Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Oficjalna strona internetowa Normana Daviesa
O DAVIESIE   

Krzysztof Masłoń

W OBIEKTYWIE NORMANA DAVIESA

Mogłoby się wydawać, że historia w PRL-owskim wydaniu skutecznie zniechęciła czytelników do sięgania po dzieła traktujące o przeszłości: ludów, narodów, cywilizacji. Szczególnie dotkliwe było fałszowanie dziejów ojczystych, kto wie jednak, czy to nie z tego m.in. powodu rekordy popularności biła w tamtych latach eseistyka historyczna Pawła Jasienicy.

"W PRL był głód prawdziwej historii. Ludzie wiedzieli, że ta oficjalna historia jest fałszywa i dlatego cenili tak wysoko Jasienicę. On karmił ludzi, którzy czuli głód prawdy. On pierwszy" - tłumaczy Norman Davies, który w plebiscycie Porozumienia Wydawców Książki Historycznej zajął drugie miejsce za autorem Rzeczpospolitej Obojga Narodów właśnie.

Ostatnia dekada to już jednak pasmo bezprzykładnych sukcesów książek Normana Daviesa w Polsce. Superbestsellerem, który trafił do szkół w charakterze podręcznika uzupełniającego do nauki historii stało się Boże igrzysko. Europę, wydaną dwa lata temu w naszym kraju, poprzedziła sława tej książki na Zachodzie, gdzie jeszcze przed opublikowaniem w Stanach Zjednoczonych w wersji popularnej osiągnęła nakład 150 tys. egz. W Polsce, gdzie Norman Davies, nie tylko z powodu swych rodzinnych związków, stał się niemal instytucją, Europa zawojowała czytelników i krytyków, którzy (w zdecydowanej większości) wybaczyli autorowi i tłumaczce dość liczne błędy, wynikłe chyba ze zbyt pospiesznej edycji. Dowodem niezwykłej pozycji na rynku tej, jak głosi podtytuł, Rozprawy historyka z historią, jest lokata dzieła w plebiscycie czytelników "Rzeczpospolitej" na "Kanon na koniec wieku", w którym niewiele brakowało, by Europa znalazła się wśród 25 najwybitniejszych książek kończącego się stulecia. A przecież nie jest to literatura piękna!

Mity mają miejsce w historii

Może jest jednak inaczej? Jasienica też był czytany nie wyłącznie ze względu na swoją ocenę przeszłości, odległą od marksistowskich przykazań, ale i dla zalet stylu, dla lekkości pióra, swady, wreszcie - dla inteligencji wykazywanej w subtelnej grze z cenzorem i czytelnikiem. Norman Davies na cenzurę szczęśliwie może nie zważać, ale do tego, jak pisze, przykłada bardzo dużą wagę.

"Historia to także dział literatury pięknej" - utrzymuje autor Europy i wyciąga z tego przekonania wnioski. "Historyk musi pisać o faktach - powiada - o prawdzie, na tyle, na ile jest ją w stanie ustalić. Ale też pisać musi o mitach, o tym, co w mitach jest legendą, a co faktem. Mity istnieją, a ponieważ są częścią naszej świadomości - mają miejsce w historii".

Europa zachwyciła czytelników z wielu powodów. Na pewno ze względu na pisarski rozmach, który pozwolił na umieszczenie w tym jednym tomie - prawda, że 1400-stronicowym - dziejów naszego kontynentu od czasów prehistorycznych po upadek komunizmu. Ale też z uwagi na to, że Daviesa tyleż interesowały wojny i rewolucje, co moda, obyczaje seksualne, przesądy rasowe. W Europie zastosował nowoczesną formę narracji przypominającą wideoklip. Niezwykle atrakcyjne, z czytelniczego punktu widzenia, były "kapsułki", w których historyk zajął się m.in. baletem, krawatami czy syfilisem. Takich "kapsułek" znajdziemy w tym dziele aż 300.

