Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
O DAVIESIE   

Radosław Januszewski i Jan Strękowski

TĘDY PRZESZLI NORMANOWIE

Z Normanem Daviesem spotkaliśmy się po raz pierwszy kilka lat temu. Było lato. Pora roku ma tu znaczenie, bo profesor ubrany był lekko, a to z kolei zaowocowało konsekwencjami zupełnie niespodziewanymi. Znaliśmy go tylko ze zdjęcia. Kiedy już wydawało nam się, że profesor o spotkaniu zapomniał - wiadomo jacy roztargnieni bywają profesorowie - zza filara wyszedł mężczyzna średniego wzrostu, ubrany w dres, trampki i koszulkę z jakimś obrazkiem. Nagłe olśnienie: ten wzór na T-shircie przedstawia smoka. Smoki zaś najlepiej udają się w Walii.
Po przywitaniach rozmowa przeniosła się do kawiarni. Pierwszy spór rozgorzał w związku z przemysłem lekkim. Profesor Norman Davies rozwodził się nad urokami celtyckiej Walii, mówił o wielkim ośrodku przemysłu tekstylnego, jakim jest Manchester. Miasto leży, co prawda, w północnej Anglii, ale w jego nazwie pobrzmiewa imię celtyckiego bóstwa Manaana . A poza tym Norman Davies długo tam mieszkał, ściślej, w mieście Bolton, które należy do aglomeracji Manchesteru. Nieśmiało napomknęliśmy, że w końcu XIX wieku w Łodzi, w samych zakładach Scheiblera i Grohmana było więcej mechanicznych krosien niż w Manchesterze. Profesor przez chwilę milczał.
 
- Chyba chodzi panom o samo śródmieście Manchesteru?
- Nie, o całe miasto.
- To kiedyś pokażę panom, co to jest Manchester.

Norman Davies poważnie traktuje takie rozmowy. Stawiając problem badawczy, do materiałów źródłowych zalicza przekonania żywione przez współczesnych mu rozmówców na tematy historyczne. Kiedyś, wspomina jeden z jego przyjaciół, w ośrodku PAN, gdzie spędzali razem wczasy, spotkali wysokiego funkcjonariusza PZPR. Poszli na wódkę. Przyjaciel szybko miał dosyć. Davies natomiast trwał na stanowisku dwie doby. Koniecznie chciał się dowiedzieć, czy polscy komuniści to naprawdę komuniści. Dowiedział się, że nie tylko nie kochają idei, ale nawet Kraju Rad. Przypomina to metodę stosowaną przez archeologów. Rozpoznanie naukowe badanego terenu rozpoczynają od wywiadu wśród okolicznych mieszkańców, czy gdzieś diabeł nie straszy na kępie. Według Daviesa, powszechne przekonania na temat wydarzeń historycznych są arką przymierza "między dawnymi a nowymi czasy", więzią międzypokoleniową pozwalającą na uprawianie historii w "długim trwaniu", na badanie zachowań ludzkich przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W Polsce spoiwem takim jest m.in. dążenie do niepodległości, katolicyzm, a przy tym także różnorodność kulturowa i narodowościowa kraju, stanowiąca spuściznę po Rzeczypospolitej wielu narodów. Wprowadza to nasz kraj w wątek Europy wielu narodów, gdzie po upadku Związku Radzieckiego małe nacje jak Walonowie, Flamandowie, Bretończycy, Walijczycy zaczęły podnosić głowę. Cóż zatem się dziwić, że Normana Daviesa, Walijczyka na poły z urodzenia, na poły z wyboru, tak ubodły słowa umniejszające ekonomiczną potęgę jego rodzinnego Manchesteru.

Norman Davies podkreśla swoją walijskość na różne sposoby. Jest w tym coś z przekory. W Krakowie, którego honorowe obywatelstwo niedawno otrzymał, widzi starożytne miasto celtyckie. Smok to sprawa zbyt oczywista, by się nad tym rozwodzić. Ślady Celtów, jak twierdzi jego przyjaciel, satyryk Jacek Fedorowicz, znalazł nawet w Piwnicy pod Baranami, w "Tygodniku Powszechnym" oraz w wydawnictwie Znak. A heros-eponim, założyciel miasta - Krak - żywo przypomina postać z celtyckiej legendy, Brana Błogosławionego (Bran po walijsku znaczy kruk), którego głowa obdarzona cudotwórczą mocą spoczęła pod fundamentami Tower, by bronić Wyspy przed najeźdźcami. Stąd zapewne wywodzi się żywa po dziś celtycka legenda, że póty Wielkiej Brytanii, póki w Tower żyją kruki.

