poznałem Polaków w Londynie, uświadomiłem sobie, że spora ich grupa winą za upadek Powstania obarcza swoich własnych przywódców. Ten punkt widzenia stanowił dla mnie niespodziankę, ponieważ był w znacznym stopniu zbieżny z linią polityczną propagowaną przez reżim komunistyczny w Warszawie. W pewnym okresie pracowałem nad kilkoma tematami - chociaż nie nad Powstaniem - z doktorem Janem Ciechanowskim, wykształconym w Wielkiej Brytanii historykiem i autorem jednego z niewielu napisanych po angielsku opracowań Powstania. Doktor Ciechanowski, który sam brał udział w Powstaniu i który przeszedł twardą szkołę wojny i wygnania, wykonał ogrom niezwykle ważnej pracy, badając w zbiorach archiwalnych w Londynie dokumenty dotyczące polityki i wewnętrznych podziałów w łonie polskiego rządu z czasu wojny oraz formułując całościową interpretację kwestii jego odpowiedzialności za tragedię Warszawy. Według tego scenariusza zarówno gabinet premiera Mikołajczyka, jak i przywódców wojskowego podziemia obwinia się o nierealistyczne postawy, które pociągnęły za sobą mylny osąd zarówno możliwości zachodnich aliantów, jak i potrzeby ,,współpracy'' z Sowietami. Sam byłem świadkiem kilku gniewnych ataków, do których zostali sprowokowani rodacy doktora Ciechanowskiego, choć nie zawsze potrafiłem zrozumieć źródło ich gniewu czy zorientować się w alternatywach. Trzeba przyznać, że doktor Ciechanowski reagował ze stoicyzmem, niezmiennie twierdząc, że warunkiem postępu w historycznym pojmowaniu wydarzeń są różnice zdań. [...]
W tamtych latach napisałem o Powstaniu niewiele, a to, co pisałem, pisałem ostrożnie, ponieważ kierowała mną świadomość, że do zbadania i skoordynowania pozostaje wiele różnorodnych punktów widzenia. Starałem się między innymi o to, aby wyrazić więcej podziwu i szacunku dla Armii Krajowej, niż byli skłonni wyrażać ci, którzy krytykowali jej dowództwo.
Decyzję o stworzeniu głębszego studium o Powstaniu podjąłem dopiero pod sam koniec lat dziewięćdziesiątych. Kierowała mną świadomość, że - mimo dziesięciolecia, które minęło od upadku komunizmu - wyglądało na to, iż nikt nie kwapi się, aby przedstawić nową wizję Powstania w jego szerszym kontekście. Dostępnych było wiele nowych materiałów, pamiętników i dokumentów; zniknęły też dawniejsze ograniczenia. A mimo to nie pracowano nad żadną nową ogólną syntezą. W 1994 roku minęła pięćdziesiąta rocznica Powstania i wciąż nie ukazała się żadna obszerniejsza rewizja. Istniało niebezpieczeństwo, że rocznica sześćdziesiąta - praktycznie ostatnia większa okazja do uroczystości, w której mogłaby jeszcze wziąć udział znacząca grupa tych, którzy przeżyli - również minie, nie stając się okazją do złożenia Powstaniu należnego hołdu.
Prowadziłem badania, coraz więcej czytałem i moja ocena zmieniała się w miarę lektury. Na początku byłem skłonny przyjąć wiele z konwencjonalnego obrazu, w którym desperacka odwaga polskiego podziemia pozostaje w ostrym kontraście z krótkowzrocznością jego przywódców. Im więcej się dowiadywałem, tym wyraźniej dostrzegałem, że ten konwencjonalny obraz jest obrazem fałszywym, że zrodził się z bolesnego doświadczenia klęski, z diabolicznej propagandy komunistów, z niezdolności historyków do przeprowadzenia krytycznej analizy sojuszu aliantów. Dziś powiedziałbym, że Powstanie Warszawskie było wspaniałym zbrojnym zrywem, który przeszedł wszelkie oczekiwania, i że decyzja o jego rozpoczęciu - choć z konieczności ryzykowna - nie była lekkomyślna ani tym bardziej ,,zbrodnicza''. Ponadto chciałbym twierdzić, że chociaż Powstanie upadło, to jednak szczególnych przyczyn i konsekwencji jego upadku nie można było przewidzieć, a niewątpliwych pomyłek i błędnych ocen ze strony przywódców Powstania nie powinno się uważać za czynnik o decydującym znaczeniu. Siły zbrojne Polski z czasu wojny nie walczyły w pełnej izolacji. Tworzyły część potężnej koalicji aliantów, która w 1944 roku stała u progu zwycięstwa. Wszyscy członkowie sojuszu mieli swoje prawa i swoje zobowiązania. Ale główną odpowiedzialność za funkcjonowanie koalicji ponosiła Wielka Trójka, która uporczywie starała się zatrzymać dla siebie wszystkie strategiczne plany i wszystkie poważniejsze debaty wojskowe i polityczne. [...]
I
ZACHODNIE SOJUSZE
[...] Silny wpływ na skład i predyspozycje koalicji alianckiej z lat 1939-1945 wywarła jej poprzedniczka z lat 1914-1918. Podczas pierwszej wojny światowej Francja, Wielka Brytania, Rosja i USA zdominowały grupę państw ententy, która rzuciła wyzwanie niemieckiej hegemonii. W czasie drugiej wojny światowej dziedzictwo ententy nadało koloryt naturalnym sympatiom i powiązaniom w łonie następnej generacji sojuszników. Niemcy uznawane były za jedyne w swoim rodzaju, z niczym nieporównywalne zagrożenie. Francja, Wielka Brytania i Ameryka uważały się za niedościgłe wzory demokracji. Solidarność anglojęzycznego świata, ustanowioną na nowo w 1917 roku, należało jeszcze umocnić. ,,Rosjan'' - jak błędnie nazywano Sowietów - można by bez trudu zaakceptować jako naturalnych partnerów Zachodu, mimo że miejsce dawnego liberalizującego reżimu późnego caratu zajął nowy totalitarny potwór o dużo groźniejszych skłonnościach.
Ludzie, którzy objęli przywództwo w latach 1939-1945, mieli w głowach mapę świata stworzoną trzydzieści, czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt lat wcześniej. Na przykład Churchill urodził się w 1874 roku, czyli w epoce wiktoriańskiej, i na przełomie wieków stał się już człowiekiem bardzo dojrzałym. Polityka oznaczała dla niego sprawę imperium i ,,wielkich mocarstw'' i opierała się na zasadzie hierarchii państw, w której państwa klienckie i kraje kolonialne nie mogły sobie rościć praw do równości. Stalin był młodszy zaledwie o pięć lat, a Roosevelt - o osiem. Wszyscy byli starsi od Hitlera i od Mussoliniego. Niemal całe dowództwo wojsk alianckich - Weygand, de Gaulle, Alanbrooke, Montgomery, Żukow, Rokossowski, Patton (ale nie Eisenhower!) - miało za sobą doświadczenia nabyte w czasie pierwszej wojny światowej. Pozostały im nie tylko dawne wspomnienia wojny totalnej z udziałem zmasowanych wojsk, ale także szczególna wizja mapy Europy. Wyrosło w nich przekonanie, że układ w Europie Zachodniej jest dość skomplikowany, natomiast w Europie Wschodniej - dość prosty. Wiedzieli, że miejsce Niemiec jest między Renem a Niemnem. Wiedzieli, że na zachód od Niemiec leży grupa krajów - Holandia, Belgia, Luksemburg, Francja, Szwajcaria. Ale na wschód od Niemiec nie było według nich nic, a w każdym razie nic ważnego, jeśli nie liczyć ,,Rosji''. W końcu w świecie ich młodości imperia Niemiec i Rosji bezpośrednio ze sobą sąsiadowały. Warszawa - podobnie jak Ryga czy Wilno - była miastem rosyjskim. Rosja graniczyła także z Austrią. Krakau i Lemberg - tak jak Budapeszt czy Praga - były miastami austriackimi - ,,miastami Habsburgów''. Na mapie - a wobec tego także w ich umysłach - między ,,Niemcami'' a ,,Rosją'' nie znajdowało się nic godnego zainteresowania.
[...] Relacje z konferencji pokojowej w Paryżu z 1919 roku są pełne zdziwienia z powodu wielkiej liczby i kłótliwej natury nieznanych nikomu narodów, które wyłoniły się z głębin historii i teraz stawiały przywódców sojuszu w obliczu niepojętych i niemożliwych do spełnienia żądań. Winston Churchill w bardzo niemiły sposób podzielił państwa Europy na ,,olbrzymów'' i ,,pigmejów''. Do olbrzymów zaliczały się wielkie mocarstwa, biorące udział w Wielkiej Wojnie. Natomiast pigmejami były wszystkie przysparzające kłopotów państwa narodowe, które powstały w wyniku rozpadu dawnych imperiów i które natychmiast zaczęły się nawzajem zwalczać. ,,Wojna olbrzymów właśnie się skończyła'', pisał w 1919 roku Churchill, ,,wojny pigmejów właśnie się zaczęły''. Łatwo wyczytać między wierszami postawę traktowania nowej Europy jak natręta, którego chętnie chciałoby się pozbyć. W dodatku pigmejów dzielono jak dzieci w przedszkolu - na grzeczne i niegrzeczne. Alianci uważali nowe narody Europy za grzeczne, jeśli - jak Czesi czy Słowacy - wywalczyły sobie niepodległość, powstając przeciwko Niemcom czy Austrii. Natomiast te, które - jak Ukraińcy czy Irlandczycy - zdobyły niepodległość, występując przeciwko jednej z sojuszniczych potęg, były niegrzeczne, żeby nie powiedzieć: nieznośne. Ukrainę - utworzyła ona swoją republikę przy pomocy Niemców - uważano za fikcję. Państwa nieuznane przez sojuszników tak naprawdę po prostu nie istniały.
Natomiast Polaków, jako że śmieli się przeciwstawić zarówno mocarstwom centralnym, jak i Rosji, można było uważać tylko za trudne dzieci, którym się kompletnie pomieszało w głowach. Byli pigmejami udającymi olbrzymów. Przywódcy polscy żyjący podczas Wielkiej Wojny w Sankt Petersburgu, Londynie czy Paryżu najwyraźniej byli przy zdrowych zmysłach. Na innych - takich jak Piłsudski, który w większości działań zbrojnych uczestniczył, będąc w armii austriackiej i walcząc z Rosjanami - zdecydowanie nie można było polegać. Fakt, że marszałek Piłsudski spędził ostatni rok wojny uwięziony w twierdzy w Magdeburgu za odmowę złożenia przysięgi lojalności wobec kajzera, nie zdjął z niego podejrzenia o postawę niebezpiecznie proniemiecką. W roku 1939 marszałek już nie żył. Utrzymywało się natomiast poczucie rzekomej ambiwalencji jego dziedzictwa. W końcu w 1920 roku dał dowód braku rozsądku, walcząc z bolszewicką Rosją. A w latach trzydziestych podpisał pakt o nieagresji zarówno ze Stalinem, jak i z Hitlerem. Jego doktrynę ,,dwóch wrogów'' uważano za bardzo ekscentryczną. Według norm przyjętych przez aliantów, trudno się było zorientować, co też Polacy kombinują.
Sojusz aliantów przeszedł kilka odrębnych stadiów. Na początku - w roku 1939 - składał się tylko z trzech państw: Francji, Wielkiej Brytanii i Polski. Nie należały do niego ani Litwa, której port w Kłajpedzie (Memel) Niemcy zajęli 23 marca 1939 roku, ani Albania, która po inwazji została w kwietniu 1939 roku przyłączona do faszystowskich Włoch, ani wreszcie Finlandia, którą Związek Sowiecki zaatakował w listopadzie. Litwę zmusili Niemcy do formalnej zgody na poniesione straty. Aneksja Albanii przez Włochy została uznana przez Francję i Wielką Brytanię w wyniku manewru dyplomatycznego wątpliwej natury, przypominającego niedawny układ z Monachium. Konflikt fińsko-sowiecki znalazł niepokojące zakończenie, jeszcze zanim zdążyło zainterweniować jakieś inne państwo. Wobec tego alianci nabrali przekonania, że poza najazdem Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku nie zdarzyło się w Europie nic, co można by uznać za poważne pogwałcenie pokoju. Koalicję powołano do istnienia z powodu kryzysu polskiego i to on dał jej pierwszy wojenny cel. Polska pozostawała w sojuszu z Francją od 1921 roku, a w sojuszu z Wielką Brytanią na mocy układu o wzajemnej pomocy, który podpisano 25 sierpnia 1939 roku. 31 marca zarówno Francja, jak i Wielka Brytania publicznie udzieliły Polsce gwarancji ,,na wypadek jakichkolwiek działań wojennych''. Wobec tego, kiedy o świcie 1 września oddziały Wehrmachtu przedarły się przez granicę polską, alianci zyskali oczywisty casus belli.