Po ukazaniu się Europy Norman Davies napisał w tygodniku "New Statesman": "Może dlatego, że od dawna interesuję się fotografiką i wiem coś nie coś o obiektywach, postanowiłem pisać tekst na trzech poziomach. Omówieniu wydarzeń pięciu milionów lat, począwszy od ukształtowania się półwyspu europejskiego po dzień dzisiejszy, poświęciłem dwanaście coraz to dłuższych rozdziałów, pełniących rolę jakby dwunastu szpul z taśmą rejestrującą obrazy filmowane przez kamerę, która sunie coraz dalej i dalej przed siebie poprzez czas i przestrzeń. Każdy z tych głównych rozdziałów kończy się 'ujęciem migawkowym', czyli krótkim 10-15-stronicowym tekstem, który wstrzymuje na chwilę bieg narracji, dając panoramiczny obraz krajobrazu europejskiego z perspektywy pewnej wybranej chwili i pewnego symbolicznego miejsca. Owe 'ujęcia migawkowe' są jakby dziełem 'rybiego oka', czyli wyimaginowanego szerokątnego obiektywu".

Spotkanie na plaży w Brighton

Na Zachodzie zarzucano Daviesowi polonocentryzm. W Polsce skłonni jesteśmy uważać, że w jego książkach, szczególnie w Europie, pisze o naszych dziejach za mało. Tego rodzaju krytyka świadczy jednak o nie braniu pod uwagę realiów. Trudno w to uwierzyć, ale historia Polski do czasów Normana Daviesa była na Zachodzie mało, że nie znana, ona wręcz nie istniała! To dopiero ten Brytyjczyk (nie Walijczyk, za jakiego uchodzi z racji pochodzenia ojca, matka jego była wszak Angielką) wprowadził historię Polski do współczesnej historii europejskiej, pisząc o Polsce po angielsku.

Naszym krajem zainteresował się, w gruncie rzeczy, przypadkowo. Chciał zostać historykiem Rosji, swoje plany musiał jednak zweryfikować, gdy odmówiono mu wizy do ZSRR. Może dlatego, że wcześniej - w 1957 r., tuż po agresji sowieckiej na Węgry, wybrał się z kolegami do Budapesztu, skąd oczywiście szybko go wyrzucono. O Polsce wiedział mało lub prawie nic. Przyjechał jednak do Krakowa i, można powiedzieć, otworzył usta ze zdziwienia.

W Berlinie Zachodnim, gdzie wówczas pomieszkiwał, przedstawiano mu bowiem Polaków na obraz i podobieństwo dziczy mongolskiej, a nasz kraj jako przedsionek wiodący wprost w azjatyckie bezkresy. W Krakowie zakochał się, także dosłownie, stąd bowiem pochodziła zarówno jego pierwsza, jak druga żona. Niewątpliwy wpływ na wybór historycznych zainteresowań wywarł jego teść, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku. W 1973 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim, którego dziś jest doktorem honoris causa , obronił Davies doktorat, pisząc o całkowitym w tamtym czasie tabu - tej właśnie wojnie. Dostosowaną do czytelniczych potrzeb wersję swej pracy doktorskiej -Orzeł biały, czerwona gwiazda wydał w Anglii; polska edycja Orła... ukazała się nakładem Znaku dopiero w 1997 r.

Język polski usłyszał Norman Davies po raz pierwszy na plaży w Brighton z ust... Antoniego Słonimskiego. Dziś ten honorowy obywatel Krakowa i Lublina włada polszczyzną nie gorzej niż wielu naszych rodaków, choć mieszka w Anglii. Cztery lata temu przeszedł na emeryturę, poświęcając się wyłącznie pisaniu książek. Wcześniej był wykładowcą, a od 1985 r. profesorem zwyczajnym School of Slavonic and East European Studies Uniwersytetu w Londynie. Wykładał też na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Japonii. Jest członkiem Academii Scientarium Articum Europea w Salzburgu, British Academy i członkiem-korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Odznaczony został m.in. Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi RP. Ma 61 lat, jest żonaty, ma dwóch synów.

Dzieje nieznanych ludów, na przykład Polaków

Polaków dziwią niekiedy niektóre sądy Daviesa o naszej przeszłości. Trudno nam np. uwierzyć, że Poznańskie od germanizacji uratował... Bismarck. Nic to jednak w porównaniu z gromami, jakie zebrał Davies najpierw w Wielkiej Brytanii, a następnie w USA.

