Mogłoby się wydawać, że historia w
PRL-owskim wydaniu skutecznie zniechęciła czytelników do
sięgania po dzieła traktujące o przeszłości: ludów,
narodów, cywilizacji. Szczególnie dotkliwe było
fałszowanie dziejów ojczystych, kto wie jednak, czy to
nie z tego m.in. powodu rekordy
popularności biła w tamtych
latach eseistyka historyczna Pawła Jasienicy.
"W PRL był głód prawdziwej historii.
Ludzie wiedzieli, że ta oficjalna historia jest fałszywa
i dlatego cenili tak wysoko Jasienicę. On karmił ludzi,
którzy czuli głód prawdy. On pierwszy" - tłumaczy Norman
Davies, który w plebiscycie Porozumienia Wydawców
Książki Historycznej zajął drugie miejsce za autorem
Rzeczpospolitej Obojga Narodów właśnie.
Ostatnia dekada to już jednak pasmo
bezprzykładnych sukcesów książek Normana Daviesa w
Polsce. Superbestsellerem, który trafił do szkół w
charakterze podręcznika uzupełniającego do nauki
historii stało się Boże igrzysko
. Europę, wydaną dwa lata temu
w naszym kraju, poprzedziła sława tej książki na
Zachodzie, gdzie jeszcze przed opublikowaniem w Stanach
Zjednoczonych w wersji popularnej osiągnęła nakład 150
tys. egz. W Polsce, gdzie Norman Davies, nie tylko z
powodu swych rodzinnych związków, stał się niemal
instytucją, Europa zawojowała czytelników i
krytyków, którzy (w zdecydowanej większości) wybaczyli
autorowi i tłumaczce dość liczne błędy, wynikłe chyba ze
zbyt pospiesznej edycji. Dowodem niezwykłej pozycji na
rynku tej, jak głosi podtytuł, Rozprawy historyka z
historią, jest lokata dzieła w plebiscycie
czytelników "Rzeczpospolitej" na "Kanon na koniec
wieku", w którym niewiele brakowało, by
Europa znalazła się wśród 25
najwybitniejszych książek kończącego się stulecia. A
przecież nie jest to literatura piękna!
Mity mają miejsce w
historii
Może jest jednak
inaczej? Jasienica też był czytany nie wyłącznie ze
względu na swoją ocenę przeszłości, odległą od
marksistowskich przykazań, ale i dla zalet stylu, dla
lekkości pióra, swady, wreszcie - dla inteligencji wykazywanej w subtelnej grze z
cenzorem i czytelnikiem. Norman Davies na cenzurę szczęśliwie może
nie zważać, ale do tego, jak pisze,
przykłada bardzo dużą wagę.
"Historia to także dział literatury
pięknej" - utrzymuje autor
Europy i wyciąga z tego przekonania
wnioski. "Historyk musi pisać o faktach - powiada - o
prawdzie, na tyle, na ile jest ją w stanie ustalić. Ale
też pisać musi o mitach, o tym, co w mitach jest
legendą, a co faktem. Mity istnieją, a ponieważ są
częścią naszej świadomości - mają miejsce w
historii".
Europa zachwyciła czytelników z wielu
powodów. Na pewno ze względu na pisarski rozmach, który
pozwolił na umieszczenie w tym jednym tomie - prawda, że
1400-stronicowym - dziejów naszego kontynentu od czasów
prehistorycznych po upadek komunizmu. Ale też z uwagi na
to, że Daviesa tyleż interesowały wojny i rewolucje,
co moda, obyczaje seksualne, przesądy rasowe. W
Europie
zastosował nowoczesną formę narracji przypominającą
wideoklip. Niezwykle atrakcyjne, z czytelniczego punktu
widzenia, były "kapsułki", w których historyk zajął się
m.in. baletem, krawatami czy syfilisem. Takich
"kapsułek" znajdziemy w tym dziele aż 300.
Po ukazaniu się
Europy
Norman Davies napisał w
tygodniku "New Statesman": "Może dlatego, że od dawna
interesuję się fotografiką i wiem coś nie coś o
obiektywach, postanowiłem pisać tekst na trzech
poziomach. Omówieniu wydarzeń pięciu milionów lat,
począwszy od ukształtowania się półwyspu europejskiego
po dzień dzisiejszy, poświęciłem dwanaście coraz to
dłuższych rozdziałów, pełniących rolę jakby dwunastu
szpul z taśmą
rejestrującą obrazy filmowane przez kamerę, która sunie
coraz dalej i dalej przed siebie poprzez czas i
przestrzeń. Każdy z tych głównych rozdziałów kończy się
'ujęciem migawkowym', czyli krótkim 10-15-stronicowym
tekstem, który wstrzymuje na chwilę bieg narracji, dając
panoramiczny obraz krajobrazu europejskiego z
perspektywy pewnej wybranej chwili i pewnego
symbolicznego miejsca. Owe 'ujęcia migawkowe' są jakby
dziełem 'rybiego oka', czyli wyimaginowanego
szerokątnego obiektywu".