[...] Pod względem wojskowym Wielka Brytania miała ściśle ograniczoną rolę. Brytyjska machina wojenna była bowiem dziwnie niewyważona. Z jednej strony, Royal Navy (Królewska Marynarka Wojenna) i Royal Air Force - RAF (Królewskie Siły Powietrzne), zapewniały Zjednoczonemu Królestwu siły obronne na światowym poziomie, zdolne skutecznie powstrzymać wroga przed inwazją na wyspę stanowiącą ich bazę. Z drugiej strony, to największe na świecie imperium utrzymywało siły lądowe tak niewielkie, że nie mogłyby podjąć żadnej niezależnej akcji zbrojnej na kontynencie. (W 1939 roku armia brytyjska miała mniej wyszkolonych rezerwistów niż Czechosłowacja). Co więcej, budżet brytyjski wisiał na włosku. Jak słusznie wyliczyli w latach trzydziestych ci, którzy próbowali łagodzić nastroje, rysowała się wyraźna perspektywa wyboru między ratowaniem imperium a włączeniem się w wojnę w Europie. Gdyby Wielka Brytania miała się wplątać w jakiś poważniejszy konflikt, szanse na powodzenie byłyby niewielkie bez pomocy finansowej z jedynego dostępnego wtedy źródła, to jest z USA. A w tym wypadku nawet zwycięska Wielka Brytania popadłaby w zależność od Stanów Zjednoczonych.
Londyn rozpaczliwie potrzebował sojuszników. Podobnie jak w roku 1914, w roku 1939 rząd Jego Królewskiej Mości nie mógłby nawet pomyśleć o wojnie z Niemcami bez wsparcia ze strony jakiegoś ważnego sojusznika na Zachodzie i innego ważnego sojusznika na Wschodzie, i najlepiej z czyjąś finansową pomocą. Ponadto priorytety rządu Jego Królewskiej Mości nie zmieniły się od trzydziestu lat: na liście były Francja, ,,Rosja'' i USA. Wielką Brytanię łączyły z Francją traktaty lokarneńskie (podpisane w 1925). Nie miała jeszcze żadnych zobowiązań wobec Związku Sowieckiego. Przeciwnie: opinia publiczna od wielu lat z odrazą śledziła poczynania bolszewików. Ale w latach trzydziestych, gdy wzrosło zagrożenie ze strony Niemiec, odżyły dawne rusofilskie sentymenty. Brytyjska lewica, nie myśląc o zbrodniczej rzeczywistości stalinizmu, coraz bardziej dawała się uwieść urokom antyfaszyzmu i coraz wyraźniej opowiadała się za zbliżeniem brytyjsko-sowieckim. Brytyjska prawica, nie myśląc o hipokryzji, jaką jest zadawanie się z rewolucyjnym dyktatorem, dawała się uwieść zasadzie Realpolitik.
[...] Problem ze scenariuszem, jaki wybrała Wielka Brytania, polegał na tym, że żaden z wchodzących w grę kawałków łamigłówki nie dawał się wpasować w odpowiednie miejsce. Francja - choć o wiele mocniejsza od Wielkiej Brytanii pod względem sił lądowych - nie miała wystarczającej woli politycznej, aby podejmować inicjatywy międzynarodowe. Podczas kryzysu monachijskiego z września 1938 roku Czechosłowacja była sojusznikiem Francji, a nie Wielkiej Brytanii. Ale to brytyjski premier Neville Chamberlain musiał objąć przywództwo. Świat zewnętrzny nie wiedział, że Związek Sowiecki przeprowadza serię politycznych czystek i masowych mordów na niewyobrażalną wówczas skalę; ich paraliżujące skutki - także wśród zdziesiątkowanej kadry wojskowej - uniemożliwiały wszelkie zaangażowanie za granicą. W roku 1939 sowiecki urząd ewidencji ludności (zanim padł ofiarą czystek) doniósł na łamach ,,Izwiestii'', że w ciągu minionego dziesięciolecia zniknęło bez śladu siedemnaście milionów osób. Armia Czerwona - zajęta wojną w Mongolii i pod silnym naciskiem Japończyków - uratowała się dosłownie w ostatniej chwili dzięki geniuszowi młodego generała Żukowa, którego szybko awansowano, aby wypełnić miejsce po objętych czystkami zwierzchnikach. Jakiekolwiek myśli o sowieckich akcjach w Europie były nierealne, dopóki nie nastąpi rozejm na froncie sowiecko-japońskim w Mongolii. A to stało się dopiero 15 września. Mimo że Stany Zjednoczone zaczynały rekonwalescencję po wielkim kryzysie, w kraju wciąż panowała polityka skrajnego izolacjonizmu, skłaniająca Kongres do blokowania wszelkich inicjatyw zmierzających do otwartej interwencji w Europie. Krótko mówiąc, polski kryzys dotknął kontynent, na którym nie dało się już zrekonstruować dawnej koalicji. I to właśnie dlatego Hitler mógł sobie słusznie wyliczyć, że - przy pomocy Stalina - zdoła zniszczyć Polskę bardzo małym kosztem.
Wobec tego ostatnie miesiące pokoju wypełniało mnóstwo dyplomatycznych manewrów i blefów. Rękojmii Wielkiej Brytanii danej Polsce 31 marca nie wspierała żadna wiarygodna groźba wprowadzenia w życie. Zobowiązywała Wielką Brytanię do ochrony ,,niepodległości Polski'' i zawierała ofertę ,,całego poparcia swoją siłą''5. Doprowadziła do kilku rozmów między oficerami sztabowymi brytyjskimi, francuskimi i polskimi; ustalono - nieco obłudnie - że reakcją na niemiecki atak na Polskę powinien być francuski atak na Niemcy. Generał Gamelin obiecał Polakom ,,le gros de nos forces''. Nie poczyniono jednak żadnych szczegółowych planów6.
6 kwietnia 1939 roku gwarancja otrzymała status wzajemności. Podczas wizyty polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka w Londynie Polska zobowiązała się bronić niepodległości Wielkiej Brytanii w wypadku zagrożenia - tak jak Wielka Brytania zobowiązała się bronić niepodległości Polski7.
Brytyjsko-polski układ o wzajemnej pomocy z 25 sierpnia był w jeszcze większym stopniu rozwiązaniem doraźnym. Zaistniał, ponieważ Wielkiej Brytanii i Francji nie udało się powstrzymać Stalina przed zawarciem paktu z Hitlerem. Układ podpisano w wielkim pośpiechu, w odpowiedzi na pakt hitlerowsko-sowiecki sprzed zaledwie dwóch dni. Wszyscy w Wielkiej Brytanii zdawali sobie sprawę, że nie był to układ idealny. Wielu nie zawahałoby się zaakceptować Związku Sowieckiego w roli wschodniego sojusznika, lub może Związku Sowieckiego wraz z Polską, po to, aby zrównoważyć ścisły związek Francji i Belgii na Zachodzie. Ale takie pomysły zwyczajnie nie miały szans. Skoro Ribbentrop i i Mołotow już podpisali pakt, rząd brytyjski stanął przed alternatywą: albo mógł mieć Polskę jako wschodniego sojusznika, albo mógł nie mieć takiego sojusznika wcale. Czyli mówiąc wprost, Polska była lepsza niż nic. Poza tym liczył się czas. Uderzenia Wehrmachtu oczekiwano w każdej chwili. I rzeczywiście: historycy mieli się później dowiedzieć, że Hitler wydał wojskom rozkaz wymarszu 26 sierpnia, a dopiero potem go odwołał i odłożył o tydzień.
[...] Stosunki Wielkiej Brytanii z krajem, gdzie zaczęła się druga wojna światowa w Europie (będziemy go odtąd nazywać Pierwszym Sojusznikiem), miały swoje wzloty i upadki. Rozwijały się w kontekście wydarzeń przeszłych i bieżących. Narodziły się z upadku polityki ugodowej i ze wspólnej decyzji o konieczności podjęcia walki. Doprowadziły do prawdziwego braterstwa broni, zwłaszcza w latach 1940-1941, kiedy Wielka Brytania stanęła w obliczu takiej samej katastrofy narodowej, jaka wcześniej dotknęła Sojusznika. Przyniosły też atmosferę dużej sympatii, zwłaszcza wśród dyplomatów, administracji i personelu wojskowego po obu stronach - ludzi, którym przyszło pracować i walczyć pod ciężarem jarzma. Jednakże - jak w przypadku romansu nie mogącego trwać wiecznie - narastały problemy. Wielka Brytania znajdowała coraz więcej atrakcyjnych partnerów. Pierwszy Sojusznik stał się już tylko wciąż rosnącą grupą klientów i pełnych nadziei petentów. Nie został porzucony, ale miał wszelkie prawo, aby się czuć coraz bardziej zaniedbywanym. Pod koniec roku 1944 można już było mówić o nieoficjalnej separacji. Formalny rozwód nastąpił dopiero w lipcu 1945 roku.
Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku, gdy hitlerowskie Niemcy i Związek Sowiecki zaatakowali Pierwszego Sojusznika, słabość obozu aliantów ujawniła się z całą bezwzględnością. Mimo deklaracji o wypowiedzeniu wojny, ani Francja, ani Wielka Brytania nie uznały za stosowne okazać jakichkolwiek oznak zapału. Pierwszy Sojusznik musiał sam stawić czoło wrogom. Samoloty RAF-u zrzucały na Berlin ulotki nawołujące hitlerowców do zaprzestania działań. Armia francuska przekroczyła zachodnią granicę Niemiec, aby sprawdzić, jaka będzie reakcja, ale przeszedłszy niecałe dziesięć kilometrów, dostała się pod niemiecki ostrzał i szybko się wycofała. Skomplikowane procedury związane z mobilizacją oznaczały, że obietnic Gamelina nie da się dotrzymać. Podczas francusko-brytyjskich rozmów sztabowych 12 września nie było starszych rangą przedstawicieli Pierwszego Sojusznika. Postanowiono wówczas, że nie można podjąć żadnej poważniejszej akcji. Sprawa była przesądzona. Los Pierwszego Sojusznika został przypieczętowany. Walki trwały pięć tygodni. Kolumna niemieckich czołgów dotarła na przedmieścia Warszawy (którą będziemy odtąd nazywać Stolicą) 8 września; ponawiane niemieckie doniesienia przynosiły nieprawdziwą wiadomość, że obrońcy skapitulowali. Ale Pierwszy Sojusznik do 28 września stawiał opór bezlitosnemu oblężeniu z lądu i powietrza. W trzecim tygodniu września dzięki gwałtownemu kontratakowi na terenach leżących na zachód od Stolicy zadano Niemcom poważne straty; 17 września zażarte potyczki na granicy zatrzymały pochód Armii Czerwonej, zanim sowieckie wojska zalały niebronione obszary na wschodzie. W Brześciu Litewskim odbyła się hitlerowsko-sowiecka parada zwycięstwa, ale Stolica wciąż się trzymała. Ostatnia bitwa skończyła się 5 października na bagnach za Bugiem. Niemcy stracili łącznie około 60 000 żołnierzy zabitych i rannych; Pierwszy Sojusznik - około 200 000, Sowieci około 11 500-13 000. Z tła wybijają się dwa obrazy. Pierwszy to wizerunek otoczonego oddziału kawalerii szarżującego na czołgi w desperackiej próbie ucieczki. Na drugim widać kilka polskich samolotów połatanych plastrem opatrunkowym, które wyruszają w ostatni lot tej kampanii13.
Kampania wrześniowa przyniosła nieoczekiwane poważne konsekwencje o charakterze dyplomatycznym. Z niejakim opóźnieniem rząd brytyjski wyjaśnił, w jaki sposób pojmuje swoje zobowiązania. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, naciskane przez ambasadora Pierwszego Sojusznika w Londynie, hrabiego Edwarda Raczyńskiego, wyjaśniło, że zawartej w traktacie z 25 sierpnia klauzuli dotyczącej wspólnych działań przeciwko atakowi ze strony ,,jednego z mocarstw europejskich'' nie można interpretować jako odnoszącej się do ataku ze strony Związku Sowieckiego. Wyjaśniono także, że brytyjska gwarancja obejmuje tylko suwerenny status sojusznika, natomiast nie dotyczy jego granic. Innymi słowy, nawet gdyby hitlerowskie Niemcy zostały pokonane, Pierwszy Sojusznik nie mógł oczekiwać żadnej pomocy w pełnym odzyskaniu swego przedwojennego statusu i terytorium. Gdyby układ był odwrotny (ale nie był!), Pierwszy Sojusznik mógłby oświadczyć, że w pełni popiera powojenną rekonstrukcję Wielkiej Brytanii, natomiast niekoniecznie - włączenie w jej granice Szkocji. Niecna sofistyka, jaką zastosowali przy tej okazji brytyjscy dyplomaci, nie wróżyła dobrze na przyszłość14. Jednak, jak ujawniono pod koniec wojny, tajny protokół do tego układu mówił nie tylko o suwerenności, ale i o nienaruszalności granic.
Dalszym istotnym wydarzeniem po kampanii wrześniowej było podpisanie 28 września niemiecko-sowieckiego traktatu o przyjaźni, współpracy i granicach, który zastąpił wcześniejsze tajne protokoły paktu Ribbentrop-Mołotow. Na mocy tego traktatu podzielono terytorium Pierwszego Sojusznika na dwie części, ustalając nieco zmodyfikowaną granicę między strefą niemiecką na zachodzie i strefą sowiecką na wschodzie. Przez cały czas wojny Sowieci rościli sobie prawo do tej granicy, nazwanej ,,granicą pokoju''. Hitlerowska i sowiecka propaganda miały odtąd obowiązek przedstawiać Hitlera i Stalina jako pełnych wzajemnego podziwu przyjaciół i usuwać wszelkie wzmianki, które mogłyby wskazywać na niezgodność. Aparaty bezpieczeństwa Rzeszy i Związku Sowieckiego zobowiązano do współpracy w zwalczaniu wszelkich prób przywrócenia Pierwszego Sojusznika do życia. Himmlerowi i Berii wręczono umowę o joint venture.