Zastrzeżenia ze strony historyków brytyjskich wydają się bardziej zrozumiałe. W końcu Davies zanegował w swych pracach obowiązujące niczym religijne dogmaty przeświadczenia historiograficzne, np. o podziale Europy na protestancką północ i katolickie południe (sam Davies przeszedł konwersję na katolicyzm). Tak naprawdę, historyków angielskich nigdy nie interesowało to, co znajdowało się na wschód od Niemiec. Wykazywali przy tym zdumiewającą niewiedzę. Jeszcze w 1989 (!) roku pewien naukowiec angielski oburzał się na Daviesa za to, że przypisuje zbrodnię katyńską Sowietom. Zaraz też uznano autora Bożego igrzyska za prawicowca, co - jak wiadomo - w mających "postępowe" odchylenie zachodnich środowiskach uniwersyteckich uchodzi za poważny defekt. Szczęśliwie, czytelnicy zachowali więcej zdrowego rozsądku, zaczytując się -napisaną niczym powieść -historią nieznanych im ludów, a to Polaków, a to Bretończyków, to znów - Walijczyków.

Poważniejsze nieprzyjemności spotkały Daviesa w Stanach Zjednoczonych, gdzie wysunięto wobec niego jedno z poważniejszych oskarżeń dzisiejszej doby - o antysemityzm. Ciekawe przy tym, że nic nagannego nie dostrzegli w Europie naukowcy izraelscy, zapraszając Daviesa na wykłady do Uniwersytetu w Tel-Awiwie. Czego dotyczą zarzuty płynące ze środowisk żydowskich w USA? W szczegółach, m.in. roli, jaką odegrał pewien niemiecki batalion w gettcie otwockim, a w znacznie istotniejszych uogólnieniach - porównania Holocaustu do innych rzezi, jakie popełniła ludzkość w swoich dziejach. Gdzieś między wierszami znów błąka się też posądzenie o polonocentryzm, który dla amerykańskich Żydów jest nie do wybaczenia.

I znów z odsieczą Daviesovi ruszyli czytelnicy, którzy w ogromnej większości podzielają następujące jego zdanie: "Zawodowi historycy stali się bardzo wyspecjalizowani, ich prace są prawie nie do czytania. Piszą żargonem przeznaczonym dla garstki specjalistów, a normalni ludzie, nawet wykształceni, gubią się w tym". Nic dziwnego, że chętniej sięgamy po "niepoprawne politycznie" książki Normana Daviesa niż po nudne rozprawy historyków przepisujących dzieła swych poprzedników, a ze względu na ową polityczną poprawność nie mających swojego zdania o czymkolwiek.

Fatalne konsekwencje milczenia

Od polskiego wydania Europy mijają dwa lata, czekamy już więc niecierpliwie na kolejną książkę Normana Daviesa - Wyspy (Wyspy Brytyjskie i Irlandzkie). I znów urodzony w Bolton historyk wkłada kij w mrowisko. Już same tezy, które stawia, brzmią obrazoburczo. Otóż, przewiduje on upadek monarchii angielskiej i rozpad Wielkiej Brytanii. Niekoniecznie musi się to odbić niekorzystnie na życiu obywateli Zjednoczonego Królestwa. "Irlandia już 70 lat temu oderwała się od Królestwa i dziś jest bogatsza od Wielkiej Brytanii - dowodzi Davies. - Szkoccy nacjonaliści są za niepodległością i ich dążenia mogą zakończyć się powodzeniem". Autor Europy twierdzi, że jego rodacy nie znają własnej historii, "nie wiedzą nic o przeszłości swego kraju". Czy zresztą powszechna jest świadomość, że "paradoksalnie po I wojnie Zjednoczone Królestwo straciło więcej terytorium niż Niemcy. Ale Anglicy o tym w ogóle nie myślą".

Rewelacyjnych wyników możemy też spodziewać się po pisanej przez Daviesa historii Wrocławia. Polscy historycy artykułują czasem pod adresem autora Serca Europy pretensje o pewną nonszalancję, jaką ujawnia, umiejscawiając omawiane wydarzenia w czasie i przestrzeni. Davies jest jednak zdania, że ewentualne pomyłki zawsze można sprostować, natomiast nic nie poprawi dzieła od początku źle pomyślanego, wychodzącego z fałszywych przesłanek, obojętnego wobec przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Jest Norman Davies ulubieńcem polskich mediów, stąd też indagowany bywa o wszelkie możliwe kwestie i bardzo często proszony o bieżące komentarze polityczne. Unika ich jak ognia, przyparty jednak do muru, powiedział: "Historyk rzadko jest dobrym politykiem. Natomiast jako doradca powinien rozumieć, że nie wolno milczeć o znanych mu sprawach i że milczenie ma gorsze konsekwencje niż ujawnienie prawdy".

"Magazyn Literacki" nr 10, 10.2000

powrót  
www.milosz.pl