Norman Davies, zanim odkrył Polskę, zanim - jako prawy Wyspiarz - odkrył Europę, w której w obu wojnach światowych zginęło pięciu przedstawicieli jego rodziny (jeden z wujów latał nad Polską w czasie II wojny, zginął nad Francją), stwierdził ze zdumieniem, że w jego ojczystym kraju są ludzie, którzy na co dzień nie mówią po angielsku. Dziadek Daviesa był Walijczykiem, górnikiem. Być może dlatego, by zatrzeć górnicze, walijskie, a więc ubogie korzenie rodziny, w domu niewiele mówiono o przodkach. Kiedyś pojechał z ojcem do jednego z walijskich miast górniczych. W kiosku zobaczył gazety pisane w języku, którego nie rozumiał. Ojciec zaocznie ukończył farmację, stał się właścicielem fabryki. Rodzina nie była jednak majętna, fabryka przeżywała trudności. Kwestia pochodzenia społecznego dopadła jednak Daviesa dopiero w Polsce, w latach sześćdziesiątych, gdy przyjechał tu na studia doktoranckie. Musiał wypełnić kwestionariusz osobowy. Wpisał "pochodzenie proletariackie" jako wnuk górnika. Wywołało to protest urzędniczki:

- Na Zachodzie nie ma proletariuszy!

Wpisał więc "burżuazyjne" jako syn fabrykanta. Urzędniczka nawrzeszczała na niego. Poprosił więc o radę.

- To może być tylko inteligencja pracująca - orzekła.

Również pochodzenie narodowe sprawiło pewien problem. Był rok 1968. Po kraju szalała antysemicka nagonka, a Davies starał się o przedłużenie prawa pobytu. Już sam fakt, że jest z Zachodu, że jest inteligentem (choćby i "pracującym"), sprawiał kłopoty. Ale milicjant, przed którym musiał się stawić, żeby załatwić formalności, przede wszystkim interesował się imionami rodziny Daviesów.

- Dlaczego pański syn ma na imię Daniel?
- Mój ojciec ma na imię Izaak - odparł Davies. - A dziadek ? - Abraham. Nawet nazwisko mam od Dawida.

Dawid jest bardzo popularnym w Walii świętym. A u protestantów tradycyjnie nadaje się imiona starotestamentowe. Drugie imię profesora Daviesa brzmi Ivor i jest imieniem typowo walijskim.

Tu wyprzedziliśmy nieco bieg historii. Norman Davies nic nie wiedział o świecie za żelazną kurtyną, gdy jako siedemnastolatek wraz z kilkoma kolegami postanowił dotrzeć amerykańskim jeepem z demobilu przez Europędo Turcji . W podróż wybrali się w 1957 r., tuż po stłumieniu powstania na Węgrzech. Tam, oczywiście, uznano ich za szpiegów. Bo i samochód amerykański (jeszcze z białą gwiazdą na burcie), i mówią niezrozumiale, i wreszcie, gdy się już jakoś dogadali, okazało się, że cel podróży mają zupełnie niewiarygodny. Mimo wszystko wkrótce puszczono ich dalej. Prawdopodobnie po to, żeby lepiej namierzyć szpiegów - w Budapeszcie "przypadkowo" podeszli do nich jacyś mężczyźni w długich skórzanych płaszczach (Davies jeszcze nie wiedział, co to znaczy) i świetną angielszczyzną zaczęli wypytywać o to i owo. Wzbudzili ich sympatię, okazało się, że odziani w skóry byli już raz w Anglii, na zjeździe postępowej młodzieży. Davies też był postępowy, pogadali, pogadali, wypili morze wina. Rano z bólem głowy obudzili się za drutami wojskowego obozu radzieckiego pod Budapesztem, skąd wkrótce deportowano ich do Jugosławii.