Ostatni ambasador Wielkiej Brytanii w przedwojennej Polsce, sir Howard Kennard, wyrażał w swoim ostatnim raporcie pragnienie, aby ,,cały naród polski miał po zakończeniu wojny prawo do niepodległego istnienia''. Można by ten sentyment uznać za przejaw pewnej rutyny. Wówczas wydał się funkcjonariuszom brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych tak wątpliwy w tonie, że go nie opublikowano. Pewien brytyjski urzędnik, Frank Roberts, zauważył: ,,Nie widzę większych perspektyw, aby ta część polskiego narodu, która znalazła się na terenach przejętych przez Rosję, kiedykolwiek miała na to szansę''15. Tak więc od samego początku Wielka Brytania udzielała Pierwszemu Sojusznikowi poparcia, o którym trudno byłoby twierdzić, że jest pełne.
Wiosną 1940 roku, kiedy Hitler rozpoczął drugą rundę Blitzkriegu, mocarstwa zachodnie doświadczyły nieszczęścia podobnego do tego, które we wrześniu spotkało Pierwszego Sojusznika. Dania i Luksemburg skapitulowały po niecałych dwudziestu czterech godzinach; Holandia poddała się po pięciu dniach; Belgia - mimo pomocy Wielkiej Brytanii i Francji - po osiemnastu dniach. Norwegia trzymała się przez dwa miesiące. W kampanii francuskiej trwającej sześć tygodni, od 10 maja do 22 czerwca, połączone wojska francuskie i brytyjskie okazały się jeszcze mniej skuteczne w odpieraniu ataków Wehrmachtu niż siły Pierwszego Sojusznika w odpieraniu połączonego ataku Wehrmachtu i Armii Czerwonej. 141 dywizji niemieckich miało przewagę nad 114 dywizjami francuskimi i brytyjskimi, które przeciwko nim wystawiono - stosunek wynosił 3 : 2. Jest to porównywalne z przewagą 3 : 1, jaką Niemcy mieli we wrześniu 1939, nie licząc udziału Sowietów. W roku 1940 siły niemieckie poniosły straty w wysokości 163 000 zabitych; w 1939 roku ich liczba wyniosła 60 000; straty po drugiej stronie obliczono na 300 000. Pod koniec walk z Dunkierki ewakuowano około 225 000 żołnierzy brytyjskich i około 115 000 żołnierzy francuskich i belgijskich, którzy stracili całą broń i wyposażenie. Ponad 2 000 000 dostały się do niewoli.
W czasie katastrofalnych wydarzeń z 1940 roku wojska Pierwszego Sojusznika walczyły u boku Brytyjczyków i Francuzów. Samodzielną Brygadę Strzelców Podhalańskich wysłano do Narwiku na północy Norwegii, gdzie w akcjach bojowych uczestniczyły także trzy polskie okręty wojenne oraz trzy statki transportowe. W kampanii francuskiej brały udział trzy Dywizje Piechoty Pierwszego Sojusznika, Brygada Kawalerii Pancernej i cztery dywizjony lotnicze. W Syrii utworzono Samodzielną Brygadę Strzelców Karpackich pod rozkazami Francuzów. Żołnierzy polskich we Francji wprowadzono do akcji bojowej dopiero w drugim tygodniu czerwca, już po otoczeniu Paryża. Natomiast lotnicy dokonywali cudów: zniszczono pięćdziesiąt jeden niemieckich samolotów, tracąc jedenastu pilotów. 19 czerwca Naczelny Wódz Sikorski zadecydował o prowadzeniu dalszej walki, mimo kapitulacji Francji, i wydał swoim ludziom rozkaz przedostania się do Wielkiej Brytanii. Około 80 000 żołnierzy podjęło próbę przeprawienia się przez Kanał, wyruszając głównie z Brestu i Bordeaux. Do Wielkiej Brytanii dotarła mniej więcej jedna trzecia. Francja pod rządami marszałka Pétaina zawarła pokój z Niemcami. Ale Pierwszy Sojusznik - idąc za przykładem Churchilla - odmówił.
W tym momencie położenie Pierwszego Sojusznika było niezwykle niebezpieczne. Ojczyznę dosłownie pożerali hitlerowscy i sowieccy okupanci. Wojsko wysłano do Szkocji, gdzie miało bronić wschodnich wybrzeży przed ewentualną inwazją niemiecką. Rząd został przeniesiony do Londynu, gdzie lada moment spodziewano się bombardowań Luftwaffe.
Właśnie w tamtych najmroczniejszych dniach lata roku 1940 zacieśniły się bliskie stosunki między nowym gabinetem koalicyjnym Churchilla a rządem emigracyjnym Pierwszego Sojusznika. Zgadzały się ze sobą nie tylko osobowości poszczególnych ludzi, ale i ogólne nastroje panujące po obu stronach. Churchill i Sikorski stworzyli dwuosobowe towarzystwo wzajemnej adoracji. Obaj mieli za sobą wybitne osiągnięcia w czynnej służbie wojskowej i w polityce - Sikorski służył podczas pierwszej wojny światowej w Legionach Polskich w armii austriackiej, w roku 1920 odegrał decydującą rolę jako dowódca na polu bitwy o Warszawę, w której Armia Czerwona poniosła klęskę, a w latach 1922-1923 był premierem swego kraju. W latach trzydziestych obaj przeżywali okres politycznej depresji; żaden też nie skalał sobie rąk nieudaną polityką swojego rządu w czasie poprzedzającym wojnę; obaj postawili wszystko na jedną kartę w nierównej walce z hitlerowskimi Niemcami. Obaj stanęli na czele wielopartyjnych koalicji, dla których oddanie wszystkich sił wspólnej sprawie było ważniejsze niż polityczne rozłamy.
[...] Bitwa o Wielką Brytanię (w Polsce zwana bitwą o Anglię), która zaczęła się 10 lipca 1940 roku i trwała do końca października, przeszła do historii pod nazwą nadaną jej przez Churchilla: jako ,,ich najwspanialsza godzina'' (their finest hour). Była to długa bitwa powietrzna; w jej wyniku piloci RAF-u udaremnili niemiecką próbę zdobycia przewagi w strefie powietrznej nad Kanałem jako przygotowania do planowanej inwazji na Wyspy Brytyjskie. Po mniej więcej dziewięćdziesięciu dniach starć siły RAF-u okazały się bardziej wytrzymałe niż Luftwaffe Göringa i zmusiły przeciwnika do wycofania się z powodu niemożliwych do uzupełnienia strat. Hitler odroczył operację ,,Lew Morski'' na czas nieokreślony. Ale nie poszło łatwo. W momencie wycofania się Niemców rezerwy samolotów i pilotów RAF-u niemal się już wyczerpały.
Wkład Pierwszego Sojusznika w to zwycięstwo na początku bardzo doceniano, ale potem o nim zapominano lub go minimalizowano. Polscy piloci służyli zarówno w oddziałach RAF-u (pięćdziesięciu pilotów), jak i we własnych dywizjonach myśliwskich, 302 i 303, walczących pod dowództwem brytyjskim. Chociaż stanowili zaledwie dziesięć procent całego personelu, zapisali na swoim koncie 203/1733, czyli dwanaście procent zniszczonych samolotów wroga18. Najbardziej znamienne było to, że ponieśli jedynie jedną trzecią przeciętnej strat (trzydziestu trzech poległych lotników), w sytuacji, w której liczba personelu lądowego kształtowała się w stosunku zaledwie 30 : 1; w siłach RAF-u analogiczny wskaźnik wynosił 100 : 1, a w siłach Luftwaffe - 80 : 1. Skutki ich akcji były szczególnie spektakularne w krytycznych dniach w połowie września. 15 września mieli na swoim koncie czternaście procent strat poniesionych przez wroga, 19 września - dwadzieścia pięć procent, a 26 września - czterdzieści osiem procent19. (Rekordzistą wśród pilotów polskich dywizjonów w bitwie o Anglię okazał się czeski pilot, podporucznik Josef František z Dywizjonu 303, który zaliczy siedemnaście zwycięstw). Pewnego razu oficerowie brytyjscy ze zdziwieniem zauważyli, że dowódca skrzydła całuje ręce swojego mechanika. ,,Gdyby nie te ręce - oświadczył oficer - (...) już bym nie żył!''20 Ostatnie słowo należało do marszałka sir Hugh Dowdinga, dowódcy lotnictwa myśliwskiego RAF-u. ,,Bez wspaniałego wkładu polskich dywizjonów i ich nieprześcignionej dzielności - waham się powiedzieć, że rezultat bitwy pozostałby ten sam''21.
Wypada także wspomnieć o decydującej roli kryptologów Pierwszego Sojusznika na początku prac nad przełamaniem kodu niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Niemal beznadziejną sytuację wojskową Wielkiej Brytanii znacznie poprawiła możliwość odczytywania kodowanych sygnałów radiowych Niemiec i większości spośród towarzyszących im dyrektyw. Możliwość ta, doprowadzona do perfekcji w centrum wywiadu w Bletchley Park, zaistniała dzięki pionierskiej pracy specjalistów Pierwszego Sojusznika, którzy w 1939 roku przedstawili Brytyjczykom nie tylko działający model mechanizmu Enigmy pierwszej generacji, ale także wzory matematyczne pozwalające zrekonstruować wysyłane przez nią sygnały22.
[...] Gdy w ręce Niemców wpadły atlantyckie porty Francji, Kriegsmarine mogła zintensyfikować wysiłki zmierzające do odcięcia morskich połączeń Wielkiej Brytanii z Ameryką. Gra szła o wysoką stawkę. Gdyby Niemcom udało się zatopić wystarczająco dużo przeznaczonych dla Wielkiej Brytanii ładunków, Wielka Brytania zaczęłaby umierać z głodu i musiałaby się poddać. Natomiast gdyby udało się przeciwdziałać niemieckiemu zagrożeniu, Wielka Brytania przetrwałaby i mogłaby zaoferować swoje terytorium Ameryce jako bazę do interwencji w Europie. Bitwa o Atlantyk trwała ponad trzy lata; floty państw sojuszniczych walczyły jednocześnie z niemieckimi łodziami podwodnymi i z niemieckimi bombowcami.
Pierwszy Sojusznik uczestniczył w tej kampanii w sile czterdziestu pięciu okrętów. Dwa z nich urosły do rangi symboli waleczności i męstwa. We wrześniu 1939 roku okręt podwodny ,,Orzeł'' schronił się w Tallinie, w Estonii. Marynarzy internowano i rozbrojono, ale zdołali wyprowadzić okręt z portu; bez map i urządzeń nawigacyjnych przekradli się tuż pod nosem Niemców wzdłuż wybrzeży Bałtyku, a następnie dotarli do Wielkiej Brytanii. 26 maja 1941 roku maleńki niszczyciel ,,Piorun'' samotnie stawiał opór potężnemu ,,Bismarckowi'' przez sześćdziesiąt minut, zanim nadpłynęły okręty brytyjskie i zatopiły wielki pancernik. Aby sobie wyobrazić to spotkanie Dawida z Goliatem, wystarczy porównać tonaż ,,Pioruna'' (1760 ton) z tonażem ,,Bismarcka'' (ponad 42 000 ton) oraz wagę salwy burtowej ,,Pioruna'' (132 kilogramy) i ,,Bismarcka'' (8000 kilogramów)! Ale ,,Piorun'' bez wahania otworzył ogień.
22 czerwca 1941 roku Trzecia Rzesza zaatakowała swojego dotychczasowego sojusznika, Związek Sowiecki: operacja ,,Barbarossa'' zapoczątkowała wojnę niemiecko-sowiecką - największą i najokrutniejszą z nowożytnych kampanii wojennych. Na początku wszystkie zwycięstwa należały do Wehrmachtu. W ciągu paru tygodni wzięto do niewoli miliony sowieckich jeńców, zdobyto Wilno, Mińsk i Kijów; wykorzystując możliwości, jakie dawała kontrola nad państwami bałtyckimi, Wehrmacht rozpoczął oblężenie Leningradu. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem wydawało się, że upadek Sowietów jest bliski.
Niemal wszyscy zachodni komentatorzy donosili, że Niemcy zaatakowały ,,Rosję''. (Zresztą większość zachodnich historyków wciąż jeszcze popełnia ten kapitalny błąd). Na całym świecie panowało przekonanie, że tereny zajęte przez Wehrmacht były na mocy prawa w jakiś sposób ,,rosyjskie'' i że zamieszkiwali je Rosjanie. Tymczasem różnica między ,,Związkiem Sowieckim'' a ,,Rosją'' była jeszcze większa - i dokładnie tak samo ważna - jak różnica między ,,Zjednoczonym Królestwem'' a ,,Anglią''. Mimo to niemal powszechnie ją ignorowano. Ignorowali ją też hitlerowcy, chwaląc się, że podbili Russland. Tym razem nie można było winić sowieckiej propagandy. Na wszystkich sowieckich mapach z tego okresu wyraźnie zaznaczano linię oddzielającą Rosję Sowiecką, czyli Rosyjską Republikę Socjalistyczną, od innych republik wchodzących w skład Związku Sowieckiego. Nie istniały najmniejsze wątpliwości co do tego, że ziemie, na które w czerwcu wkroczył Wehrmacht, nie stanowią części Rosji, lecz część Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Białorusi i Ukrainy. Co więcej, w odpowiednim czasie mapy miały także pokazywać, że jedynym znaczniejszym miastem rosyjskim pod okupacją Wehrmachtu był Rostów nad Donem. Każdy, kto sięgnął pamięcią choćby dwa lata wstecz, wiedział, że do przełomu lat 1939/1940 większa część tych terenów należała do państw bałtyckich, do Polski albo do Rumunii. Ale tylko nielicznym chciało się o tym pamiętać. Nie można też winić polityki Wielkiej Brytanii. Rząd Jego Królewskiej Mości rzeczywiście nie uznał granic sowieckich z czerwca 1941 roku. Ponadto wicepremier i przywódca socjalistów Clement Attlee był w tej sprawie tak nieugięty, że wymusił na Beaverbrooku, który popierał przeciwne stanowisko, ustąpienie z gabinetu wojennego. W ostatecznym rozrachunku można jedynie mówić o inercji i samozadowoleniu. Podczas pierwszej wojny światowej ,,Rosja'' była skróconą nazwą carskiego imperium, a w czasie drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu stała się skróconą nazwą Związku Sowieckiego. Dla narodów, które zamieszkiwały sporne tereny, to samozadowolenie miało straszliwe konsekwencje.