Spotkanie
na plaży w Brighton
Na Zachodzie zarzucano Daviesowi
polonocentryzm. W Polsce skłonni jesteśmy uważać, że w
jego książkach, szczególnie w
Europie, pisze o naszych dziejach za
mało. Tego rodzaju krytyka świadczy jednak o nie braniu
pod uwagę realiów. Trudno w to uwierzyć, ale historia
Polski do czasów Normana Daviesa była na Zachodzie mało,
że nie znana, ona wręcz nie istniała! To dopiero ten
Brytyjczyk (nie Walijczyk, za jakiego uchodzi z racji
pochodzenia ojca, matka jego była wszak Angielką)
wprowadził historię Polski do
współczesnej historii europejskiej, pisząc o Polsce po
angielsku.
Naszym krajem zainteresował się, w
gruncie rzeczy, przypadkowo. Chciał zostać historykiem
Rosji, swoje plany musiał jednak zweryfikować, gdy
odmówiono mu wizy do ZSRR. Może dlatego, że wcześniej -
w 1957 r., tuż po agresji sowieckiej
na Węgry, wybrał się z kolegami do Budapesztu, skąd
oczywiście szybko go wyrzucono. O Polsce wiedział mało
lub prawie nic. Przyjechał jednak do Krakowa i, można
powiedzieć, otworzył usta ze zdziwienia.
W Berlinie Zachodnim, gdzie wówczas
pomieszkiwał, przedstawiano mu bowiem Polaków na obraz i
podobieństwo dziczy mongolskiej, a nasz kraj jako
przedsionek wiodący wprost w azjatyckie bezkresy. W
Krakowie zakochał się, także dosłownie, stąd bowiem
pochodziła zarówno jego pierwsza, jak druga żona.
Niewątpliwy wpływ na wybór historycznych zainteresowań
wywarł jego teść, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej z
1920 roku. W 1973 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim,
którego dziś
jest doktorem honoris
causa
, obronił Davies doktorat, pisząc
o całkowitym w tamtym czasie tabu - tej właśnie wojnie.
Dostosowaną do czytelniczych potrzeb wersję swej pracy
doktorskiej -Orzeł biały, czerwona gwiazda wydał
w Anglii; polska edycja Orła... ukazała się nakładem Znaku dopiero w
1997 r.
Język polski usłyszał Norman Davies po
raz pierwszy na plaży w Brighton z ust... Antoniego
Słonimskiego. Dziś ten honorowy obywatel Krakowa i
Lublina włada polszczyzną nie gorzej niż wielu naszych
rodaków, choć mieszka w Anglii. Cztery lata temu
przeszedł na emeryturę, poświęcając się wyłącznie
pisaniu książek. Wcześniej był wykładowcą, a od 1985 r.
profesorem zwyczajnym School of Slavonic and East
European Studies Uniwersytetu w Londynie. Wykładał też
na u
niwersytetach w
Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Japonii. Jest
członkiem Academii Scientarium Articum Europea w
Salzburgu, British Academy i członkiem-korespondentem
Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Odznaczony
został m.in. Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi RP. Ma 61 lat, jest
żonaty, ma dwóch synów.
Dzieje nieznanych ludów, na przykład
Polaków
Polaków dziwią niekiedy niektóre sądy
Daviesa o naszej przeszłości. Trudno nam np. uwierzyć,
że Poznańskie od germanizacji uratował... Bismarck. Nic
to jednak w porównaniu z gromami, jakie zebrał Davies
najpierw w Wielkiej Brytanii, a następnie w
USA.
Zastrzeżenia ze
strony historyków brytyjskich wydają się bardziej zrozumiałe. W końcu Davies
zanegował w swych pracach obowiązujące niczym religijne
dogmaty przeświadczenia historiograficzne, np. o
podziale Europy na protestancką północ i katolickie
południe (sam Davies przeszedł konwersję na katolicyzm).