Przygoda węgierska przyczyniła się pośrednio do tego, że Norman Davies przyjechał do Polski. Z początku chciał jechać do Związku Radzieckiego. Nie dostał wizy. Ciągnął go jednak Wschód. Trafił do Berlina Zachodniego. Obejrzał największą atrakcję turystyczną miasta - "Check point Charlie" - ostatni posterunek w sektorze amerykańskim i mur, a potem wysłuchał opowieści przewodnika.

- To był chyba jakiś gestapowiec - wspomina po latach. Przedstawiał Polskę w najgorszych barwach: że Polacy to dzikusy, które odebrały spokojnym Niemcom połowę ich terytorium i panoszą się tam jak na własnej ziemi. Ostrzegał przed bandami brudasów, których nie dające się wymówić nazwiska kończą się na "-ski". Zawrzała młodzieńcza przekora: właśnie do tej Polski pojadę. Był w Warszawie, Krakowie.

- Nagle stwierdziłem - wspomina Davies - że to jakiś dziwny, niegdyś ogromny kraj, który miał wielkich królów, dynastie, z którymi skoligacone są wszystkie domy panujące w Europie, własną historię, o której na Zachodzie nic a nic się nie słyszało.

Zwiedził Wawel, Piwnicę pod Baranami, warszawskie Hybrydy i jazz-club w Stodole. Po raz pierwszy w życiu odwiedził klub jazzowy właśnie tu, a nie w Anglii. Ale największe wrażenie wywarła na nim Nowa Huta.

- Ponura architektura, jakiś parking, a przewodniczka, młoda dziewczyna, nagle pokazuje nam miejsce, w którym stoi krzyż. Ja żadnego krzyża nie widzę. Ona mówi, że tam leżą kwiaty. Kwiatów też nie ma. Przewodniczka mówi, że zawsze rano są uprzątane, a ludzie przynoszą nowe. Z początku niczego nie rozumiałem. A ona pokazywała nam puste miejsce i mówiła: tu stoi krzyż. Ona go widziała! I wtedy zrozumiałem: Polska to kraj duchów. Tu się widzi to, czego nie ma, a nie chce się widzieć tego, co jest. Krzyż dzień wcześniej zabrała milicja. Później, po wielu bojach z bezpieką i MO, na tym miejscu powstał pierwszy nowohucki kościół.

Daviesowi przygoda z tym, czego nie ma a jest, przytrafiła się jeszcze raz. Był u przyjaciół w Lublinie. Wszyscy narzekali na braki w zaopatrzeniu. I że mięsa nie ma i że, szynka to od święta, czyli tylko wtedy, kiedy "rzucą". A Davies niczego nie rozumiał. Bo co rano na śniadanie dostawał szyneczkę.

- Nie wiedział biedak - wspomina ksiądz Leon Kantorski z Podkowy Leśnej - że gospodarze wstawali bladym świtem, kiedy jeszcze w najlepsze spał, i ustawiali się w kolejce, żeby mu tylko tę szynkę kupić. Kiedy się dowiedział, doszedł do wniosku, że ci ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości, w jakim kraju żyją: niech się dzieje, co chce, szynka dla gościa być musi.

Jest jeszcze jedna wersja spotkania Normana Daviesa z polskością, opowiedziana przez jednego z londyńskich emigrantów. Davies szedł ulicą w Brighton, przed nim szli jacyś ludzie i mówili w dziwnym języku, który wydał mu się znajomy (było to w jakiś rok po jego pierwszym pobycie w naszym kraju). Davies zaciekawiony nie wytrzymał, podszedł do nich i zapytał, co to za język. Okazało się, że polski, a ci ludzie to znany poeta Antoni Słonimski z żoną. Zaprosili go do domu w Brighton i dopóty trzymali, dopóki nie nauczyli polskiego.

Norman Davies podkreśla, że dziś lepiej zna polski niż walijski, choć bez kłopotu wymawia po walijsku chyba najdłuższą na świecie nazwę pewnej tamtejszej stacji kolejowej: LLANFA-IRPWLLGWYNGYLLGOGERYCH-WYRNDROBWLLLLANTYSILIOGOGOGOGH.