Mimo wszystko operacja ,,Barbarossa'' przyniosła okupowanemu Pierwszemu Sojusznikowi istotne korzyści. W okresie gdy Hitler i Stalin tworzyli spółkę, Pierwszy Sojusznik został skutecznie zepchnięty na dalszy plan. Natomiast kiedy Hitler i Stalin znaleźli się w stanie wojny, z dnia na dzień stał się ważnym partnerem w grze. Gdy Wehrmacht podjął marsz na Moskwę, Stalin zaczął rozpaczliwie potrzebować pomocy Pierwszego Sojusznika. Efektem był podpisany 30 lipca 1941 roku sowiecko-polski układ dyplomatyczny oraz odpowiedni układ militarny. Ujmując rzecz w skrócie, Związek Sowiecki zgadzał się anulować traktaty niemiecko-sowieckie z 1939 roku, przywrócić stosunki dyplomatyczne między obydwoma krajami oraz zezwolić na utworzenie armii rekrutującej się spośród milionów obywateli Pierwszego Sojusznika, których dotąd przetrzymywano jako jeńców sowieckich. Ze swej strony Pierwszy Sojusznik zgadzał się współpracować ze Związkiem Sowieckim w dalszych działaniach wojennych. Brytyjczycy byli zachwyceni. Po raz pierwszy od wybuchu wojny mieli aż DWÓCH wschodnich sojuszników23.
Polsko-sowiecką umowę wojskową podpisano 14 sierpnia. Stwierdzała ona, że nowa armia Pierwszego Sojusznika ma być formowana na ziemi sowieckiej, że będzie podlegać rządowi emigracyjnemu w Londynie oraz że będzie walczyć na froncie wschodnim pod dowództwem sowieckim. Naczelnego Wodza miał mianować rząd emigracyjny, ale za aprobatą Sowietów24.
Kwestia granic pozostała niestety dość niesprecyzowana. Mimo rozpaczliwej sytuacji nikt po stronie sowieckiej nie chciał przyjąć formuły głoszącej, że wschodnie granice Pierwszego Sojusznika mają powrócić do stanu sprzed wojny. Wydaje się, że jedna z klauzul traktatu z 30 lipca szła w tym kierunku. Rząd sowiecki uznawał, iż ,,traktaty radziecko-niemieckie z roku 1939, dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swą moc''. W specjalnej nocie brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdzało, że ,,nie uznaje żadnych zmian terytorialnych, dokonanych w Polsce począwszy od sierpnia 1939''25. Ale dokładnie w tym samym dniu brytyjski minister spraw zagranicznych, przyciskany przez parlament, odpowiedział, że nota ,,nie przewiduje gwarancji granic przez Rząd Jego Królewskiej Mości''26. Wśród plątaniny licznych form przeczących i zawiłości języka dyplomatycznego w gruncie rzeczy niczego porządnie nie ustalono.
11 grudnia 1941 roku, w akcie najwyższego szaleństwa, Hitler oświadczył w Reichstagu, że Niemcy wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. Była to reakcja na wiadomość z Pearl Harbor. W tym samym czasie, mając już w polu widzenia lśniące wieże Kremla, niemieckie siły pancerne walczyły na przedmieściach Moskwy. Hitler liczył na to, że krytyczna faza wojny w Europie zakończy się, zanim Amerykanie zdążą podjąć skuteczną interwencję.
Utworzenie Wielkiego Sojuszu niewątpliwie przyznawało pierwszeństwo poczynaniom Wielkiej Trójki i spychało wcześniejszych sojuszników na drugi plan. Jednakże gdyby Armia Czerwona wytrwała i uniknęła klęski i gdyby Wielka Brytania zdołała utrzymać linie łączności na Atlantyku, zaistniałaby realna szansa na utworzenie zwycięskiej koalicji. A jak dobrze wiedział Pierwszy Sojusznik, zupełna klęska Niemiec, które teraz okupowały całe jego terytorium, stanowiła warunek sine qua non rekonstrukcji kraju.
Co więcej, można było oczekiwać, iż Amerykanie - w odróżnieniu od Brytyjczyków - zdołają pohamować ekspansjonistyczne zapędy Związku Sowieckiego. Wydawało się, że - jak to wielokrotnie ujmował ich rzecznik - są oni zdecydowanie przeciwni ,,wszelkim formom ekspansji na drodze podboju militarnego''. W USA rządził prezydent należący do partii demokratycznej, szczególnie wrażliwej na opinię ogromnego elektoratu złożonego z imigrantów, wśród których wielu było powiązanych z Pierwszym Sojusznikiem bliską więzią etniczną. A co najważniejsze, ponieważ Amerykanie produkowali znaczną część środków wojennych, od których zależało przetrwanie Sowietów, mieli w ręku potężne narzędzie, za pomocą którego mogliby wymóc na Stalinie dobre zachowanie.
Natomiast z psychologicznego punktu widzenia przyłączenie się Amerykanów do sojuszu wpłynęło na zmianę jego klimatu emocjonalnego. Amerykanie nie mieli w sobie nic z cynicznej rezerwy znużonych światem brytyjskich imperialistów, żywili natomiast zaraźliwe, dziecinne marzenie, aby sojusz stał się jedną wielką szczęśliwą rodziną. Churchill - stary antybolszewik - miał świadomość, że został zmuszony do zawarcia paktu z ,,Szatanem''. Brytyjscy socjaliści, których wpływy w kraju rosły, dobrze wiedzieli, że komunizmu nie da się pogodzić z demokratycznym socjalizmem. Ale podobne zahamowania miało niewielu Amerykanów. Chcieli, aby świat przeprowadziło przez czas wojny coś więcej niż grupa działających razem partnerów. Chcieli moralnej krucjaty, zwycięstwa Dobra nad Złem. To oni wprowadzili atmosferę, w której sowiecki dyktator nazywany był ,,wujkiem Joe'', a wspominając o Związku Sowieckim, mówiło się tylko o bohaterstwie Armii Czerwonej, uważało ,,Rosjan'' za ,,miłujących wolność demokratów'' i nie poruszało kwestii wypadków sprzed 1941 roku. Prawdę mówiąc, skoro Amerykanie nie odegrali żadnej roli we wczesnych fazach wojny, szczerze nie obchodziły ich wydarzenia z tamtego czasu. Stalin nie mógłby sobie życzyć niczego lepszego.
W nowej konfiguracji politycznej premier Pierwszego Sojusznika wyjechał z Londynu, aby się spotkać zarówno ze Stalinem, jak i z Rooseveltem. Od Stalina otrzymał ostatnie szczegółowe wskazówki dotyczące utworzenia polskiego wojska w Związku Sowieckim. Nie uzyskał natomiast żadnych wiarygodnych informacji o swoich około 15 000 zaginionych oficerów - Stalin zasugerował, że być może zbiegli do Mandżurii. U Roosevelta czekało premiera ciepłe powitanie i perspektywa korzyści, jakie mógłby wyciągnąć, via Wielka Brytania, z ustawy o pożyczkach i dzierżawie. Nie uzyskał natomiast odrębnego układu sojuszniczego. Stany Zjednoczone wciąż jeszcze hołdowały zasadzie redukowania swoich formalnych zobowiązań do minimum.
[...] Rok 1943 rozpoczął się od konferencji aliantów, która odbyła się w styczniu w Casablance, w Maroku, pod kryptonimem ,,Symbol''. Roosevelt i Churchill omawiali plany wielkiej strategii. Stalin był zaproszony, ale nie mógł przyjechać. Podjęto trzy decyzje wielkiej wagi. Praktycznie bez żadnej dyskusji Wielki Sojusz przyjął politykę bezwarunkowej kapitulacji. Z Wielkiej Brytanii miała ruszyć wymierzona przeciwko Niemcom potężna ofensywa ciągłych bombardowań. Zamiast tworzenia drugiego frontu we Francji zachodni alianci mieli przemieścić swoje siły z Afryki Północnej do Włoch. Każda z tych decyzji niosła ze sobą daleko idące implikacje.
Perspektywa walki aż do momentu bezwarunkowej kapitulacji Niemiec odpowiadała interesom Pierwszego Sojusznika. Wydawało się, że pozwoli wyeliminować możliwość odrębnych traktatów we wschodniej i zachodniej Europie oraz zwiększy prawdopodobieństwo, że mocarstwa zachodnie zdołają zapobiec unilateralnym inicjatywom Sowietów. W emigracyjnym rządzie Pierwszego Sojusznika i w jego siłach zbrojnych bardzo umacniała wolę kontynuowania samotnej walki.
[...] W późniejszych miesiącach 1943 roku losy aliantów odmieniły zdumiewające zwycięstwa Sowietów w bitwach pod Stalingradem i pod Kurskiem. Klęska pod Stalingradem - gdzie Niemcy stracili około 250 000 żołnierzy - której kulminacyjnym momentem była kapitulacja 6. Armii von Paulusa, położyła kres dalszemu posuwaniu się Niemców na wschód29. W sensie psychologicznym był to punkt zwrotny. Bitwa pod Kurskiem - uważana powszechnie za największą w historii batalię z użyciem sił pancernych - zniszczyła zdolność Niemców do podjęcia kolejnej poważnej ofensywy. Od tego momentu Armia Czerwona przejęła inicjatywę strategiczną i konsekwentnie szła na zachód, krocząc długą drogą do Berlina. Prestiż Związku Sowieckiego rósł astronomicznie. Krytyka pod adresem Stalina brzmiała teraz jak grubiaństwo.
Wydarzenia polityczne zdominował nieunikniony fakt natury geograficznej: posuwając się z Rosji do Niemiec, Armia Czerwona musiała przejść przez terytorium kraju, gdzie zaczęła się wojna. Wobec tego ponownie wyłonił się problem Pierwszego Sojusznika. Stalin podjął kilka ważnych kroków. Już wcześniej zezwolił na odrodzenie - pod nową nazwą - ruchu komunistycznego, który od czasów przedwojennej czystki trwał w zawieszeniu. Dawał swoim towarzyszom z obozu komunistycznego sygnały świadczące o tym, że zarzucił wcześniejszą strategię, zmierzającą do usunięcia Pierwszego Sojusznika na dobre z mapy Europy. Potem wykonał jeszcze dwa pociągnięcia. Po pierwsze, utworzył w Moskwie kilka instytucji wojskowych, które pozostawały pod sowiecką kontrolą i które mogły się stać zalążkiem zastępczej powojennej administracji. Po drugie - 25 kwietnia 1943 roku - zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem emigracyjnym Pierwszego Sojusznika. Z perspektywy czasu widać, że Stalin przekroczył granice zachodniej tolerancji.
Niemcy niezmordowanie starali się pogłębić ten rozłam w łonie sojuszu. Między innymi bezskutecznie próbowali utworzyć na terytorium Pierwszego Sojusznika jednostki do podjęcia walki z Sowietami. Upublicznili odkrycie masowych grobów w Katyniu w pobliżu Smoleńska, gdzie znaleziono ciała około 4500 zaginionych oficerów Pierwszego Sojusznika. Zwołali Międzynarodową Komisję Śledczą, która (zgodnie z prawdą) ogłosiła, że zbrodni dokonali Sowieci. Pierwszy Sojusznik zaapelował do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, dostarczając w ten sposób pretekstu do mającego nastąpić zerwania stosunków dyplomatycznych z Moskwą. Apel uznano w szerokich kręgach za ,,antysowiecki''. Jak potwierdziły później badania historyków, rządy brytyjski i amerykański dobrze wiedziały, że w tej sprawie hitlerowcy nie muszą kłamać. Mimo to przypisały tę zbrodnię właśnie hitlerowcom30 . (Można by się tylko zastanawiać, jaka byłaby reakcja, gdyby się okazało, że w grobach odkryto szczątki zamordowanych oficerów brytyjskich lub amerykańskich).
Dalszy wstrząs czekał Pierwszego Sojusznika 4 lipca 1943 roku, kiedy premier i Naczelny Wódz generał Sikorski zginął w katastrofie samolotu nad Gibraltarem. Generał, którego właśnie zabrakło, lojalnie współpracował ze Stalinem, cieszył się szacunkiem Churchilla i sympatią Roosevelta. Wszyscy zgadzali się co do tego, że był to człowiek bardzo przyzwoity i bardzo elastyczny. Usunięcie go ze sceny działało jedynie na korzyść tych, którym zależało na rozbiciu sojuszu. W tej sprawie o morderstwo było kilku podejrzanych31.