Tak naprawdę, historyków angielskich nigdy nie
interesowało to, co znajdowało się na wschód od
Niemiec. Wykazywali
przy tym zdumiewającą niewiedzę. Jeszcze w 1989 (!) roku
pewien naukowiec angielski oburzał się na Daviesa za to,
że przypisuje zbrodnię katyńską Sowietom. Zaraz też
uznano autora Bożego igrzyska za
prawicowca, co - jak wiadomo - w mających "postępowe" odchylenie
zachodnich środowiskach uniwersyteckich uchodzi za
poważny defekt. Szczęśliwie, czytelnicy zachowali więcej
zdrowego rozsądku, zaczytując się -napisaną niczym
powieść -historią nieznanych im ludów, a to Polaków, a
to Bretończyków, to znów -
Walijczyków.
Poważniejsze
nieprzyjemności spotkały Daviesa w Stanach
Zjednoczonych, gdzie wysunięto wobec niego jedno z
poważniejszych oskarżeń dzisiejszej doby - o
antysemityzm. Ciekawe przy tym, że nic nagannego nie
dostrzegli w Europie
naukowcy izraelscy, zapraszając
Daviesa na wykłady do Uniwersytetu w Tel-Awiwie. Czego
dotyczą zarzuty płynące ze środowisk żydowskich w USA? W
szczegółach, m.in. roli, jaką odegrał pewien niemiecki
batalion w gettcie otwockim, a w znaczn
ie istotniejszych uogólnieniach -
porównania Holocaustu do innych rzezi, jakie popełniła
ludzkość w swoich dziejach. Gdzieś między wierszami znów
błąka się też posądzenie o polonocentryzm, który dla
amerykańskich Żydów jest nie do wybaczenia.
I znów z
odsieczą Daviesovi ruszyli czytelnicy, którzy w ogromnej
większości podzielają następujące jego zdanie: "Zawodowi
historycy stali się bardzo wyspecjalizowani, ich prace
są prawie nie do czytania. Piszą żargonem przeznaczonym
dla garstki specjalistów, a normalni ludzie, nawet
wykształceni, gubią się w tym". Nic dziwnego, że
chętniej sięgamy po "niepoprawne politycznie" książki
Normana Daviesa niż po nudne rozprawy historyków
przepisujących dzieła swych poprzedników, a ze względu
na ową polityczną poprawność nie mających swojego
zdania o czymkolwiek.
Fatalne konsekwencje milczenia
Od polskiego wydania Europy mijają dwa lata, czekamy już
więc niecierpliwie na kolejną książkę Normana Daviesa -
Wyspy (Wyspy Brytyjskie i
Irlandzkie). I znów urodzony w Bolton historyk wkłada kij w
mrowisko. Już same tezy, które stawia, brzmią
obrazoburczo. Otóż, przewiduje on upadek monarchii
angielskiej i rozpad Wielkiej Brytanii. Niekoniecznie
musi się to odbić niekorzystnie na życiu obywateli
Zjednoczonego Królestwa. "Irlandia już 70 lat temu oderwała
się od Królestwa i dziś jest bogatsza od Wielkiej
Brytanii - dowodzi Davies. - Szkoccy
nacjonaliści są za niepodległością i ich dążenia mogą
zakończyć się powodzeniem". Autor Europy
twierdzi, że jego
rodacy nie znają własnej historii, "nie wiedzą nic o
przeszłości swego kraju". Czy zresztą powszechna jest
świadomość, że "paradoksalnie po I wojnie Zjednoczone
Królestwo straciło więcej terytorium niż Niemcy. Ale
Anglicy o tym w ogóle nie myślą".
Rewelacyjnych wyników możemy też spodziewać się po
pisanej przez Daviesa historii Wrocławia. Polscy
historycy artykułują czasem pod adresem autora
Serca Europy
pretensje o pewną nonszalancję, jaką
ujawnia, umiejscawiając omawiane wydarzenia w czasie
i przestrzeni. Davies jest jednak zdania, że
ewentualne pomyłki zawsze można sprostować, natomiast nic
nie poprawi dzieła od początku źle pomyślanego,
wychodzącego z fałszywych przesłanek, obojętnego wobec
przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Jest Norman Davies ulubieńcem polskich mediów,
stąd też indagowany bywa o wszelkie możliwe kwestie i
bardzo często proszony o bieżące komentarze polityczne.
Unika ich jak ognia, przyparty jednak do muru,
powiedział: "Historyk rzadko jest dobrym politykiem.
Natomiast jako
doradca powinien rozumieć, że nie wolno milczeć o
znanych mu sprawach i że milczenie ma gorsze
konsekwencje niż ujawnienie prawdy".