Dla edukacji patriotycznej w stylu polskim ogromne znaczenie dla Daviesa miał jego teść, ułan, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Normana Daviesa znów czekały zapierające dech w piersiach przeżycia: wyprawa kijowska, pochód Konarmii Budionnego, ofensywa Tuchaczewskiego, bitwa warszawska. Dla Daviesa wszystko to stanowiło nowość. Zachód widział wojnę 1920 roku oczami radykalnej lewicy (i bolszewickiej propagandy) jako awanturę wywołaną przez polskich panów, skierowaną przeciwko wielkiemu eksperymentowi ludzkości. Głos polskich historyków emigracyjnych nie był brany pod uwagę, nawet gdy pisali po angielsku. Z punktu okrzyczani byli reakcjonistami. Kiedy Davies zapisał się na studia doktoranckie na Uniwersytecie Jagiellońskim, jako temat dysertacji wybrał właśnie wojnę 1920 roku. Powstała z tego słynna książka Orzeł biały, czerwona gwiazda . Ta publikacja, która zarówno na Zachodzie, jak i w Polsce (wydana w drugim obiegu) narobiła wiele szumu i wzbudziła ogromne zainteresowanie, po raz pierwszy wydana została legalnie dopiero w 1997 roku. Davies jako pierwszy historyk zachodni burzy mit współpracy Ententy z Polską w czasie tej wojny, wskazuje na przypadkowość wybuchu działań wojennych. Wyciąga szokujący (i nie do przyjęcia) dla polskich czytelników wniosek, że przegrana mogła być dla Polski sukcesem większym niż zwycięstwo, bo czerwoni, zgodnie z doktryną rewolucji światowej, poszliby na Niemcy, co zmusiłoby cały Zachód do solidarnej akcji i zniszczenia bolszewików. Książka napisana jest w formie eseju, żywym, obrazowym, pełnym dygresji i anegdot stylem. Co ważne, nie wytknięto mu znaczących błędów faktograficznych, których obecność w późniejszych syntezach zarzucają niektórzy, szczególnie nieżyczliwi Daviesowi historycy amerykańscy.

Wielu polskich historyków (może trochę z zawiści, ale czasem zasadnie) żywi o to pretensje do Daviesa. W książce skupiają się zalety i wady całej późniejszej twórczości profesora: wspaniały, przemawiający do czytelnika styl, a zarazem pewna nonszalancja wobec dat i faktów. Inni historycy nie uważają jednak, by potknięcia, choćby dla fachowca nieznośne, obniżały wartość stworzonych przez niego wielkich historycznych obrazów dziejów Polski i Europy. Sam Davies przyznaje, że przy takim ogromie materiału, są one nie do uniknięcia, ale ważne jest dla niego przede wszystkim ogólne przesłanie jego dzieł, jak też ich dostępność dla przeciętnego, zainteresowanego historią czytelnika. Historia to nie tylko nauka, lecz także dział literatury pięknej, mówi profesor Davies.

W osobie Daviesa Polska, a ostatnio Europa - cała, co Davies z satysfakcją podkreśla, zyskały historyka piszącego świetnym stylem i to piszącego po angielsku, co jest nie bez znaczenia. Sam Davies mówi z dumą, że jego Boże igrzysko czytane jest nawet na Papui-Nowej Gwinei. Paradoksalnie, najlepszą promocją dzieła był stan wojenny. Angielskie wydanie ukazało się 14 grudnia 1981 r. Profesor Davies miał w niedzielę, 13 grudnia, publiczny wykład, gdy ktoś powiedział, że telewizja angielska pokazuje czołgi na ulicach. Z początku obraz na ekranie skojarzył mu się z Chile. Dłuższą chwilę trwało, zanim rozpoznał ul. Mokotowską i siedzibę Zarządu Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność". Również o wybuchu Sierpnia 80 Davies dowiedział się ze szklanego ekranu. Był właśnie na wakacjach w Grecji. Ktoś włączył telewizor. Na ekranie pojawił się tłum robotników klęczących na dziedzińcu jakiejś fabryki, gdzie odprawiana była msza święta. Davies, choć greckiego nie zna, powiedział:

- To musi być Polska.