Bezpośrednim skutkiem katastrofy nad Gibraltarem było ponowne ukonstytuowanie się rządu na uchodźstwie. W trakcie ożywionych sporów postanowiono oddzielić funkcję premiera od funkcji Naczelnego Wodza. Pierwsza przypadła w udziale przywódcy emigracyjnego Stronnictwa Ludowego, działaczowi przedwojennej opozycji i byłemu uczestnikowi antyniemieckiego powstania wielkopolskiego, Stanisławowi Mikołajczykowi (1901-1966). Obowiązki Naczelnego Wodza przejął generał Kazimierz Sosnkowski (1885-1969), człowiek o odmiennej orientacji politycznej, osobisty przyjaciel Wielkiego Marszałka i jeden z autorów zwycięstwa z 1920 roku. Sojusznicy brytyjscy patrzyli na nowego premiera łaskawym okiem. Nowego Naczelnego Wodza - mimo że odznaczał się przyziemnym realizmem - powitano z mniejszym entuzjazmem32.
W listopadzie 1943 roku Wielka Trójka po raz pierwszy spotkała się twarzą w twarz. Stalin był w nastroju optymistycznym. Roosevelt i Churchill, którym już drugi rok z rzędu nie udawało się ustanowić drugiego frontu w Europie, byli gotowi do ustępstw. Churchill przejął inicjatywę, proponując, aby niemiecko-sowiecką ,,granicę pokoju'' z 1939 roku - obdarzoną teraz mylącą nazwą ,,linii Curzona'' - uznać za podstawę do dalszych rokowań w sprawie powojennej granicy zachodniej Związku Sowieckiego. Zgodził się ze Stalinem, że Pierwszy Sojusznik powinien otrzymać rekompensatę w postaci nieokreślonego kawałka terytorium Niemiec na zachodzie. Roosevelt dodał kolejny punkt do protokołu podczas swojego późniejszego prywatnego spotkania ze Stalinem. Ale wszyscy oni prowadzili rozmowy w tajemnicy, bez obecności przedstawiciela Pierwszego Sojusznika, w tajemnicy też zachowali później szczegóły ustaleń. Wszystko, co robiono w ciągu następnego roku, odbywało się w fałszywym przeświadczeniu, że przyszłe określenie granic terytorium Pierwszego Sojusznika wciąż pozostaje sprawą otwartą.
[...] W pierwszej połowie 1944 roku przez sześć miesięcy Armia Czerwona niezmordowanie posuwała się na zachód przez rozległe tereny będące przedmiotem politycznych sporów. 4 stycznia przekroczyła przedwojenną granicę polsko-sowiecką. Ale do ,,granicy pokoju'' na Bugu dotarła dopiero w lipcu. Przez cały ten czas prowadziła wielką kampanię o fundamentalnym znaczeniu wojskowym - rozbijała niemiecką Grupę Armii ,,Środek''. Wobec tego w najbardziej zniszczonej przez wojnę strefie Europy polityka schodziła na dalszy plan. Ale świetnie wyszkoleni oficerowie polityczni Armii Czerwonej w pełni zdawali sobie sprawę, o jaką stawkę toczy się gra. Wiedział to także rząd emigracyjny Pierwszego Sojusznika i jego lokalni przedstawiciele z podziemnego ruchu oporu. Miejscowej ludności nie pytano o zdanie. Mocarstwa zachodnie nie wykazywały większego zainteresowania. Niewielu spośród ich najbardziej nawet fachowych specjalistów uzyskało tyle informacji, aby wiedzieć, że dokładnie ta część Europy była ojczyzną dwóch dywizji, które przygotowywały się do ataku na Monte Cassino. Wszyscy - z wyjątkiem Wielkiej Trójki i ludzi z jej bezpośredniego otoczenia - działali w przeświadczeniu, że da się jeszcze polubownie załatwić kwestię przyszłości spornych terytoriów.
Bardzo pouczające są nazwy. Sowieci używali w stosunku do tych ziem określeń Zachodnia Białoruś i Zachodnia Ukraina. Pierwszy Sojusznik mówił o Kresach Wschodnich lub po prostu o Kresach. Większość Brytyjczyków i Amerykanów - jeśli w ogóle potrafiła zlokalizować te obszary - stosowała anachroniczną i całkiem mylącą nazwę Zachodnia Rosja. Jak mawiał Konfucjusz, ,,jeśli się używa niewłaściwych słów, nie można nigdy dojść do właściwych wniosków''.
Gdy oddziały Armii Czerwonej zaczęły się zbliżać do Kresów, rząd Pierwszego Sojusznika w Londynie uznał, że musi zareagować i wydać instrukcje swoim ludziom w kraju. Podjął decyzję o planie, któremu nadano kryptonim ,,Burza''. Armię Czerwoną należało powitać z radością. Podziemny ruch oporu miał wychodzić z ukrycia wszędzie tam, gdzie się przybliży front niemiecko-sowiecki, i atakować wycofujące się niemieckie wojska. Tam gdzie to będzie możliwe, lokalni funkcjonariusze mieli przejmować władzę na opuszczonych przez Niemców terenach, starając się zapewniać dobre warunki do bezpiecznego przemarszu sił sowieckich. Nic nie mogłoby bardziej rozjuszyć Sowietów.
[...] W pierwszej połowie 1944 roku zmniejszyła się rola Zjednoczonego Królestwa w Wielkim Sojuszu, wzrosła natomiast rola USA i Związku Sowieckiego. Gwiazda Amerykanów i Sowietów wyraźnie zaczęła świecić jaśniejszym blaskiem. To zaś odbiło się na sytuacji Pierwszego Sojusznika Wielkiej Brytanii.
Na płaszczyźnie oficjalnej stosunek Amerykanów do rządu emigracyjnego zawsze był poprawny, a nierzadko wręcz serdeczny. Polskich polityków często i ciepło przyjmowano w Waszyngtonie. Natomiast w miarę upływu czasu każdy uważny obserwator mógł zauważyć, że za amerykańską fasadą dobrotliwego poklepywania po ramieniu kryło się silne pragnienie uniknięcia poważnych zobowiązań. Rząd USA nigdy nie podzielał wrogich antypolskich nastrojów, które dawały o sobie znać w pewnych wpływowych kręgach amerykańskiej opinii publicznej. [...] Równocześnie jednak rząd USA nie uważał pomocy dla Pierwszego Sojusznika za swój obowiązek. Coraz liczniejsze stawały się przypadki gry na zwłokę. Na przykład przez pół roku rząd emigracyjny przynaglał Waszyngton do wyznaczenia nowego ambasadora na miejsce Anthony?ego Josepha Drexela Biddle?a, który opuścił swoje stanowisko w Londynie 1 grudnia 1943 roku. Departament Stanu nie wykazywał jednak skłonności do pośpiechu. Nowego kandydata, Arthura Bliss Lane?a, znaleziono w lipcu 1944, ale przez całe lato czekano na zatwierdzenie jego kandydatury przez Senat; w efekcie nie zdążył dotrzeć do Londynu i złożyć listów uwierzytelniających przed cofnięciem uznania emigracyjnemu rządowi Pierwszego Sojusznika34. Jeszcze bardziej frustrujące było odraczanie decyzji o dostarczeniu dwunastu samolotów dalekiego zasięgu. Przez cały czas od wizyty generała Sikorskiego w Waszyngtonie w grudniu 1942 roku rząd emigracyjny czekał na te samoloty, które miały utworzyć samodzielne skrzydło łączności z polskim podziemiem. Zważywszy na fakt, że Stany Zjednoczone co miesiąc wysyłały drogą morską setki nowych samolotów do Wielkiej Brytanii, była to prośba bardzo skromna. Sprowokowała jednak mnóstwo wymówek i ostatecznie nigdy nie została spełniona. Zamiast tego rząd emigracyjny otrzymał informację, że może dostać inne rodzaje wyposażenia:
S/Ops/4391 1 lipca 1944
Do: majora M.J.T. Picklesa (Ministerstwo Obrony Narodowej)
Od: porucznika Budynia
Nasz przedstawiciel w USA przekazał nam informację, że na mocy ustawy o pożyczkach i dzierżawie może otrzymać projektor filmowy, automatyczną przenośną kamerę filmową (...) oraz system do zapisu taśmy, wszystkie urządzenia dla taśmy 35 mm, ale że przed podjęciem dalszych kroków należy uzyskać zwolnienie z cła na te przedmioty za pośrednictwem Mnisterstwa Obrony Narodowej35.
[...] Problemy narastające wokół stosunków ze Związkiem Sowieckim nie miały w sobie nic równie zabawnego. Kiedy w kwietniu 1943 roku Stalin zerwał stosunki dyplomatyczne z Pierwszym Sojusznikiem z powodu sprawy katyńskiej, dokonał tego nagle, brutalnie i - jak się miało później okazać - całkowicie bezpodstawnie. Ale ponieważ wcześniej osobiście podpisał rozkaz rozstrzelania polskich oficerów, dokładnie wiedział, co robi. Poddawał próbie polityczne nastroje wewnątrz sojuszu, badając, jak daleko może się posunąć. Gdyby miał rację, wierząc, że zdoła wciągnąć Brytyjczyków i Amerykanów w zmowę monstrualnego kłamstwa w sprawie masowego mordu popełnionego na ich przyjaciołach, bez większego ryzyka mógłby naciągać strunę w wielu innych mniej drażliwych kwestiach. Brytyjska administracja znalazła się w kłopocie. Tajny raport w sprawie Katynia, przygotowany 24 maja 1943 roku przez ambasadora Wielkiej Brytanii przy emigracyjnym rządzie Pierwszego Sojusznika sir Owena O?Malleya, jednoznacznie wskazywał na prawdopodobieństwo winy Sowietów. Okazał się jednak tak trudny do przełknięcia dla większości jego kolegów, mających prosowieckie uprzedzenia, że woleli oni udawać dezorientację i niczego nie przyznać. Wszystkim zachodnim służbom informacyjnym polecono trzymać się wersji sowieckiej i przedstawiać Katyń jako zbrodnię Niemców36.
[...] Za życia generała Sikorskiego stosunki Wielkiej Brytanii z jej Pierwszym Sojusznikiem pozostawały na absolutnie najwyższym szczeblu, ponieważ - ku zawiści różnych płotek - generał miał częsty i łatwy dostęp do Churchilla. Ponadto kontakty były o wiele łatwiejsze dzięki obecności rządu emigracyjnego w Londynie. Brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych utrzymywało stałe kontakty zarówno z bardzo szanowanym ambasadorem przy Dworze św. Jakuba, hrabią Raczyńskim, jak i z Ministerstwem Spraw Zagranicznych rządu RP na uchodźstwie. Urzędnicy z brytyjskiego Ministerstwa Wojny mogli bezpośrednio rozmawiać i ustalać spotkania z kolegami z Ministerstwa Obrony Narodowej polskiego rządu emigracyjnego. Z oczywistych powodów zagraniczne służby wywiadowcze Wielkiej Brytanii (MI-6) miały szczególnie bliskie stosunki z polskim Oddziałem II, który prowadził własną skuteczną i szeroko zakrojoną działalność wywiadowczą, zwłaszcza na terenach Związku Sowieckiego i Trzeciej Rzeszy.
W miarę upływu czasu, gdy Pierwszy Sojusznik organizował złożony system ruchu oporu w okupowanym kraju, Oddział VI Specjalnego Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych coraz bardziej się wybijał. Jego zadaniem był nadzór nad kontaktami z okupowanym krajem w ogóle i z formacjami wojskowymi w podziemiu w szczególności. Szybko skoncentrował na sobie uwagę brytyjskiego wywiadu i Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE).
Źle ukrywana rywalizacja między wywiadem (Intelligence Service) i SOE była jednym z faktów wojennego życia Wielkiej Brytanii. Wywiad - instytucja o długiej tradycji i szerokim zakresie działania - podlegał oficjalnie Ministerstwu Spraw Zagranicznych i na początku wojny niewątpliwie zakładał, że to właśnie on obejmie kontrolę nad wszystkimi tajnymi misjami za granicą. SOE - organizacja założona w lipcu 1940 roku przez Churchilla po to, ,,aby kontynent stanął w płomieniach'' - podlegało bezpośrednio premierowi i nieuchronnie uważano je za niebezpiecznego uzurpatora. Powstało z połączenia dawnego wydziału D (sabotaż za granicą) wywiadu z wywiadem wojskowym (zdobywanie informacji) i wkrótce stało się głównym narzędziem Wielkiej Brytanii w organizowaniu tajnych misji w okupowanej przez hitlerowców Europie38.
Ludzie, którzy odgrywali najważniejsze role w tym skomplikowanym układzie, nie zawsze byli wysokimi funkcjonariuszami instytucji państwowych. Gdy dochodziło do podejmowania istotnych decyzji, wysokich funkcjonariuszy oczywiście nie pomijano. Churchill jako premier, Anthony Eden jako minister spraw zagranicznych i generał Brook jako szef Sztabu Imperialnego przez całą wojnę byli głównymi postaciami na brytyjskiej scenie. W roku 1944 role najaktywniejszych członków polskiego rządu emigracyjnego odgrywali już premier Mikołajczyk, Naczelny Wódz generał Sosnkowski, minister spraw zagranicznych Tadeusz Romer oraz szef Sztabu Naczelnego Wodza generał Stanisław Kopański39. Bardzo niefortunny był fakt, że prezydent Władysław Raczkiewicz z powodu poważnych problemów zdrowotnych nie zdołał przeciwdziałać rozłamowi, jaki zaznaczył się między premierem a Naczelnym Wodzem. Różnica postaw pociągnęła za sobą niezdecydowanie - żeby nie powiedzieć paraliż - wśród członków gabinetu i zdumienie ich brytyjskich przyjaciół.
[...] Na osobną wzmiankę zasługuje dwóch obywateli polskich. Obaj mieli ścisłe powiązania z interesami Wielkiej Brytanii. Generał Stanisław Tatar (1896-1980) był powszechnie znany w Londynie pod konspiracyjnym pseudonimem ,,Tabor''. Dotarł do Anglii dopiero w kwietniu 1944 roku i w jakiś zadziwiający sposób został mianowany zastępcą szefa Sztabu Naczelnego Wodza i bezpośrednim zwierzchnikiem Oddziału VI. Przedtem był numerem trzy w hierarchii podziemnego ruchu oporu Pierwszego Sojusznika, w Armii Krajowej (zastępcą szefa Sztabu Komendy Głównej AK). Krążyły podejrzenia, że wymanewrowali go stamtąd towarzysze z podziemia z powodu nie dającego się rozwiązać konfliktu poglądów. Jego przeszłość przedstawiała się interesująco. W czasie pierwszej wojny światowej przeszedł szkolenie jako kadet w Szkole Artylerii Ciężkiej w Odessie i otrzymał patent oficerski z rąk cara. Następnie jako absolwent Wyższej Szkoły Wojskowej w Warszawie i École Supérieure de Guerre w Paryżu oraz jako wykładowca wyższej Szkoły Wojennej i dowódca kolejnych pułków artylerii należał do przedwojennej elity wojskowej. Był jednak zajadłym przeciwnikiem ustroju sanacyjnego i nieugiętym krytykiem marszałka Piłsudskiego. Szorstki, arogancki i skryty, wiele własnych poglądów zachowywał dla siebie. Ale jeden z jego biografów uznał go za przedstawiciela najrzadszego z gatunków: za ,,polskiego titoistę'', czyli zwolennika narodowej odmiany komunizmu, niezależnej od Moskwy41. (To właśnie Tatar, jako oficer dyżurny w Kwaterze Głównej AK pod koniec lipca 1944 roku, nie przekazał dalej dwóch kontrowersyjnych depesz przesłanych z Barnes Lodge).
Człowiekiem jeszcze bardziej interesującym był Józef Hieronim Retinger ,,Recio'' (1888-1960). W wojennym Londynie znano go przede wszystkim jako osobistego sekretarza generała Sikorskiego. Ale pod tą oficjalną funkcją kryło się mnóstwo mniej publicznych powiązań, a wszystkie one prowadziły - taką czy inną drogą - ku alianckim służbom wywiadowczym. Że miał za sobą barwną przeszłość, to mało powiedziane. Urodził się w Krakowie jako poddany cesarza austriackiego, syn wybitnego adwokata; w młodym wieku wyjechał na Zachód, gdzie studiował na Sorbonie i - podobnie jak jego równolatek Lewis Namier - w London School of Economics. Był protegowanym arystokratycznych wpływowych rodzin francusko-polskich katolików; oni to zajęli się jego wykształceniem po śmierci ojca - od nich nauczył się swobodnie obracać w najwyższych kręgach społecznych, politycznych i kulturalnych. Jego najsłynniejszy wojenny pseudonim brzmiał ,,Salamandra''.
Kariera Retingera, znawcy języków, psychologii społecznej, literatury i sztuki, poszła w co najmniej trzech kierunkach. W karierze literackiej pomogły mu długoletnie powiązania z Josephem Conradem, którego poznał w 1909 roku w Londynie i który prawdopodobnie pierwszy wprowadził go do brytyjskiego wywiadu. Karierę międzynarodowego negocjatora zaczął w roku 1917, kiedy po stronie państw sprzymierzonych uczestniczył w tajnych i nieudanych rozmowach dotyczących zawarcia odrębnego pokoju z Austrią. Wkrótce potem rozpoczął karierę eksperta do spraw Ameryki Łacińskiej: z niewyjaśnionych przyczyn w pośpiechu opuścił Paryż i wyjechał do Meksyku, gdzie zapewnił sobie stałą posadę jako osobisty asystent prezydenta. Później - podejrzewany kolejno o to, że jest agentem Watykanu, bolszewików, Amerykanów i masonów - wypływał od czasu do czasu w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Odegrał czynną rolę w tworzeniu międzynarodowego ruchu związków zawodowych; zaprzyjaźnił się z brytyjskimi socjalistami Ernestem Bevinem i Staffordem Crippsem. Podczas hiszpańskiej wojny domowej był w Hiszpanii. Ale w roku 1939 wytropiono go w Londynie, gdzie żył w biedzie w obskurnym jednopokojowym mieszkaniu na tyłach Baker Street. Koło jego fortuny odwróciło się wraz z wybuchem wojny. To właśnie Retinger poleciał 18 czerwca 1940 roku do Francji i na wyraźny rozkaz Churchilla sprowadził generała Sikorskiego do Anglii42. W roku 1941 razem z Sikorskim pilnie negocjował polsko-sowieckie umowy. Nawet został w Moskwie jako chargé d?affaires, aby nadzorować przygotowania do otwarcia tam ambasady rządu emigracyjnego. Wtedy też zawarł osobistą znajomość z Mołotowem.
Związki Retingera z MI-6 wciąż są utrzymywane w ścisłej tajemnicy, ale mimo to trudno jest w nie wątpić. Jego dossier nie przekazywano do publicznych archiwów przez ponad sześćdziesiąt lat. Natomiast na początku XX wieku autor pracy opartej na oficjalnych źródłach wymienia go jako ,,wpływowego agenta MI-6'', potwierdzając w ten sposób to, co wielu jego rodaków zawsze podejrzewało43. Retinger był postacią zbyt ważną i zbyt angażował się w niezliczone zadania, aby mógł pozostawać tylko szeregowym pracownikiem brytyjskiego wywiadu. Mimo to nie jest zbyt prawdopodobne, żeby podejmował w czasie wojny jakieś poważniejsze inicjatywy bez uzgodnienia ich z MI-6. Jednak ta etykietka może okazać się niewystarczająca. W oczach niektórych ludzi Retinger był chorobliwie ambitnym fantastą.
Po śmierci Sikorskiego w lipcu 1943 roku Retinger znalazł się w pewnym sensie w sytuacji wiernego psa pozbawionego pana. Podczas nabożeństwa żałobnego z okazji pogrzebu generała z pewnością uronił niejedną łzę. Był człowiekiem szukającym dla siebie jakiejś misji i w odpowiednim czasie taką misję znalazł. W styczniu 1944 roku zaangażował się w przedsięwzięcie, którego dokładny cel do dziś pozostaje zagadką. Szykował się do zrzutu spadochronowego do Polski. Jak na osobę liczącą sobie pięćdziesiąt sześć lat i niezbyt sprawną fizycznie, był to krok ryzykowny - także dlatego, że odmówił udziału w skokach próbnych stanowiących przyjętą praktykę, tłumacząc się, że mógłby od tego stracić całą odwagę. Co więcej, to zadanie było tak bardzo tajne, że zamierzał włożyć maskę, aby ukryć się zarówno przed towarzyszami wyprawy, jak i przed załogą RAF-u mającą obsługiwać lot. W oczekiwaniu na zrzut pojechał do bazy RAF-u w pobliżu Brindisi. Raz za razem kazano mu czekać, a dla zabicia czasu radzono czytać Platona. Jedyną osobą w rządzie emigracyjnym, którą poinformowano o jego wyjeździe, był premier Mikołajczyk. Tymczasem w korytarzach hotelu Rubens w Londynie zaczęła krążyć plotka, że Retinger narobił sobie zbyt wielu wrogów i wobec tego po przybyciu na miejsce zostanie zlikwidowany44. Na podstawie dostępnych dziś materiałów nie da się osądzić, jaki był udział Brytyjczyków w całej sprawie. Ale misja miała swoje znaczenie, ponieważ stanowiła jedyny sygnał świadczący o tym, że brytyjscy koledzy Pierwszego Sojusznika zadali sobie trud, aby na miejscu przeprowadzić wiarygodny wywiad. Na początku 1944 roku duże misje brytyjskie działały we współpracy z podziemiem w Jugosławii i Grecji, ale Retinger był jedynym znanym agentem brytyjskim, którego w tym czasie skierowano nad Wisłę.
[...] W późniejszych stadiach wojny front wschodni nie budził zbytnich niepokojów, jeśli idzie o strategiczne kalkulacje mocarstw zachodnich. Od sierpnia 1943 roku przez cały czas na mocy obopólnej zgody uznawano go za niezdefiniowaną strefę wpływów sowieckich. Wobec tego Londyn i Waszyngton były zadowolone, że mogą zostawić problemy Europy Wschodniej swoim partnerom w Moskwie. Armię Czerwoną darzono wielkim podziwem, ponieważ wzięła na siebie główny ciężar walki z Wehrmachtem, a także za jej niezwykle istotny wkład w pokonanie hitlerowskiej Rzeszy - co okazywało się z coraz większą jasnością. W oczach Zachodu rzeczą najbardziej niepokojącą była możliwość, że przepędziwszy Niemców z terytorium Związku Sowieckiego, Stalin ulegnie pokusie zawarcia odrębnego pokoju lub - co jeszcze gorsze - chęci podboju wielkich obszarów Europy Środkowej. (Stain żywił zresztą takie same podejrzenia w stosunku do Zachodu).
Niemniej jednak prezydent Roosevelt był szczególnie przychylnie nastawiony do pomysłu, aby przyjąć sowieckie argumenty i pozostawić Moskwie wolną rękę w działaniach w przyznanej jej strefie wpływów. Stany Zjednoczone nie czuły się zagrożone planami Sowietów dotyczącymi Europy Wschodniej. Przeciwnie: Waszyngton był pod wrażeniem ograniczonego zakresu sowieckich ambicji; w tym czasie nic nie wskazywało, że dotyczą one także innych rejonów - zwłaszcza Persji (Iranu) i Chin, którymi Amerykanie interesowali się bardziej bezpośrednio. Jeśli idzie o Pierwszego Sojusznika, Waszyngton był mu w zasadzie przyjazny, ale równocześnie skłonny do przerzucenia odpowiedzialności na Wielką Brytanię - jako na formalnego protektora.
Nie można zapominać, że w latach 1943-1944 możliwości mediacji mocarstw zachodnich w sprawach dotyczących relacji polsko-sowieckich stały się mocno ograniczone. Zerwanie stosunków dyplomatycznych z Pierwszym Sojusznikiem przez Stalina nie byłoby samo w sobie sprawą tak poważną, gdyby nie wchodziły w grę inne negatywne czynniki. Po pierwsze, dyplomacja amerykańska pod wodzą głównego doradcy Roosevelta, Harry?ego Hopkinsa, coraz bardziej skłaniała się ku uwzględnianiu moskiewskich ambicji i wykazywała coraz mniej cierpliwości wobec tego, co uważano za drugoplanowe przyczyny tarć. Po drugie, Churchill zaczął tracić nieco z wybitnej pozycji, jaką miał na początku. Stalin nie mógł nie dostrzegać nieubłaganego wzrostu wpływów Ameryki. Niewygodną pozycję Churchilla dodatkowo pogorszył wyjazd w 1943 roku ambasadora sowieckiego Iwana Majskiego, z którym przez ubiegłe dwa lata przeprowadził niejedną przyjazną rozmowę. Kontakty Churchilla z następcą Majskiego Fiodorem Gusiewem były rzadkie i bardzo formalne. Reasumując, Amerykanie przekazali sprawy Polski Brytyjczykom, a Brytyjczycy starali się robić uniki, radząc Polakom podjęcie bezpośrednich rozmów z Moskwą, mimo że Stalin odciął oficjalne kanały. W klimacie zakłopotania, które rosło proporcjonalnie do niepowodzeń mocarstw zachodnich w tworzeniu drugiego frontu, taka formuła nie mogła stanowić podstawy do skutecznego rozstrzygania problemów.
[...] Mimo to błędem byłoby sądzić, że mocarstwa zachodnie całkowicie zaniedbywały Pierwszego Sojusznika lub że wykazywały całkowitą obojętność wobec jego spraw. Zwłaszcza Churchill miał pełną świadomość prawdopodobnych następstw nieubłaganego pochodu Armii Czerwonej i na co dzień pilnie śledził przebieg polskich spraw. W pierwszej połowie 1944 roku z uwagą obserwował szczegóły wydarzeń dotyczących kwestii politycznych, terytorialnych i militarnych.
W dziedzinie spraw politycznych Churchillowi zależało na zawarciu jakiegoś układu z Moskwą, zanim Stalin sfinalizuje własne unilateralne umowy. 16 lutego 1944 roku wezwał do siebie premiera Mikołajczyka, aby go ostrzec, że jeśli żądania Stalina nie będą spełnione, Armia Czerwona doprowadzi do ustanowienia prosowieckiego marionetkowego rządu, który zostanie następnie zatwierdzony w wyniku sfałszowanych wyborów. Niechęć rządu emigracyjnego do zastosowania się do tych rad wprawiła Churchilla w gniew. Wiedział jednak również, że żądania Stalina mają charakter prowokacji i że być może uda się jeszcze osiągnąć jakiś kompromis. Pierwszy Sojusznik nie był w sytuacji tak trudnej jak Jugosławia. W podziemiu nie było żadnego Tity; w kraju nie dawało się dostrzec wyraźniejszego poparcia dla polityki w sowieckim stylu; siły zbrojne Pierwszego Sojusznika były wszędzie i wszędzie walczyły lojalnie za wspólną sprawę aliantów. Co więcej, pewne oznaki wskazywały, że Stalin prowadzi podwójną grę. Z oburzeniem żądał, aby rząd emigracyjny oczyścił swoje szeregi z rzekomo antysowieckich polityków - poczynając od prezydenta Rzeczypospolitej - a jednocześnie wykorzystywał nieoficjalne kanały informacji za pośrednictwem ambasady sowieckiej w Londynie. Wobec tego nie wszystko było jeszcze stracone. Optymiści mieli powód, aby wierzyć, że - przy aktywnym udziale Zachodu - uda się jeszcze dojść do porozumienia.