W późniejszej twórczości naukowej Daviesa Polska, zdaniem jego przyjaciela, profesora Józefa Gierowskiego, stała się modelem współczesnej Europy. Polska demokracja, tolerancja, wielokulturowość. To jest tradycja polska i europejska, i to się odradza, np. w Solidarności. Davies zmienia widzenie Polski na Zachodzie. Jego pisarstwo zmienia też patrzenie na Europę przez polityków europejskich, dodaje inny jego przyjaciel, profesor Adolf Juzwenko. Z pewnością, takie widzenie ułatwia mu walijska tożsamość. Bo Anglicy też niezbyt rozumieją Walijczyków, Szkotów, Irlandczyków. Być może stąd wziął się pomysł napisania historii Wysp Brytyjskich jako historii wszystkich narodów zamieszkujących wyspy. Książka ukazać się ma jesienią tego roku, a Davies już dziś na wszelki wypadek poprosił premiera Jerzego Buzka o azyl, przewidując, że takie ujęcie nie spodoba się Anglikom.

We wszystkich mieszkaniach, gdzie pojawił się Norman z małżonką, gospodarze truchleli. "Tędy przeszli Normanowie" - pisał w satyrycznym eseju Jacek Fedorowicz. Po profesorze pozostawały trudne do zatarcia ślady: przekręcone, pourywane kurki, zerwane karnisze, zepsute lodówki, ba, nawet kaloryfery się psuły. Norman Davies nie tylko ze sprzętami gospodarstwa domowego obchodzi się z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Gdy starał się o profesurę w Stanford, jednym z pięciu najbardziej prestiżowych uniwersytetów amerykańskich, w pełni objawiły się jego zawadiackie skłonności. Niektóre środowiska amerykańskich Żydów, nieprzychylnie nastawionych do Polski, patrzyły na niego nieco z ukosa po opublikowaniu Bożego igrzyska, w którym - ich zdaniem - Polaków przedstawiono w zbyt korzystnym świetle. Zaczęto mu robić trudności w uzyskaniu profesury. Normana Daviesa poniósł walijski temperament i zaczął się procesować. Profesury nie otrzymał, a padł też ofiarą drobnych przykrości. Jakiś figlarz np. skasował jego pozycje bibliograficzne w międzyuniwersyteckim katalogu bibliotecznym. Profesor Davies, z pewną dozą złośliwej satysfakcji, stwierdza, że Stanford ma zamiast niego innego Celta, zwanego profesorem "zero result". Taki bowiem rezultat daje poszukiwanie jego publikacji w katalogach. "Zero result" jest Szkotem, zarabia na życie tropieniem antysemityzmu. Norman Davies nie może być jednak uznany za biskupa antysemityzmu, a nawet skromnego wiernego tego wyznania, skoro ujęli się za nim historycy z Izraela, zapraszając go w najgorętszym momencie sporu na wykłady do Tel Awiwu - mimo że jedna z organizacji Żydów amerykańskich cofnęła im pokaźną dotację.

Davies nie jest ślepym apologetą dziejów Polski, choć bywał atakowany za polonofilstwo, a z kolei po wydaniu Europy - za zbyt małą obecność w niej Polski. Przekonuje nas m.in., że gdyby nie Bismarck, Poznańskie dawno zostałoby zgermanizowane. Dopiero ucisk narodowościowy wzbudził opór przed niemczyzną. l przekornie wskazuje nam przykład prawdziwie niezłomnego oporu Walijczyków, którzy zostali podbici przez Anglików w XV wieku, a jednak zachowali język do dziś.

Kim jest Norman Davies? Chwalcą Polski? Pierwszym historykiem na Zachodzie, który zdołał na nowo skleić podzielony dotychczas kontynent europejski? Pisarzem historycznym czy może niedbałym profesorem historii, któremu nie chce się sprawdzać dat i faktów? Anglikiem, Walijczykiem, przysposobionym Polakiem? Przeszedł konwersję na katolicyzm. Ksiądz Kantorski z Podkowy Leśnej nie chciał o tym mówić, by nie naruszyć intymności przyjaciela. Właśnie w Polsce przeżył ogromną przemianę duchową. Czyta pilnie prasę codzienną, szukając wzmianek o naszym kraju i zażarcie walczy z wszelkimi objawami niechęci do swojej trzeciej (po Anglii i Walii) ojczyzny. Pędzi gdzieś za ideałami - wizją Europy jak Rzeczpospolita Obojga Narodów, gdzie Walijczycy, Bretończycy, Polacy i inne małe narody znajdą swoją drugą szansę na ziemi.

Tekst powstał na marginesie prac nad filmem dokumentalnym Historia Normana Daviesa oraz książką Polska w oczach cudzych.

"Życie" nr 141, 20.06.1999.

powrót  
www.milosz.pl