Dlatego też wydawało się, że najlepszym wyjściem będzie kompromisowy układ w kwestii terytorialnej. Opinie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych były podzielone. Jedni - i do tych właśnie opinii skłaniał się z początku Eden - uważali, że żądania Stalina trzeba po prostu spełnić, żeby go zadowolić. Tę właśnie linię Eden przyjął dwa lata wcześniej w sprawie państw bałtyckich, a Churchill niechętnie się do niej przychylił w marcu 1942 roku. Za tą też linią brytyjski premier opowiadał się w sprawie Pierwszego Sojusznika od czasu konferencji w Teheranie - pod warunkiem że Pierwszy Sojusznik otrzyma hojną rekompensatę w postaci ziem odebranych Niemcom. Uważano jednak, że nie zostały podjęte żadne ostateczne decyzje, a treść rozmów w Teheranie utrzymywano w ścisłej tajemnicy. W myśl drugiego poglądu - nie brakowało mu poparcia w Londynie - Pierwszy Sojusznik nie powinien ustąpić, dopóki sam nie uzyska przynajmniej niewielkich korzyści. Przecież w końcu nakłaniano go do zrzeczenia się ziem, które odpowiednik - gdyby analogiczne żądanie wysunięto w stosunku do rządu brytyjskiego - mogłaby stanowić Szkocja.
Wobec tego najtęższe umysły w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zajęły się badaniem skomplikowanych etnicznych, historycznych i politycznych zawiłości sprawy wschodnich granic Pierwszego Sojusznika. Od listopada 1943 do lipca 1944 roku wydano cztery szczegółowe memoranda. Dwa z nich - z 19 i 22 listopada 1943 roku - powstały przed konferencją w Teheranie. Trzecie, opatrzone datą 12 lutego 1944 roku, opracował historyk o światowej sławie, dyrektor Królewskiego Instytutu Spraw Zagranicznych i szef Wydziału Badań Ministerstwa Spraw Zagranicznych, profesor Arnold Toynbee. Czwarte, z 25 lipca 1944 roku, przygotował jeden z asystentów Toynbeego, Francis Bourdillon. Szczegóły tych memorandów muszą zrobić odpowiednie wrażenie na każdym, kogo fascynuje problem granic rejonu Suwałk, dokładne położenie Zagłębia Borysławsko-Drohobyckiego, różnica między ,,linią A'' i ,,linią B'' tego, co teraz określano jako linię Curzona, czy wreszcie warianty nazwy miasta Lwów, Lvov, L'viv, Leopolis i Lemberg. Memoranda stanowią wspaniałą pożywkę dla kartografa-masochisty. Natomiast ważne jest, iż wszystkie cztery zgadzały się co do jednego: że Pierwszy Sojusznik powinien zatrzymać Lwów - ,,miasto lwów''55.
W oczach brytyjskich ekspertów u podstaw owych memorandów leżało zapewne założenie o dwuetapowym rozwiązywaniu problemu: gdy już uda się przekonać rząd emigracyjny, aby zaakceptował samą koncepcję linii Curzona, można będzie zacząć wywierać naciski na Moskwę, aby zaakceptowała stosunkowo niewielkie poprawki56. Natomiast w oczach rządu emigracyjnego memoranda zachęcały do dalszej nieustępliwości. Wyraźnie stwarzały wrażenie, że gra jeszcze się nie zakończyła i że Lwów stanowi minimum, jakie - przy pomocy Zachodu - można ocalić.
Należy podkreślić pewne dodatkowe rozróżnienie. Brytyjskie memoranda z lat 1943-1944 - podobnie jak żądania terytorialne Stalina - mówiły o trwałych granicach państwowych, które się po zakończeniu wojny ustali i które zostaną uznane na arenie międzynarodowej. Nie należy ich mylić z toczącymi się równolegle rozmowami z 1944 roku, dotyczącymi tymczasowej linii demarkacyjnej - koniecznej i pilnej w kontekście nieoczekiwanie szybkiego pochodu Armii Czerwonej. 15 lutego 1944 roku premier rządu emigracyjnego Pierwszego Sojusznika udzielił zgody na wytyczenie linii demarkacyjnej położonej daleko na wschód od linii Curzona. Uczynił to w silnym przeświadczeniu, że jego decyzja nie narazi na szwank negocjacji w sprawie trwałej granicy. Wielu z jego kolegów - w tym Naczelny Wódz - uważało, że popełnił poważny błąd taktyczny.
W sprawach militarnych kluczową kwestię stanowiło to, co się stanie, gdy Niemcy ostatecznie wycofają się na terytorium Rzeszy, a szczególnie, jaki będzie stosunek podziemnego ruchu oporu Pierwszego Sojusznika do wkraczającej Armii Czerwonej? Oczywiście nikomu nie trzeba było mówić, że lata niemieckiej okupacji mogą się zakończyć takim lub innym powszechnym wybuchem. Ale autorzy planów potrzebowali bardziej szczegółowych informacji. Jakiego powstania można się spodziewać? Gdzie będzie jego baza? Kto stanie na jego czele? I jak nim pokierować, aby przyniosło jak największy efekt?
Debaty dotyczące możliwości wybuchu powstania przeciwko Niemcom w Polsce toczyły się w kręgach alianckich już od miesięcy lub nawet od lat. Zarówno Londyn, jak i Waszyngton doskonale zdawały sobie sprawę z istnienia tego, co nazywano Tajną Armią, i z potencjalnej użyteczności owej armii. Nikt jednak nie doprowadził tych debat do żadnej ostatecznej konkluzji. Wobec tego generał Tatar postanowił zadbać o to, aby odzyskać stracony czas. Natychmiast po objęciu urzędu w Oddziale VI przy Belgrave Street 13 w maju 1944 roku zaczął energicznie drążyć najważniejsze kwestie.
Rząd emigracyjny opowiadał się w tym czasie za koncepcją ,,powszechnego powstania'' zorganizowanego na terenach wiejskich, powstania, które mogłoby sparaliżować niemiecki system łączności, utrudnić odwrót Wehrmachtu i na szerokim froncie przyspieszyć pochód Armii Czerwonej. Podstawowym dążeniem Tatara było uzyskanie poparcia Brytyjczyków dla tego przedsięwzięcia. Niezbyt mu się to udało. We wstępnych rozmowach powtarzano, że istnieją trudności natury logistycznej, że w grę wchodzą znaczne odległości i że istnieje strefa wpływów sowieckich. Już wcześniej, niemal natychmiast po przylocie do Wielkiej Brytanii, 25 kwietnia Tatar spotkał się z Churchillem w towarzystwie innego działacza podziemia, Zygmunta Berezowskiego, który wcześniej wraz z nim przyleciał do Anglii. Ale spotkanie przyjęło nieprzewidziany obrót, ponieważ nastąpiła ożywiona wymiana zdań w kwestii granic. Kiedy towarzysz Tatara oświadczył, że Polacy będą walczyć o swoje prawowite granice, Churchill odpowiedział ponuro: ,,Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu''57.
[...] Grupa generała Tatara i inni polscy politycy nadal bombardowali rząd Wielkiej Brytanii prośbami i pytaniami. Podczas licznych spotkań Brytyjczycy dawali wyraz swoim wątpliwościom. Ich postawę cechowało połączenie niechęci, irytacji i niezdecydowania, natomiast nie było w niej otwartego sprzeciwu. Ostateczną odpowiedź - której w końcu miało udzielić Ministerstwo Spraw Zagranicznych - stale odwlekano. Nie uzyskano jej do końca lipca, gdy dowódca Tajnej Armii Pierwszego Sojusznika wystąpił z propozycją natychmiastowego powstania i gdy gabinet premiera Mikołajczyka na tę propozycję przystał.
[...] Niewielu spośród towarzyszy Tatara znało jego poglądy polityczne w tym czasie. O raporcie, który przygotował jesienią 1943 roku, nawołując polskie podziemie do starań o ,,możliwie przyjazne stosunki z Sowietami (...) chociażby za cenę wielkich ustępstw''62, w Londynie nie wiedziano. Nie wiedziano też o pewnej rozmowie, w czasie której oświadczył: ,,Anglosasi nie są Polską zainteresowani. Francja się nie liczy, trzeba więc okazać dobrą wolę, dogadać się z Sowietami i iść dalej z nimi''63 Ale pewien młodszy pracownik Oddziału VI, regularnie jadający z generałem Tatarem śniadanie, równie regularnie wysłuchiwał tej opinii:
Związek Sowiecki stanie się niebawem na wszystkich ziemiach polskich decydującym czynnikiem siły. (...) w tych warunkach Polska powinna wejść w układy z Moskwą, poczynić na jej rzecz ustępstwa i zmienić orientację z prozachodniej na prosowiecką64.
Można przypuszczać, że w rozmowach z brytyjskimi urzędnikami generał Tatar dzielił się z nimi swymi odczuciami. Jeśli tak było w istocie, wobec przeważających w tym czasie prosowieckich nastrojów takie oświadczenia przechodziły gładko.
Wielka szansa generała Tatara nadeszła w czerwcu, kiedy go poproszono, aby towarzyszył premierowi Mikołajczykowi w podróży do Waszyngtonu i przedstawił najwyższym władzom państwowym Stanów Zjednoczonych sprawę pomocy dla polskiego podziemia. W ciągu trzech dni, uzbrojony w wielką mapę i odwołujący się do pomocy tłumacza, zdołał profesjonalnie zaprezentować Armię Krajową i odpowiedzieć na pytania, które za każdym razem - w tej lub innej formie - zahaczały o kwestię stosunków polsko-sowieckich. 7 czerwca spotkał się w Białym Domu z samym prezydentem Rooseveltem, w obecności sekretarza stanu Edwarda Stettiniusa, wzbudzając wielkie zainteresowanie, a nawet poruszenie wśród obecnych osób. Gdy padło nieuniknione pytanie prezydenta o poglądy Sowietów w sprawie polskiego podziemia, premier Mikołajczyk wtrącił się do rozmowy i wyjaśnił, że stosunki z Sowietami rozluźniły się od czasu Katynia i śmierci generała Sikorskiego65. Nie było to zbyt zręczne posunięcie. Ale 12 czerwca Tatarowi nadarzyła się kolejna okazja: spotkał się z przedstawicielami amerykańskiego Combined Chiefs of Staff (CCS, Połączony Komitet Szefów Sztabów) i najwyższego dowództwa wojsk alianckich.
Posiedzenie plenarne CCS odbyło się w Blair House 12 czerwca; przewodniczył amerykański admirał William Leahy. Wśród reprezentantów Wielkiej Brytanii znaleźli się generał Harold Redman i generał Gordon Macready, przedstawiciel Szefa Sztabu Generalnego imperium. Delegację Pierwszego Sojusznika poproszono o wejście na salę w chwili, gdy zebrani przeszli do omawiania wydarzeń na froncie wschodnim. Delegacji przewodniczył przedstawiciel polskiego Naczelnego Wodza w CCS pułkownik Leon Żołłtek-Mitkiewicz, a jej skład rozszerzono o kilku młodszych oficerów biegle znających angielski. Jeden z nich, Jerzy Junosza-Piotrowski - postać bardzo barwna, kapitan artylerii i były ksiądz jezuita - był później podejrzewany o to, że jest agentem sowieckim. Inny - major Stefan Jędrzejewski - odczytał angielski przekład tekstu napisanego przez generała Tatara naświetlającego aktualne wydarzenia dotyczące okupacji niemieckiej i ruchu oporu. Część poświęconą pytaniom prowadził generał Macready:
Pierwsze pytanie generała Macready brzmi: ,,Jak generał Tatar rozumie wykonanie ogólnego powstania zbrojnego w Polsce? Czy we współdziałaniu z Rosjanami?''. Tatar bez chwili zastanowienia się, bez żadnego namysłu bezzwłocznie odpowiada na to pytanie: ,,Polska Armia Krajowa będzie współdziałała w pobiciu Niemców z pierwszym z aliantów, który się zbliży odpowiednio do obszarów Polski!''. (...) Ta odpowiedź generała Tatara (...) wywołuje niezwykłe wrażenie wśród zebranych członków Combined Chiefs of Staff, a zwłaszcza między członkami CCS ze strony brytyjskiej. (...) Generał Macready stawia Tatarowi następne pytanie: ,,Jakie były wyniki współpracy wojsk sowieckich z oddziałami polskiej Armii Krajowej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej?''. Tatar odpowiada: ,,Współpraca nasza z Rosjanami na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej była pod względem wojskowym zadawalająca. W niektórych wypadkach wspólne działania oddziałów polskich i sowieckich były uzgodnione i dały pomyślne rezultaty. Polski komendant okręgu wołyńskiego miał sposobność porozumienia się bezpośrednio z dowódcą jednej armii sowieckiej. Dowództwo sowieckie miało możność przekonać się, że Armia Krajowa posiada istotnie rzeczywiste siły nawet na obszarach Wołynia i Małopolski Wschodniej. Przypuszczalnie wycofywanie partyzanckich oddziałów sowieckich z tych obszarów poza linię frontu sowieckiego - co nastąpiło w marcu 1944 roku - było wynikiem stwierdzenia przez dowództwo sowieckie tego stanu rzeczy''66.
Jeden z towarzyszy generała Tatara oświadczył, że nie jest pewien, czy stanowisko naczelnego dowódcy zostało przekazane poprawnie. Ale Tatar nawet nie mrugnął okiem. Delegaci brytyjscy przyjęli oświadczenie entuzjastyczną owacją. Usłyszeli dokładnie to, co chcieli usłyszeć.
Następnego ranka generał Tatar był gościem Biura Służb Strategicznych (Office of Strategic Services - OSS, poprzednik CIA), z Hugh R. Wilsonem na czele. Raz jeszcze przyjęto go bardzo życzliwie i raz jeszcze zapytano między innymi o działania Armii Krajowej we wschodnich prowincjach oraz o stosunki z Sowietami:
Generał Tatar pokazał na mapie obszary koncentracji wojsk i obszary o mniejszej aktywności. Przytoczył przykład współpracy polsko-sowieckiej pod Kowlem i Łuckiem, ale wspomniał także o tym, że sowieccy dowódcy nie trzymali się planu ustalonego z Wołyńską Dywizją Piechoty AK, w efekcie czego Dywizja poniosła ogromne straty i straciła wysokiego rangą oficera (...)67.
Przesłanie brzmiało, że Armia Krajowa walczy i że - w ogólnym rozrachunku - jest w stanie współpracować z Sowietami. Przewodniczący zamknął spotkanie, wyrażając chęć Biura Służb Strategicznych do udzielenia pomocy Armii Krajowej i nawiązania jak najpełniejszej współpracy.
Wizyta w Waszyngtonie pod wszelkimi względami bardzo podbudowała ufność Pierwszego Sojusznika we własne siły. Mimo kolizji z terminem lądowania w Normandii prezydent Roosevelt znalazł czas, aby czterokrotnie przyjąć premiera Mikołajczyka. Atmosfera tych spotkań była wyjątkowo serdeczna. Gośćmi zajęli się najwyżsi funkcjonariusze amerykańscy, stwarzając wrażenie szczerze życzliwego przyjęcia. Główne przesłanie prezydenta - kilkakrotnie powtórzone - brzmiało, że premier powinien zobaczyć się ze Stalinem i ,,po prostu po ludzku z nim porozmawiać''. On sam umiał się przecież dogadać z marszałkiem - ,,o wiele lepiej niż mój biedny przyjaciel Churchill''. Stalin - powiedział Roosevelt - ,,nie jest imperialistą'', ,,to po prostu realista''. Prezydent mruknął nawet jakieś jedno czy drugie słowo zachęty w sprawie granic. Lwów może jeszcze nie jest stracony. Ba, nie wykluczył całkowicie ugody w sprawie Wilna. Premier zanotował dosłownie słowa prezydenta:
Proszę się jednak nie martwić - dodał - Stalin nie zamierza pozbawić Polski wolności. Nie ośmieliłby się tego zrobić, gdyż wie, iż rząd Stanów Zjednoczonych udziela wam zdecydowanego poparcia. Czuwać będę, aby Polska nie doznała krzywd w wyniku wojny68.
[...] Krótko mówiąc, premier i generał Tatar mieli powody, aby sobie pogratulować. Co więcej, ich wizyta w Waszyngtonie przyniosła jeszcze obfitsze owoce. Podczas rozmów z Rooseveltem premier poruszył sprawę pokaźnego amerykańskiego subsydium. W odpowiednim czasie dowiedział się, że Roosevelt zatwierdził decyzję o przekazaniu ogromnej sumy dziesięciu milionów dolarów w złocie: półtora miliona dla ludności cywilnej i ośmiu i pół miliona na potrzeby Armii Krajowej. Trudno sobie wyobrazić bardziej wymowny znak aprobaty.
[...] W czasie kolejnych dni lipca generał Tatar odczuwał zapewne coraz większy niepokój. Zdobył najmocniejsze możliwe poparcie Roosevelta i największy możliwy komplement Brytyjczyków. Wydawało się, że jako orędownik Tajnej Armii z pewnością stoi teraz na o wiele pewniejszym gruncie niż przed podróżą do Waszyngtonu. Jednakże, skoro Sowieci posuwali się naprzód z prędkością błyskawicy, dla Pierwszego Sojusznika zbyt szybko zbliżał się też dzień rozliczenia. Tymczasem wciąż jeszcze zostało kilka ważnych spraw, które należało załatwić z Brytyjczykami. Co więcej, generał mógł zapewne podejrzewać, że nie zawsze wtajemnicza się go w przebieg najważniejszych wydarzeń.
Mimo to jego własna linia postępowania rysowała się dość prosto. Był głównym reprezentantem w Londynie podziemnych sił zbrojnych Pierwszego Sojusznika i miał obowiązek w dalszym ciągu mobilizować wszelką możliwą pomoc. W tej sprawie w Wielkiej Brytanii jego podstawowym kanałem dostępu do najwyższych kręgów było Kierownictwo Operacji Specjalnych (SOE). Wobec tego, kiedy tylko się dowiedział, że jego rząd w zasadzie zgodził się na bezzwłoczny wybuch powstania, postarał się o kontakt z szefem SOE, generałem Gubbinsem.
Najważniejsze spotkanie generała Tatara z Gubbinsem i innymi oficerami SOE odbyło się 29 lipca 1944 roku. Generał poinformował zebranych, że wybuchu powstania w Warszawie należy oczekiwać natychmiast, jak tylko dowództwo podziemia uzna, że nadszedł stosowny moment, i że wobec tego spodziewa się od sprzymierzonych natychmiastowej pomocy. Przedstawił listę sześciu podstawowych żądań:
zwiększyć liczbę zrzutów lotniczych na terytorium Warszawy;
przeprowadzić serię ataków bombowych na lotniska w okolicy Warszawy;
przerzucić polskie dywizjony myśliwców do Polski;
dokonać przerzutu polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej lub jej części;
formalnie uznać polską Tajną Armię za oficjalny składnik sił alianckich;
niezwłocznie wysłać do Warszawy aliancką misję wojskową.
Reakcja Gubbinsa była pozytywna. Oświadczył, że ogólna linia polityki Szefów Sztabów Sprzymierzonych nie uległa zmianie, ale ,,absolutny priorytet'' zostanie Polsce przyznany w ramach istniejącego rozlokowania sił72.
Szczegóły spotkania natychmiast przekazano odpowiednim adresatom. 30 lipca Gubbins przesłał je Szefom Sztabów, podkreślając pilny charakter sprawy. Co najważniejsze, lord Selborne, poinstruowany przez zwierzchnika Tatara, generała Kopańskiego, przesłał je 1 sierpnia na ręce premiera Churchilla, opatrując dokument niezwykle życzliwą adnotacją:
Byłbym niezmiernie rad, gdyby się okazało, że można uczynić cokolwiek w odpowiedzi na prośbę Polaków (...). Nie sądzę, aby z wojskowego punktu widzenia robiło wielką różnicę wysłanie teraz do Polski grupy polskich załóg spadochronowych. (...) Mam też nadzieję, że okaże się możliwe wydanie deklaracji w sprawie Polskiej Tajnej Armii - podobnej do tej, jaką wydał właśnie generał Eisenhower w sprawie Francuskiej Tajnej Armii, tj. stwierdzenie, że uznajemy ją za siłę zbrojną sprzymierzonych, a jej kombatantów za podlegających międzynarodowemu prawu. (...) Z tych dwóch sił Polska Tajna Armia jest z pewnością lepiej zorganizowana i bardziej kompetentna73.
W stolicach oczekujących wyzwolenia było niebezpiecznie. Wszyscy wiedzieli, że w każdej chwili może nastąpić wybuch. Nie wiedzieli jednak, co wybuchnie i kiedy. Po latach niemieckiej okupacji i prześladowań ludność wyrywała się do upragnionej wolności, a niekiedy niecierpliwie czekała na okazję do zemsty. W niemieckich garnizonach panował niepokój. Załogi wiedziały, że zbliża się koniec wojny i że ten koniec będzie oznaczał albo rozejm, jak w roku 1918, albo - jeśli hitlerowscy przywódcy naprawdę okażą się szaleńcami - jeden ostatni potężny atak na Vaterland. Tak czy inaczej, niemieccy żołnierze nie mieli ochoty dać się zabić w przeddzień zawarcia układu albo w trakcie wycofywania się z zapoznanej dzielnicy jakiegoś obcego miasta. Jeśli już nie oficerowie, to prości żołnierze marzyli tylko o jednym: żeby jakoś się wyplątać z tej matni i odnaleźć drogę do domu.
Natomiast dowódcy garnizonów stanęli w obliczu gorzkich dylematów. Znaleźli się w pułapce - z jednej strony mieli posuwające się naprzód wojska Sprzymierzonych, a z drugiej - nienawidzącą ich ludność cywilną, która w każdej chwili mogła się zwrócić przeciwko nim. Wobec tego najbardziej potrzebowali jakiegoś pola manewru: swobody w pozyskiwaniu sobie obywateli tam, gdzie mogło się to okazać możliwe, i swobody przemieszczania oddziałów na pozycje obronne. Ale tu napotykali niezliczone problemy. Jako oficerowie Wehrmachtu, który 20 lipca dowiódł, że przygarnia w swoje szeregi ludzi gotowych zamordować Führera, stawali się celem wielkich podejrzeń o zdradę i defetyzm. Musieli wiedzieć o Rommlu, któremu ostatnio dano wybór między samobójstwem a procesem pokazowym. Na miejscu otaczały ich doborowe jednostki SS, funkcjonariusze partii hitlerowskiej i ciemne typy z Gestapo - ci zaś odrzucili możliwość honorowej kapitulacji i - we własnym interesie - byli skłonni opowiedzieć się za walką do samego końca. A co najgorsze, podlegali najwyższemu dowództwu, które już przestało reagować na głosy rozsądku. Podobnie jak pod Stalingradem, Führer zawsze wolał katastrofalną w skutkach nieustępliwość od pogodzenia się z możliwością rozsądnego odwrotu. A jego upór był coraz większy. W obliczu otwartego buntu raczej poświęciłby kilka europejskich miast wraz ze wszystkimi ich mieszkańcami, niż zezwolił swoim podwładnym na wyplątanie się z matni i na kolejną rundę defensywy.
Napięcie w takich okupowanych miastach dotykało wszystkich bez wyjątku - mężczyzn, kobiety i dzieci. Bojownicy podziemia szykowali broń, czekając na sygnał, aby wybiec na ulice i zacząć zabijać Niemców. Radiotelegrafiści tajnych radiostacji i szyfranci czekali w pogotowiu, aby natychmiast przekazać ważne wiadomości. Niemieckie patrole stały na rogach ulic, wypatrując podejrzanych osób, albo objeżdżały przedmieścia w poszukiwaniu nielegalnych zgromadzeń. Gestapowcy przetrząsali swoje spisy ,,podejrzanych elementów'' i przygotowywali się do skoku. Technicy siedzieli skuleni nad radioodbiornikami i pelengatorami, nasłuchując nielegalnych przekazów radiowych. Policjanci zajmowali się rutynowymi czynnościami, zastanawiając się, czy już niedługo będą mieć jakichś nowych przełożonych. Ludzie - zwłaszcza wieczorem - wystawali w pełnych ciszy ogrodach lub wychylali się z okien, nasłuchując dobiegającego z oddali huku artylerii. Kolaboranci drżeli na myśl o odwecie. Kobiety, które albo sypiały z wrogiem, albo pracowały w wojskowych burdelach, drżały o swoje życie. Kryminaliści i paserzy, którzy zbili fortuny na niedostatkach wojennego rynku, zachodzili w głowę, jak by tu zachować nieuczciwe zdobycze. Księża odnotowywali znaczny wzrost liczby ślubów i spowiedzi. Sprzedawcy worków z piaskiem, desek, kanistrów na wodę, słoików po dżemie, świec, cukru i fałszywych dokumentów robili szybkie interesy. Więźniowie i przymusowi robotnicy, którzy gnili w więziennych celach lub w hitlerowskich obozach, żyli płonną nadzieją, że uda im się uciec. Żydzi siedzący w kryjówkach lub żyjący w przebraniu w domach chrześcijańskich wybawców oczekiwali z nadzieją, że ich koszmar być może wkrótce się skończy. Rodzice zamartwiali się na śmierć, wiedząc, że ich dorastający synowie i córki mają własne plany. Dziadkowie snuli irytujące opowieści o dawnych bitwach i przemarszach obcych armii. Lekarze, pielęgniarki i kierowcy karetek wyjeżdżali na trasy, zastanawiając się, czy lada moment nie przybędzie im kursów. Zarówno patrioci, jak i ciemięzcy zbierali się w sobie w oczekiwaniu na dzień rozrachunku. Wszyscy wiedzieli, czego się spodziewać. Najpierw bombowce, potem ogień zaporowy artylerii, na końcu czołgi. Widok pierwszego alianckiego czołgu będzie oznaczał, że nadszedł czas, żeby się włączyć do akcji.